czwartek, 10 sierpnia 2017

krawcy niematerialnych zjawisk

K
nie chcą za wiele zmieniać w swoim aktualnym życiu. z bardzo wielu rozmaitych powodów, w tym koniecznych, również bezlitosnych, także konformistycznych a i wynikających z ichniej natury wewnętrznego bardziej niż zewnętrznego wojownika. nie bronią się przed społecznym metkowaniem i wpychaniem w role. rozumieją, czemu to służy. ale są uzewnętrznieni i odporni na ów proceder, przy jednoczesnym dość sprawnym funkcjonowaniu w obrębie tych ról. pozostają z dala. są dla siebie samych furtkami i korytarzami. budują ich coraz więcej. nie chcą się w tym procesie zatrzymać. otwierają kolejne wsobne drzwi. kochają drzwi. kochają bycie w trakcie. trwanie w stawaniu się. w przeistaczaniu. w odkrywaniu swoich kolejnych korytarzy. nie chcą się zatrzymać. nie chcą się stać raz na zawsze. nie chcą być w środku siebie na stałe. zaakceptować jeden wymiar istnienia i przykleić do niego wszystkie sensy swojej egzystencji. odrzucają stałość wewnętrznego życia. jednowymiarowość. nie wiedzą, ile posiadają wersji samych siebie. nie identyfikują się z żadną. roztrząsają pojęcie niemożliwego. sprawdzają, jak w lustrze wygląda "nie" i gdzie leżą granice tego słowa. wpatrują się w sufit i widzą kalejdoskopy możliwych zdarzeń. wpatrują się w gładką ścianę i widzą zawiłości tego, co jest. 
gdy napotkają na nagłe szczęście, oglądają je z odległości. jak niebywały okaz, pod mikroskopem. gdy napotkają zrozumienie, szyją z niego nieudolne płaszcze i zakładają je na nagie posągi swoich braków. łatają nim swoje wewnętrzne dziury. karmią się nimi po cichu, w samotności. trochę zachowawczo. trochę z obawy. trochę nieśmiało i badawczo. 
zawsze pozostając w gotowości. zawsze tej gotowości przecząc.





wtorek, 13 czerwca 2017

Trzy filmy, które chciałbym obejrzeć

G

Władca Pierścieni by APART
*Współczesna i realistyczna wersja "Władcy Pierścieni" Tolkiena. 
*Dramat Fantasy
Wszystko zaczyna się źle. Gandalfowi nie udaje się namówić rozleniwionego i gnuśnego Froda do wyprawy i uratowania świata. Po trzech dniach bezskutecznego namawiania, zrezygnowany Czarodziej rzuca na niziołka czar zniewolenia i wyrusza na wyprawę. Sami, bo inni hobbici pojechali do sanatorium.
W drodze do Góry Mglistych Gandalf pokonuje Nazguli za pomocą świeżo poznanej przebiegłości i sprytu, podróżnicy nie trafiają jednak do Gospody Pod Rozbrykanym Kucykiem, bo Frodo stwierdza, że trzeba oszczędzać kasę i jeść darmowe korzonki, martwe nietoperze i kawałki kory drzewnej. Gandalf się zgadza, bo niziołek jest coraz bardziej gnuśny i czepia się go, że z powodu wyprawy zniszczy swoją szansę na karierę w branży jubilerskiej. W Górach Mglistych Frodo strzela focha a Gandalfowi dokucza okrutny reumatyzm, nic więc dziwnego, że nie jest specjalnie zadowolony ze spotkania Barloga. Rzuca na niego 15 kul ognia, kopie go zdradziecko w jądra i ostatecznie pokonuje brutalnymi czarami. Właśnie wtedy zyskuje przydomek Gandalf Wkurwiony.
Przez kolejne miesiące wyprawy nie dzieje się nic szczególnego i widowiskowego, poza dołączeniem do wyprawy obślizgłego Golluma. Czarodziej decyduje się jednak oddać tego nudziarza do Obozu dla Nieprzystosowanych prowadzonego przez Krasnoludy.
Gdy na horyzoncie pojawia się Góra Przeznaczenia Gandalf dostaje niepokojące wieści. Posłaniec donosi, że Sauron wybrał nową taktykę - zamiast walczyć z ludem Śródziemia, korumpuje go. Okazuje się, że sprzedaż taniego i mocnego alkoholu oraz zmodyfikowanego genetycznie fajkowego ziela przynosi coraz lepsze efekty, do Saurona przystępują nawet Krasnoludy.
Zniszczenie pieścienia ma więc gorzki charakter, z jednej strony jest to ważny cios w Saurona, ale z drugiej - przed siłami dobra czeka jeszcze wiele trudnych walk.
Tuż przed zniszczeniem pierścienia pojawia się przerwa dla sponsora. Szef firmy APART tłumaczy jak ważny jest wybór biżuterii stworzonej właśnie w jego firmie.


Zemsta Klanu Jebosława
*Słowiański film akcji
Obraz rozpoczyna się emocjonującą sceną ataku na słowiańską wioskę przez wikingów. Najeźdźcy prowadzeni przez Jarla Ragnara BladegoLoka w ciszy podchodzą do wioski o nazwie Lipce, licząc na zaskoczenie mieszkańców. W chatach znajdują jednak tylko słomiane kukły w kształcie ludzi.
- To pułapka! - krzyczy Ragnar.
Nie udaje mu się jednak zrobić nic więcej, bo zostaje przebity włócznią przez Mieszka Jebosława, nieustraszonego wojownika słowiańskiego, który zaczaił się na wikingów.
Klan Jebosława szybko rozprawia się z wojownikami północy, dzięki pomocy kapłanów Peruna udaje się także zbudować kopie statków wikingów.
Dokładnie dwa lata po zdradzieckim ataku Drużyna Jebosława na 30 okrętach słowiańsko-wikinśkich rusza na podbój krajów północnych. Wikińscy wojownicy uginają karki przez szalonymi słowianiami, którzy walczą z imieniem Światowida na ustach. Po 10 latach walk Jebosław zdobywa całkowitą dominację nad wikingami i planuje podbój Brytanii.
Plany przerywają jednak wieści z rodzimych ziemi. Trzeba wracać i pokonać ogromne zagrożenie-brutalny i coraz bardziej popularny kult chrześcijaństwa.

Duma i znudzenie
*Realistyczna komedia romantyczna
Hugon, początkujący i obiecujący księgowy z Ciechanowa zakochuje się ! Mężczyzna porusza niebo i ziemię, coby zdobyć serce, ciało, duszę (niekoniecznie w tej kolejności) ponętnej Joanny. Wybranka serca głównego bohatera ma jednak
charakter wybitnie księżniczkowaty-raz jest miła, a raz oschła, czasem strzela seriami fochów. Przez pierwszą godzinę filmu widzimy wyczerpujące próby zdobycia Joanny przez Hugona, później następuje załamanie.
Hugon płacze w kwaśnym deszczu, kompulsywne zjada paluszki słone, rzuca nawet kamieniami z dachu elektrociepłowni. W końcu dochodzi do siebie i postanawia żyć bez miłości!
Plan okazuje się genialny w swej prostocie-kariera Hugona rozwija się jak węże pijanych strażaków-ochotników, wszystkie inne dziedziny życia też kwitną. Przez kolejne 15 minut filmów Hugon żyje tak radośnie i szczęśliwie, że cała dramaturgia siada i film się kończy.
W ostatnich scenach widzimy Joannę, której udało się założyć dobrze prosperującą fabrykę gofrów i która wzdycha do Hugona. Okazuje się, że nawet zwycięstwo w programie "Gotuj z Papieżem" nie przynosi jej szczęścia.

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Córka. Choroba.

K


Publikuję ciepły jeszcze, dopiero co obrobiony fragment tego, co z rozmachem roi mi się w głowie.
Wrzucam dla zainteresowanych takim potworzeniem również linki do poprzednich fragmentów moich wypocin: numero unonumero duo.


CHOROBA. POCZĄTEK.
- Starałam się, przecież się starałam, starałam, starałam…. – bujany fotel poruszał się nerwowo.  Szeptała do siebie jedno zdanie, próbując się uspokoić. Ponownie sięgnęła po zgniecioną kartkę.
Nienawiść jest błogosławieństwem.
Dwa tygodnie wcześniej:
- Pani córka jest chora. – psychiatra przybrał minę sugerującą, że się przejmuje przekazywaną diagnozą.
Zanim przekroczyły próg Poradni, zanim nastał dzień rozliczeń i rozrachunków, obie siedziały na tarasie. Czarne włosy Bereniki zasłaniały ostry zarys jej policzków. Strzelała palcami. Dźwięk kościstych pstryknięć  skrzywił jej twarz.
- Nika, przestań!
- Mamo, ja nigdzie nie pojadę.
- Pojedziesz. Za-tar-gam cię tam choćby siłą.
- Chodzi ci o to gówno na ścianach. Nie jestem nienormalna. Nie wiem do końca, dlaczego to zrobiłam. Może dlatego, że na trawniku leżało tyle gówien Czarliego. A może dlatego, że życie jest ogólnie gówniane.
- Bredzisz! Masz dopiero siedemnaście lat!
- Cóż światłego ma wypływać z tego stwierdzenia, droga mamo? – Berenika skrzywiła ironicznie usta.
- Zamknij się. Pojedziesz do tego ośrodka. Kurwa, pojedziesz!
Joanna czuła napływające drgawki. Uświadomiła sobie, że za chwilę może stracić samokontrolę.
- Nie sięgniesz do twojej magicznej torebeczki?  Po tabletki szczęścia?
Do oczu Joanny napływała wściekłość.
- Nie krępuj się. Wiem, co łykasz. Co dzisiaj w menu? Doksepina?
Oczy Bereniki zaszły czarną, spokojną obojętnością. Wpatrywała się w matkę wyczekująco.
Szersze źrenice. Berenika skierowała wzrok niżej. Rozchylające się usta. Niżej. Niespokojna klatka piersiowa. Unosi ciężar oddechów coraz szybciej. Jeszcze niżej. Palce obu dłoni zachodzą jeden na drugi w ciasnym uścisku. Z powrotem na usta. Ulotny dźwięk zaciskającej się szczęki.
- Żmija, nie dziecko.
- Oczywiście. Ale nigdzie nie pojadę. Zapamiętaj moją decyzję.
Berenika wstała. Skierowała powolne kroki do salonu. Wyjęła z kieszeni kluczyk. Drzwiczki zakazanej szafki zaskrzypiały smutno. Wyjęła kilka listków rozmaitych tabletek.
- Mama weźmie.
Położyła je na stole. Joanna jednym szybkim ruchem zrzuciła lekarstwa na podłogę.
- Wynoś się żmijo. – wycedziła cicho przez zaciśnięte zęby.
- Jak sobie życzysz. Nigdzie nie pojadę. Zapamiętaj moją decyzję.
Joanna cztery razy zmieniała zamek w szafce na swoje prywatne rzeczy. Bezskutecznie.

- Pani córka jest chora.
Odłożył dokumentację na biurko. Spojrzał na Joannę. Chwila zawahania. Patrzyła na niego wyczekująco.
- Cierpi na zaburzenia afektywne dwubiegunowe. Jest to choroba... – Joanna uniosła na sekundę otwartą dłoń i opuściła.
- Nie musi pan tłumaczyć. Wiem, co to jest. Jakie zalecenia?
- Zanim przejdziemy do zaleceń, chciałbym wrócić do tego, o czym mówił pani mąż. O obciążeniu genetycznym. Zapoznałem się z pani kartoteką. Chciałbym również zweryfikować wszystkie niepokojące informacje na temat sytuacji rodzinnej. Ligia mówiła, w ramach wywiadu, o niepokojących, w moim odbiorze, incydentach domowych. Chciałbym również…
- Czy mógłby się pan wyrażać precyzyjnie?
Szybkie, wzajemne taksowanie się wzrokiem.
- Tak, oczywiście. Czy zamykała pani kiedykolwiek Berenikę w piwnicy?

(...)

wtorek, 30 maja 2017

nieważne, jakie błędy popełniłam

K


wróciłam w pielesze znajomego hotelu. gdy wyszłam zapalić fajkę, poczułam napływ świeżego, wiosennego powietrza, witającego nieśmiało lato. ponieważ przez chwilę było deszczowo, poczułam też zapach wzrastających roślin. uwielbiam go. siedząc na ławce przed hotelem, gdy samokrytycyzm poczynał spustoszenie w mojej głowie, zaczęłam myśleć o tym, co zdarzyło mi się w tym roku. przemknęły mi przed oczami kalejdoskopy podjętych decyzji, dokonanych wyborów różnego autoramentu i kalibru, sekwencje słów wypowiedzianych w rozmaitych sytuacjach; deklaracji i oświadczeń. wszystkie miały jakieś mniej lub bardziej znaczące odzwierciedlenie w moim życiu. kilka traum po drodze, kilka wzruszeń do głębi, jakieś błądzenie we własnych brudach, jakieś trawienie nieswoich wymiocin. to, gdzie jestem i to, co ośmielam się planować, jest wypadkową splotów tych niesamowitych, dołujących, pokrzepiających i wszystkich innych wrażeń. nadal oddycham, nadal żyję, to znaczy, że jest dobrze. 
smakując konsekwencje swoich wyborów, nie mając do nikogo pretensji, wstaję rano, odprawiam wszystkie poranne rytuały i wkraczam na nowo w kolejny dzień. czy jestem sobą? czy jestem sobie wierna? pewnie tak. kategoryczne odpowiedzi na te pytania pojawiłyby się, gdybym znała definicje bycia sobą i bycia wiernym sobie samemu. niekiedy mam wrażenie, że to jakieś wyświechtane slogany, modne marketingowo pod względem koniunktury na psychologiczne wyznaczanie granic swoim zachowaniom. sama nie wiem. i wiecie co? im więcej mam lat, tym większą przyjemność odczuwam w mówieniu / pisaniu: "nie wiem". 
nieważne, jakie błędy popełniłam. dźwigając ich ślady na swoim zwichrzonym kręgosłupie, już wiem, że trzeba je popełniać inaczej. by mniej bolało. 
adios ayer.

niedziela, 7 maja 2017

Córka. Nowele blokowe II

K
poniżej kolejny fragment mojej (o)powieści. dla przypomnienia: tu wrzuciłam najpierwszy: Córka

STASZEK
Schodził do piwnicy na sztywnych, poważnych nogach. Jeszcze nie pił. Jeszcze się nie gubił w tym, ile ma kończyn. W reklamówce miał sześć butelek. Nie dźwięczały, bo pozawijał każdą w gazetę. Była godzina trzynasta. Czas, w którym blok zasypiał dziennym snem, ponieważ większość jego mieszkańców była w pracy. Tylko Sztazi spod dziewiątki siedziała już na balkonie, gotowa do rejestracji wszelkiego ruchu na trasie: blok-chodnik-sklep-chodnik-blok. Za stara, by chcieć zejść na parter i zobaczyć, że sąsiad po raz kolejny schodzi do piwnicy. Wiadomo przecież po co. Może gdyby była młodsza. I gdyby Stach żył. I pracował w policji. I ćwiczył na jej ciele wytrzymałość garnków i patelni. Wtedy by wychodziła z domu. A tak to po co. Na balkonie wszystko widać. No nie widać, że sąsiad zeszcza się znowu, ale to wiadomo z góry. W piwnicy skręcił w lewo, do starej pralni. Już nikt jej nie używał. Ostatni raz pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Jak Arturowie spod czwórki kupili, jako pierwsi, pralkę automatyczną, wszyscy pozostali mieszkańcy, prędzej czy później, zaopatrzyli się w to urządzenie. Ostatnia była Sztazi. Z jej obliczeń wynikało, że zupełnie nie opłaca się mieć taką pralkę, lepiej korzystać z piwnicznej pralni i starej frani, jak do tej pory. Ale kupiła. Na raty. Przecież wszyscy już mieli. Ona ustawiła ją nawet w kuchni, nie w łazience. Kuchnia sąsiaduje z drzwiami wejściowymi; gdy pralka wiruje, słychać na klatce. Niech wiedzą, że nie jest gorsza i automat ma. Mimo że wdowa i sama mieszka i nie stać ją na kiełbasę z samego mięsa, jak tych nowych spod piątki, co się tak obnoszą ze wszystkim. Pralnia pachniała zatęchłą wilgocią, choć, przysiągłby, że czuł w ścianach resztki krochmalu, który latami gotował się w wielkim kotle, gdy kobiety szykowały bieliznę i pościel, w kolejce ustalonej według niepisanego harmonogramu. Usiadł na starym trzeszczącym stołku. Popatrzył w małe okno, zza szyby którego zielenił się fragment trawnika a kawałek dalej majaczył skrawek chodnika prowadzący do sklepu. Ta stara raszpla na pewno już czai się na balkonie. Złośliwa franca. Inkubator osiedlowych plotek. Uniósł dłonie. Trzęsły się. Czarne obwódki krzywo przyciętych paznokci przypominały mu o latach spędzonych w kotłowni. Stemple poświadczające, że kiedyś pracował. Nie do wymycia. Kto by się tym przejmował. Zerknął na haki wkręcone w sufit i jeszcze do niedawna utrzymujące trakt grubych sznurków biegnących od ściany do ściany, na których suszyły się niegdyś rzeczy. Słyszał dojmującą, demoniczną ciszę. Wwiercała się w mózg, wyciągając całe armie niepokoju z najdalszych zakamarków świadomości, nad którą, jako prosty człowiek, zupełnie nie panował. Złapał się za głowę i zawył. Odpowiedziało mu stłumione, koślawe echo. Sięgnął po pierwszą butelkę. Dziś dokona się tutaj kolejna jego klęska. Pierwszy długi łyk. Chłód spływającej wzdłuż gardła wódki. Ciepło w żołądku. Drugi łyk, bardziej zachłanny. Trzeci jeszcze szybszy. Piąty, siódmy.... To jeszcze nie to. To jeszcze nie to. Jedenasty. Czternasty. Dwudziesty. Organizm zaczął się otwierać. Spowalniać. Wyciszać. Kolejne łyki, kolejna butelka, następowały już tylko po to, by przyklepać ten stan. Cisza przestała straszyć. Ściany przerodziły się w gumowe wnętrze piłki. Jest dobrze. Oooo jak dobrze. Przy trzeciej butelce popuścił. Nie wstanie teraz. Niech leci. Pomyślał o tym, że jeszcze musi zdjąć pasek i wejść na stołek. Później, później. Za chwilę. Już, już. Zaraz. Zaczął się kiwać i nucić melodię jednego ze szlagierów, który zapamiętał z wojskowych festiwali za gierkowych czasów. Grażyna tego nienawidziła. Gdy siadał przed Neptunem, stawiał wódkę na ławę pokrytą śnieżnobiałą serwetą i oglądał. Ona wtedy gotowała rosół. Wiedziała, że za chwilę będzie się darł, wtórując głosom śpiewaków. Wszyscy będą słyszeć. Również pewexowi sąsiedzi. Więc szła do pokoju, nalewała sobie pół szklanki, łykała na raz i potem już było jej wszystko jedno. Rosół wrzał. Stanął na stołku, który gwałtownie się zachwiał, kolana ugięły się niespodziewanie zbyt szybko i sprowadziły go brutalnie na betonową posadzkę pralni. Poczuł coś mokrego w ustach. Splunął. Czerwony kolor rozprysł się, niczym pęknięte szkło. Zebrał się i wszedł ponownie. Spiął w sobie wszystkie siły robotnika. Mocowanie powrozu do haka zakończyło się niebywałym sukcesem. Można by zorganizować huśtawkę dla dzieci. Mocny, solidny węzeł. Grażyna mogłaby być dumna. Nie jak wtedy na majówce w parku miejskim. Miał nauczyć Darka jazdy na rowerze. Miał zbyt giętkie dłonie. Ale zapłacił dentyście. Zarabiał wtedy. Więc wszystko skończyło się dobrze. Chociaż Teresa wypominała mu to przez długie lata. Nawet wtedy, gdy Darek, trzymając ich wnuka na ręce, mówił: mama, daj już spokój przecież. Przymocował pasek od spodni do powrozu. Wsunął głowę. Jeszcze tylko chwila. Zapiął pasek. Jeszcze tylko chwila. Wzdłuż nogawki pobiegła kolejna strużka. To z emocji. Zerknął na pozostałe butelki. Uśmiechnął się. Całą siłą uderzył stopą w stołek.
Po parapecie w pralni wędrowała biedronka. Reminiscencje krochmalu ulatniały się ze zrezygnowanych ścian. Gdzieniegdzie, przez małe okno, przebiegały wąskie bicze światła, rozbijając się o przeciwległą ścianę. Popołudnie osiągało swój szczyt.                                                                  

wtorek, 25 kwietnia 2017

zapominanie się

K

chcę. zapomnieć się. miewam takie chwile. chcę tak po prostu być prostą istotą. choć na chwilę. wzruszającą się do granic możliwości. słuchając utworu stworzonego na potrzeby melodramatu, którego wartość na co dzień wpakowałabym w ramy cukierkowo-monotonnego gniota. chcę słuchać go i buczeć w poduchę. może się starzeję. możliwe. a może po prostu trzeba mi prostych wzruszeń, bo zaczynam cenić w sobie to, że stać mnie na wiele, o wiele, wiele więcej niż bycie zimną, twardą suką. wzruszeń takich podstawowych, takich pierwotnych niemal. bez większych refleksji, bez pieprzonego analizowania, oceniania, metkowania, porządkowania. mam to na co dzień w sobie. i raz na jakiś czas chcę słuchać zawodzącego głosu "hoooooold oooon to me" i słyszeć jedynie emocje oraz ich moc, a nie wartość artystyczną owego wykonania. chcę poczuć się prostym człowiekiem. nieskomplikowanym. niezłożonym z kolaży miliona możliwości i racji własnego istnienia. chcę być tu i teraz. w odbiciu lustrzanym chcę na swojej twarzy widzieć łzy. wzruszenie. nie prowadzące do niczego więcej. będące sobą, esencją w tym jednym momencie. chcę patrzeć sobie w oczy i widzieć to, że zapomniałam się. że nie ma ram. że codzienność, moje znoszone jestestwo z pękniętymi szwami na mankietach, majaczy sennie w perspektywie jutra. nie dziś. dziś się zapominam. i słyszę skrzypiące "hooooooold on to me". nic więcej. 


środa, 19 kwietnia 2017

kobieta z grabiami albo verweile doch! du bist so schön!

K

kobieta z grabiami 
w rozkołysanych wielkich biodrach 
leniwie trwa szurając po chodniku 
smutnymi obcasami patrzy na beton 
zerka na boki grabie pod pachą 
poprawiając tymczasem palę papierosa 
ukradkiem na boku i patrzę 
na kobietę z grabiami która patrzy 
na boki obie tkwimy 
w bocznych rzeczywistościach 
w kokonach swoich sekund 
przeszła szurała popiół 
spadł na wełniany płaszcz ja 
to wciąż ja to ja
po prostu trwam


sobota, 18 marca 2017

Córka

K

- Yhhhymm  yhhhymm yhhhymm yhhhymm yhhhymm yhhhymm yhhhymm yhhymm…
Respirator pracuje bezbłędnie. Miarowe, przerywane oddychanie.
Poprawiła mu poduszkę.
- Ty skurwielu. Dziesięć lat zmarnowałam.
Zerknęła w bok. Na sterylną, wyjałowioną z życia ścianę.  Odbiła się o nią sekwencja pytań, które nie zakotwiczyły do żadnej odpowiedzi. Spojrzała na jego twarz.
- Ojciec. Prędzej ja tu zdechnę niż ty przejdziesz na drugą stronę.
Pił tyle czasu. Ruchał panienki. Jeździł po świecie. Złote lata siedemdziesiąte. Cały świat u jego stóp. Partia. Wpływy. Kasa. I usrana po pachy córka w łóżeczku, o której zapominał. Tak jak o matce kilka lat wcześniej, zanim pojechała do sanatorium.
- Ojciec, nie wkurwiaj mnie. Chcesz umrzeć, to umieraj, tu, teraz, bez scen i tego rzępolenia z płuc. Ile razy będą po mnie dzwonić???
Tariraram tariraram tariraram. Urlop na Lofotach. Zimne, proste i bezlitosne klimaty. Gdy wpadła jej większa premia, poleciała właśnie tam. Tam, gdzie świat  zdawał się kończyć. Gdzie, prócz kilku domów i wszechmocnej ciszy, nie ma już nic. Tylko obojętne wzgórza. Tylko obojętne lesiste tereny. Tylko obojętna rzeczywistość. Tariraram tariraram. Pieczołowicie rozpakowywała zawartość walizki. Dom se zrobię tu na chwilę. Dom se zrobię. Se zrobię. Ustawiła na nocnym stoliku Dostojewskiego. Dwa tomy, które nie zdążyła okiełznać w Polsce. Idiota. Trzeba przeczytać. Ramkę ze zdjęciem. Zdjęcie czarno-białe, stoi na nim w sukience ledwo zakrywającej uda, ktoś ją trzyma za rękę a minę ma taką jakby patrzyła na ostrą siekierę, ociekającą krwią. Po drugiej stronie stał fotograf z aparatem. A ona widziała w nim Kubę Rozpruwacza. Drgały jej drobne, kościste kolana obleczone w ażurowe kolanówki. Chciała krzyczeć, ale nie zrobiła tego, ponieważ ojciec obiecał jej czekoladę, jeśli tylko będzie grzecznie stać. To jedyne zdjęcie, które poświadcza to, że kiedyś była dzieckiem. Matka spaliła resztę. Zanim pojechała do sanatorium.
- Zesrał się. No kurwa, zesrał się jeszcze. Haaaloooo! – wyszła na korytarz. Z daleka majaczyło stanowisko pielęgniarek – haaaloooo! Poproszę panią! Tak, panią, poproszę.
- Pani wyjdzie. - Wyszła chętnie. Nie będzie pomagała. Nie dlatego, że nie mogłaby. Nie chce. Świadomie. Twardo i zdecydowanie. Zasłużył sobie. Niech poczuje zapach własnego gówna. Ona czuła go aż nadto, gdy była dzieckiem. Koło zatacza się i zamyka. Los się finalizuje. Wąż zjada swój ogon. Na korytarzu poczuła ukłucie. Gdzieś w okolicy skroni. Nagłe, gwałtowne. Jak igła chamsko wbijająca się do środka.

- Gdzie tatuś jedzie? – dziesięcioletnie oczy dziewczynki  zrobiły się wielkości sarnich. Lęk ogarnął młody umysł. Taty znowu nie będzie. Tylko ta pani, która śmierdzi potem i cebulą i każe się nazywać ciocią. Brak odpowiedzi. Szybki pocałunek w czoło, obojętny głask po włosach. Pies by się pewnie ucieszył. Strach. Nie ma taty, nie ma mamy. Mamusia pojechała do sanatorium.

poniedziałek, 27 lutego 2017

Rozpadlina

G
Rozpadlina
Człapanie słychać na całym korytarzu. Te dźwięki są charakterystyczne a wizyta nieuchronna, czekam więc pod drzwiami.
Po piętnastu człapnięciach słyszę mocne uderzenie. Nie jest to delikatne "puk, puk" sąsiadki z czwartego piętra tylko donośne "łup, łup". Coś w stylu walenia kolbami w drzwi.
No dobra, takie walenie jest trochę niższego kalibru.
- Kto tam? - pytam trzymając dłoń na klamce.
- Depresja - odpowiada ochrypły głos z klatki schodowej.
- Zapraszam - mówię zrezygnowanym tonem.
Kobieta ma na sobie ortalionową, błękitną kurtkę, szarą i uwaloną błotem spódnicę. Pomarszczona dłoń ciągnie mocno napakowaną walizkę na kółkach. Gdy wchodzi do środka, dostrzegam napis "Intersport 1982".
Ironicznym gestem zapraszam kobietę na pokoje. Mimo późnego popołudnia, lipcowe światło podkreśla niewyjściowe rysy twarzy mojego gościa - szarą skórę, odbarwienia i złośliwe oczy. Nietrudno zauważyć, że Depresja spędziła ostatnie lata paląc groszowe papierosy w słabo wentylowanym pomieszczeniu.
Znowu łapię się na myśli, że właśnie tak wyglądała kucharka z podstawówki, która nigdy nie dała mi dokładki. Podobne spojrzenie i zrezygnowanie widziałem też w twarzy urzędniczki z Koszalina, która nie chciała mi podpisać bardzo ważnego dokumentu. Bo mogła...
To nie jest pierwsza wizyta, wiem więc, że za chwilę usłyszę historię. Nie pytając, zabieram się do robienia herbaty w kuchni i otwieram okno w dużym pokoju. Woda się zaczyna gotować a ja piszę esemesa do Anastazji, że nici z naszej sobotniej imprezy.
Chuj w bombki strzelił, takiego gościa łatwo się nie pozbędę.
Dziewczyna odpisuje "Ok" i chyba po raz pierwszy, w historii nowoczesnej telefonii komórkowej, w tych dwóch literach znajduje się także uczucie. Szkoda, że w tym przypadku jest to rezygnacja. Tym bardziej, że interpretuję ją jako ostatnie podrygi naszego związku. Sama mi mówiła, że ma ogromne pokłady cierpliwości. Ale żebym nie zakładał, że są one niewyczerpane.
Kobieta siedzi w pokoju i spokojnie patrzy przez okno. Pewnie się jej podobają białe dymy z elektrociepłowni.
Siadam obok niej w fotelu. Podaję herbatę. Po pięciu łykach rozpoczyna się obowiązkowe opowiadanie historii.
Depresja opisuje wszystkie moje możliwe sukcesy, spokojne życie rodzinne i radosne pasmo spełniania marzeń. W przekonujących i barwnych słowach obrazuje sławę, pieniądze, frajdę i spełnienie, które według niej są całkiem blisko mnie.
Potem psuje cały efekt, podkreślając, że to wszystko znajduje się po drugiej stronie rozpadliny, której nie da się przeskoczyć.
Po mojej stronie znajduje się natomiast lenistwo, brak pomysłów, zniecierpliwienie i wyjątkowo nierealne oczekiwania.
Kobieta wyraźnie lubi mówić to, co jest oczywiste.
- Ni chuja. Nie przeskoczysz - podkreśla i uśmiecha się. Szeroki uśmiech zmusza zmarszczki na jej twarzy do zrobienia karkołomnych fikołków.
Milczymy.
Milczymy.
W końcu Depresja zaciera ręce z radości i otwiera walizkę. Pewnie planuje dłuższy pobyt, bo wyjmuje swoją szczoteczkę do zębów.
I właśnie wtedy uświadamiam sobie, że kumpel z liceum uczy chodzenia na szczudłach.

wtorek, 21 lutego 2017

chwile

K

dzianie się. wszystkiego, co jestem percepcyjne w stanie objąć.
fascynujący spektakl rzeczywistości. mój środek.
obracam w palcach minuty jak cenny kruszec.
materializują się przed oczami.
abstrakty odarte z upostaciowienia pocieszam w moich dłoniach i głaszczę jak bezradne pisklęta. skubią miękkimi dziobami opuszki. niecierpliwią się. chcą odlecieć. niedoskonałe w swojej postaci, niepewnie rozpościerające efemeryczne skrzydła.
jeszcze je smakuję, trzymając na krawędzi, jeszcze się wahają, szukają pewności.
w końcu odlatują.
trwam w zadziwieniu. to już?
i ciągle, nieustannie praktykuję pożegnania. małe dramaty lotów bez powrotu.
niezauważalnie niszczycielskie. niezachwianie obecne.
bezlitośnie niedotykalne ale dotykające.
póki zegar tyka.