niedziela, 6 stycznia 2013

Frondą w mordę

K

Zapraszam Szanownych Czytelników do zapoznania się z niniejszym artykułem opublikowanym na stronie Frondy: "Zgwałcone, a dały życie. Takich bohaterek potrzebujemy"
Od razu muszę uprzedzić, że nie mam zamiaru roztrząsać tematu aborcji. Chcę skomentować ten artykuł, ponieważ uważam, że jest a) semantycznie i b) aksjologicznie niebezpieczny.
A) człowiek zgwałcony nie jest bohaterem - jest ofiarą gwałtuPowinno być zabronione przenoszenie znaczenia tego określenia, ponieważ takie szafowanie i igranie semantyczne może mieć reperkusje w rzeczywistości. Jeśli bowiem założymy, że człowiek zgwałcony nie jest ofiarą, lecz bohaterem - i do tego takim, którego potrzebuje społeczeństwo - to człowiek dokonujący gwałtu również jest bohaterem a nie przestępcą - i go również potrzebuje społeczeństwo. Idźmy dalej, zgodnie z takim założeniem frondowej logiki wywodu, policja nie musi ścigać "bohatera" gwałcącego a psycholog nie musi pomagać "bohaterowi" zgwałconemu. Nie tylko tytuł, ale i treść artykułu ma charakter pochwalny na cześć zgwałconych kobiet, które urodziły, jakby fakt dokonania na nich przemocy, wynikiem którego jest dziecko, czynił z nich kobiety wyjątkowe. Taka manipulacja językiem nie tylko jest ohydna. Jest po prostu niebezpieczna...
B) nie od dzisiaj wiadomo, że przeciwnicy aborcji postulujący życie jako najwyższą wartość popadają w aksjologiczne paradoksy. Cały spór i podejmowane debaty pomiędzy anty- i pro- sprowadzają się do przepychanek i niuansów słownych. Dlatego nie będę się tym zajmować. Wróćmy do zgwałconych "bohaterek". W kontekście aksjologicznym ich życie staje się wartością podrzędną względem życia, które zostało zapoczątkowane w wyniku przemocy. Ich życie, a co za tym idzie: psychologiczna trauma i jej konsekwencje w codziennym psychofizycznym funkcjonowaniu społecznym, rodzinnym, osobistym, staje się sprawą drugorzędną. Są bohaterkami, na które ów splendor spadł w wyniku gwałtu. Autor lub autorzy tego artykułu relatywizują to, co relatywizowane nie może być. Kwestionują ewidentne zło i, odwracając je, wskazują, że jest dobrem. A wszystko to w imię propagandy prawicowo-katolickiej. Brawo.
**********************************************************************************
Inną kwestią, już poza powyższym tematem, jest atmosfera, jaka panuje na stronie Frondy. Mam wrażenie, że tworzą ją antypiewcy pseudodobrej nowiny. Już po kilku artykułach człowiekowi odechciewa się wszystkiego. Zaczynają pojawiać się negatywne myśli oraz dominować zły nastrój. W moim przypadku kulminacja nastąpiła po piątym tekście - obrzydliwym, paszkwilowatym, zmanipulowanym i pełnym naciąganych argumentów artykule na temat Owsiaka, na którym katolickie środowiska psy wieszają od lat...(link tutaj) Śmiem twierdzić, że na taki rodzaj retoryki dałabym się nabrać, gdybym cierpiała na demencję starczą.
Twórcy Frondy nie robią właściwie nic nowego, czego nie poznaliśmy w kościele czy słuchając debat politycznych z udziałem ultraprawicowych partii. Mianowicie Fronda powiela model świata zbudowany według założeń:
- światem rządzi zło
- ten, kto nie jest z nami, jest przeciw nam
- jesteśmy my i są nasi wrogowie
- nasi wrogowie nieustannie spiskują i korumpują
- nasi wrogowie chcą zniszczyć naszą tożsamość i tradycję
************************************************************************************
Niewątpliwą gwiazdą frondotwórczą jest pan Terlikowski, który, mam wrażenie, nieustannie spożywa coś, co napędza jego stopień nawiedzenia.
Pan Terlikowski jest gorliwym wyznawcą i propagatorem wyżej opisanego modelu świata. Item zachęca na przykład do tego, aby we wigilię Świąt Bożego Narodzenia rozważać "holocaust" nienarodzonych w wyniku aborcji dzieci, zaś na temat osoby, która bezczelnie ośmiela się nie wierzyć w Boga, pan Terlikowski z przejęciem godnym nienaśladowania mówi:

Nic dodać, nic ująć.

sobota, 5 stycznia 2013

Aluzja, moja córka

K

Nie, nie mam córki, która, gdyby była, mogłaby być wdzięczna mi za to, że jej nie ma. Ale gdybym miała, mogłaby mieć na imię, którego nie powstydziłby się sam Bareja. Aluzja. -nda-, nie byłam tam, ale południe Hiszpanii musi mieć piękne ciała widoki. Allusio, czyli igranie po to, aby się nie doigrać i nie dojść. Do jednego znaczenia słów wypowiadanych w wiadomym celu lub nie. Dochodzenie jest ciekawą czynnością ciekawym procesem. Jeśli prowadzi do wniosków. Które w celu uatrakcyjnienia można zasłonić żaluzjami.
Dochodząc do szczytu celu, należy pozostawić coś po sobie na odchodne. Na przykład do rzeczownika dorzucić jakiś przymiotnik. W parze się lepiej parzy patrzy. Na odsłaniające się związki głów słów.
Na temat aluzji można by popełniać wiele przemyśleń. Można by popełniać wiele wykroczeń, ćwicząc ją w praktyce. Słownej. Można ten proces kroczenia po grząskiej istocie słów wycyzelować grubym dłutem natrętnych myśli, które jednakże nie mogą być poddane popędowi.  Kończąc spokojnie, warto ubrać się użyte słowa w ich pierwotne znaczenie. Aby nikt nie miał wątpliwości, co się w ogóle zadziało. O!




piątek, 28 grudnia 2012

Tekst niemisyjny 2, czyli Karmel pisze o całowaniu (się)

K

W wyniku dokonanego przez siebie - nieprzymuszonego - wyboru, od prawie dziesięciu lat nie posiadam telewizji. Zatem gdyby nie fakt, że słucham od czasu do czasu radia, nie dowiedziałabym się o dzisiejszym specyficznym święcie. Mianowicie przemiła pani na radiowej antenie (której to pani nazwiska nie znam, ale myślę, że to ani nie robi różnicy mi, ani tym bardziej owej dziennikarce) poinformowała mnie, że dzisiaj obchodzimy 

MIĘDZYNARODOWY DZIEŃ CAŁOWANIA.

Chciałam się dowiedzieć nieco na temat pocałunków od wujka Google i się zdziwiłam, ponieważ na hasło "rodzaje po" wyskoczyły hasła w kolejności:
1. rodzaje podatków
2. rodzaje pocałunków
3. rodzaje podmiotów
Następnie stwierdziłam, że to jednak bezsensu sprawdzać takie coś, bo w sumie jak po trzydziestce się tego nie wie, to już chyba się człowiek nie dowie. Perspektywa ta wpędziła mnie niemal w depresję.
Ale są ludzie, którzy mają poważniejsze problemy. Na przykład, godzinę temu dostałam od znajomego sms o takiej treści:
"Moje chwilowe przekleństwo to inaczej rozdarcie. Bo jest jedna babka, z którą już się nie całuję
i inna, z którą jeszcze się nie całuję".
Dylemat, który, przyznam szczerze, rozłożył mnie na części pierwsze - metaforycznie ujmując.

Pomyślałam sobie, że może jakąś piosenkę wstawię na naszego bloga z tejże całuśnej okazji.
Ale to też nie jest taka prosta sprawa!
Ponieważ, gdybym nie była sobą, wstawiłabym coś takiego:
albo na przykład coś takiego:

Ale nie byłabym sobą, a sobą jestem przeważnie codziennie.
Zatem, z okazji dzisiejszego święta upubliczniam na naszym blogu tęże piosenkę:

Jakby co, pretensje wynikłe ze zniesmaczenia proszę kierować do spadkobierców Juliana Tuwima, o!....


środa, 19 grudnia 2012

Tekst niemisyjny, czyli Karmel pisze o dupie Maryni

K


Lubię od czasu do czasu pomyśleć o dupie Maryni. Zasadniczo z tego powodu, że nie znam żadnej Maryni, która miałaby mniejszą dupę ode mnie. A znam kilka Maryń. Również z tego powodu, że tak właśnie jest, że nie tylko mężczyźni myślą o dupach. Oraz dlatego, że cztery litery wchodzą w poligamiczność związków z innymi wyrazami, co stanowi dla mojego umysłu zestaw niezwykle stymulujących bodźców. I także ze względu na to, że nie jestem kotem, nie spadam na cztery łapy, najczęściej właśnie na słowo złożone z dwóch spółgłosek i dwóch samogłosek, o którym mój Ojciec mawia, że nieważne, czy przez "u", czy przez "ó", bo jeśli niemyta, to i tak śmierdzi a wtedy kit pani/panie z ortografią.
Lubię od czasu do czasu porozmawiać o dupie Maryni, szczególnie gdy przeczuwam, że z moim/-ją interlokutorem/-ką lepiej nie rozmawiać o żadnej innej części ciała, ponieważ się na nich nie zna.
Cieszę się, że istnieje opcja rozmawiania o dupie Maryni, ponieważ gdyby jej nie było, byłabym skłonna w wielu sytuacjach milczeć lub nawet wyjść. Z siebie.






niedziela, 16 grudnia 2012

Innego cudu nie będzie..., czyli kilka przemyśleń na temat ostatniego filmu Ślesickiego

K

Film Ślesickiego pt. "Trzy minuty. 21:37" oglądałam dwa razy. Nie dlatego, że za pierwszym razem go nie zrozumiałam. Dlatego, że dawno tak przyjemnie nie oglądało mi się polskiego filmu. Recenzję postanowiłam napisać nie tylko z tego względu. Również z powodu już istniejącej recenzji autorstwa Pani Malwiny Grochowskiej (tekst tutaj) Autorka, moim zdaniem, w ogóle nie zrozumiała dzieła Ślesickiego, ale również ma trudności w zauważeniu istnienia aluzji, symboli itp. zabiegów w tymże filmie...
Pani Malwino, pisze Pani, że to "kolejny projekt "papieski" robiony na kolanach". Otóż myli się Pani. Reżyser z tym motywem (śmierć papieża, która rzekomo miała odmienić Polaków) polemizuje. Owo zdarzenie jest punktem wyjścia i rodzajem trampoliny, od której odbija się świat przedstawiony i żyje własnym życiem - w opozycji do tego zdarzenia. Tuż po obejrzeniu "Trzech minut..." byłam skłonna się zgodzić z opinią wielu internautów, przeczytaną na filmwebie, że temat 'papieski' tak naprawdę jest zbędny i że bez niego film nic by nie stracił.
Dzisiaj, gdy uświadomiłam sobie, jaka jest jedna z możliwych interpretacji tego filmu, stwierdzam, że jednak wątek śmierci Jana Pawła II jest potrzebny. Tak jak wspomniałam wyżej, jest rodzajem trampoliny, ale również podkreśla przepaść pomiędzy założeniem, że śmierć papieża odmieniła jego rodaków, a rzeczywistością. Bo wielkim znakiem tego filmu jest kontrast i konflikt pomiędzy tymi dwoma założeniami. Filmowy prolog, w moim odczuciu, reżyser wziął w ironiczny cudzysłów. Jest to zapowiedź - jakby można było się spodziewać - opowieści o niesamowitościach, o wielkich czynach, przemianach ludzkich charakterów, o wielkich wartościach, ba!, o cudach. Tymczasem, w kontekście fabuły ów początek akcji jest niemalże kpiną. Kpiną nie ze śmierci papieża, lecz z tego, co przypisywaliśmy temu wydarzeniu. Do tego tematu powrócę. 
Konwencja filmu (trzy równoległe historie, retrospekcje, niechronologiczność, "refleksyjność" narracji) przypomina mi trylogię Alejandro Gonzáleza Iñárritu. Szczególnie jego debiutancki obraz "Amores perros". Ślesicki poradził sobie zarówno z logiką jak i konsekwencją fabularną i harmonijnie doprowadza opowieść o swoich bohaterach do końca.
Nie zgodzę się również z uwagami Pani Grochowskiej na temat humoru w tym filmie. Pojawia się on w dialogach, ale jest bardzo gorzki!, a przez to nie śmieszy... Tam, gdzie ma się do czynienia ze scenami, które wywołują uśmiech (głównie w części o Reżyserze), tam jest rodzaj humoru spod egidy pt. "w życiu piękne są tylko chwile", zatem i tak jest smutny.
"Trzy minuty..." to dzieło zagrane minorowo i gorzko. To świat, w którym to, co dobre, musi zginąć. W którym panoszy się obłuda religijna i społeczna, znieczulica i agresja. To opowieść o antycudzie naszej szarej codzienności (w godzinę śmierci papieża jeden z bohaterów morduje człowieka). Nie ma tu szczęśliwych, spełnionych ludzi - są Syzyfy, nieudacznicy, służbiści, karierowicze, ludzie pogubieni w życiu i ubodzy, tacy, co już nic nie mają do stracenia. I jest prymitywna tłuszcza, która za papieża życie by oddała, ale sąsiada gnoi i gnębi - ot, takie życie.
Wśród bohaterów przez cały film przewija się młody mężczyzna, o którym nie wiemy prawie nic. Moim zdaniem, jest on spadkobiercą romantyków, jest symbolem prawości, dlatego nie ma miejsca dla niego na tym świecie. Jest 'Mścicielem' i 'Obrońcą Niewinnych' (pies, konie wiezione do rzeźni) oraz Dociekaczem Sprawiedliwości. To jest zupełnie osobna postać, osobny wątek względem trzech historii: Reżysera (brawo dla wyśmienitej gry Stroińskiego), Malarza i Konia (czyli kłusownika i jego synka). Reżyser mówi "talent jest w wódce" i właściwie w ten sposób streszcza swoje życie. Malarz kieruje swoją dramatyczną modlitwę do Boga ("nie chcę konać w tej trumnie z powietrza") nie jako rezultat zrozumienia swoich grzechów i nawrócenia ale z powodu odczuwania strachu, który potem przeradza się w przerażenie, Chłopiec, dla którego uratowany koń staje się przyjacielem i którego niewątpliwie pokochał, uczy się najtrudniejszej lekcji na temat życia i ludzi: człowiek za pieniądze zrobi wszystko. Szczucie konia i jego próby złapania kończą się tragicznie.
Wszystko, co dobre musi zginąć, zaszlachtowane okrutnie.  
Punktem kulminacyjnym tego filmu jest dla mnie moment, w którym chłopiec mówi do swojego ojca: "WOLĘ ZABIĆ CZŁOWIEKA NIŻ RYBĘ"  
Nie ma żadnego cudu. Nic się nie zmieniło. Antycud goni antycud. Ślesicki stworzył symboliczne, przerażające obrazy ludzi podłych, wyrachowanych i przegranych, w których życiu inni ludzie budują świat oparty na różnych odmianach agresji.
I wszystko na to wskazuje, że choćby dziesięciu papieży umarło - nic się u nich nie zmieni.

Najsamotniejsza z planet, czyli rozwodniona zupa dla krytyków

G



Podczas oglądania filmu "Najsamotniejsza z planet" pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy, jest wyrachowanie reżysera. Bo film jest luźną adaptacją opowiadania "Expensive trips nowhere" Toma Bissella, które to w wydaniu filmowym trwa prawie 2 godziny. A reżyser(Julia Lotev), za pomocą zastosowanej formy i oszczędności środków, wyraźnie wydaje się celować w stronę tzw. "wyrafinowanych krytyków"
i publiczności podkreślającej, że lubi "tylko ambitne i niejednoznaczne filmy". "Najsamotniejsza z planet" jest więc taką zupą gotowaną dla określonego odbiorcy, a jej autorka wrzuca do garnka wszystkie typowe składniki.  
Dwie główne 'potrawy' to Alex (Gael Garcia Bernal) i Nica (Hani Furstenberg), dwóch backpakersów, którzy przed swoim ślubem wyruszają do Gruzji, żeby tam wynająć przewodnika i wyruszyć z nim w góry. Reżyserka, mieszając w garnku, próbuje podgrzewać
danie, tworząc figurę trzeciej postaci - Gruzina. Ten trzeci główny składnik potrawy początkowo wydaje się radosnym i prostolinijnym autochtonem, rzucającym kiczowate dowcipy, później pełnić będzie istotniejszą w filmie rolę. Punktem kulimacyjnym jest natomiast grożna sytuacja, w której Alex tchórzy i już do końca filmu będzie kwestionował swoją męskość. Rolę sosu całego dania pełnią natomiast długie ujęcia milczącej wędrówki przez góry, gdzie pojawia się mocno
pompatyczna muzyka, która urywana jest w najlepszym momencie. Jako przyprawę można chyba określić naturalizm występujący w filmie. A tenże naturalizm prezentowany jest przez duże "N"- możemy więc zobaczyć jak Nica sika sobie w środku nocy w gruzińskich górach, a jej tyłek jest oświetlany latarką, albo też sceny seksu, które w Najsamotniejszej z Planet to szamocąca
się i dysząca para głównych bohaterów (ubranych od stóp do głów!) w ciemnym namiocie.
Co więc wychodzi z takiego gotowania? Danie wyraźnie rozwodnione i nietreściwe. Głównym zarzutem może być letnia temperatura. Bo oszczędność środków oznacza, że o głównych bohaterach wiemy niewiele, a to, że są oni backpackersami, jest podkreślone za pomocą radosnego turlania się po trawie i długiego włóczenia się po górach. Nic więc dziwnego,że ciężko zrozumieć do końca, czy też polubić głównych bohaterów. Poważnym błędem jest też brak wytłumaczenia powodów, dla których Alex musiał zaglądać w lufę karabinu (a to właśnie jest kuliminacyjnym momentem filmu). Drugi zarzut to rozwodnienie. Film jest po prostu rozwleczony a sceny wędrówek, które pewnie w założeniu miały być symboliczne, są zbyt długie i męczące. Rozczarowujące jest także zakończenie, gdzie mamy możliwość wysłuchania pomysłu na życie gruzińskiego przewodnika. Pewnie te słowa miały zachwycić widza swoją prostotą i błyskotliwością, brzmią jednak po prostu banalnie. W efekcie po zjedzeniu takiej zupy, zamiast  zaspokojonego żołądka i poczucia smaku, pojawia się uczucie głodu.
I rozczarowanie z powodu wybrania niewłaściwej garkuchni.

czwartek, 13 grudnia 2012

Poeta kończy 80 lat, czyli Karmel wierszuje (fałszuje?)

K

Wczoraj Karmel po dwóch mocnych drinkach popełniła poniższy tekst. Chyba jest niezły. Może powinna pić na stałe?
Wiersz nosi tytuł "Poeta kończy 80 lat":


Uważaj dziecko
Moje tantiemy nie zapewnią ci poczucia bezpieczeństwa,
O potrzebie którego przeczytałaś w Cosmopolitanie

Moje gacie żółkną z dnia na dzień
Niezależnie, niestety, ode mnie
Pamiętaj o tym, gdy będziesz wrzucać pranie
Wybierz opcję 50º C

Mówisz: w tym, co piszesz, wyczytuję różne sensy życia
Nas już uczono różnych sensów życia
Za czasów panowania Cyklonu B
A potem jednomyślności narodowej
Która budziła sprzeciw
A ja prowadziłem kolokacyjne romanse
Z różnymi dziwkami
Dzisiejsza polifoniczność sprzeciwów
Wprawia mnie w
Subtelne zakłopotanie
Przygnieciony ogromem możliwości
Wsuwam ciepłe pantofle i
Prostytuuję się z serialem

Mówisz: nie mów do mnie „dziecko”
Bo mam 40 lat
Słuchaj dziecko, świat jest dużo starszy
A jednak nie wydoroślał

Mówisz, że dochodzisz
Do wniosków na mój temat, że…
A ja dochodzę
Do sklepu tempem żółwia
W innych sytuacjach
Właściwie nie dochodzę
W ogóle

Chciałbym teraz
napisać
O tym, jak bardzo nie mogę
O tym, jak bardzo nie chcę
I żeby mnie kości nie bolały
W oczekiwaniu na nią



poniedziałek, 10 grudnia 2012

Wegetarianizm i mydełko Jezus

K

Do napisania tego tekstu zainspirowały mnie dwie sprawy. Tajemnicze mydełko o znaczącej nazwie, o którym wspomnę pod koniec oraz pewne zdarzenie na facebooku. Otóż jedna z moich znajomych wstawiła na moją tablicę taki oto obrazek:

Nieistotne jest, dlaczego wstawiła. Parę godzin później, podobne obrazki znalazły się u kilku innych osób. 
I pod jednym z nich znalazłam komentarz o takiej treści:
"tego janioła nie powinno się wstawiać tym, co wpierdalają zarzynane świnie i krowy".
Chciałabym uprzedzić, że nie poczułam się dotknięta taką uwagą. Ale stała się ona motorem do tego, aby podzielić się z Wami moimi przemyśleniami na rzeczony temat.
Również komentarz pewnej pani pod protestem przeciwko ubojowi rytualnemu, cyt."nie żreć mięsa i sprawa załatwiona", skłonił mnie do popełnienia poniższego tekstu, ponieważ nie, sprawa nie załatwiona, niestety, to nie jest takie proste....
Jestem wegetarianinem. Niejedzenie mięsa nie stanowiło i nie stanowi dla mnie problemu ani też specjalnych wyrzeczeń. Jednakże prędko zdałam sobie sprawę, że niespożywanie mięsa niewiele załatwia, jakby tego chciała autorka powyższego cytatu. Wraz z upływem czasu, w którym moja dieta roślinno-zbożowa nie tylko nie wyrządzała mi żadnej szkody, ale wpływała na moje samopoczucie pozytywnie, zaczęłam się wgłębiać w sens wegetarianizmu. I wydało mi się, że najważniejszą sprawą dla wegetarian jest niewyrządzanie cierpienia i nieodbieranie życia zwierzętom. Zrobiłam zatem własny rachunek sumienia.
Mniej więcej tak to wyglądało:
1. Nie jem mięsa, ale...... spożywam sery, jaja.
Krowy wykorzystywane do produkcji mleka, a w konsekwencji sera, są nieustannie zapładniane. Po to właśnie, aby dawały mleko. Cielaki rodzące się w wyniku tego procederu są w zasadzie "skutkiem ubocznym" i przeznaczone są na cięlęcinę. Gdy krowa nie jest już w stanie dawać mleka, trafia do rzeźni. 
Kury chowane metodą klatkową nigdy nie chodzą, nie drapią w ziemi, ba, nawet nie mogą się wyprostować. Unieruchomione w klatkach bez żadnej wyściółki, mają jeść i znosić jaja. Jakość tych jaj pozostawia wiele do życzenia (ja akurat jem jaja od kur z własnego chowu, które, w porównaniu do swoich koleżanek w klatkach, mają raj na ziemi). Wniosek? Spożywając mleko, sery, jaja POŚREDNIO przyczyniam się do śmierci zwierząt.
2. Nie jem mięsa, ale..... noszę skórzane buty, rękawiczki itd. Zatem POŚREDNIO przyczyniam się do śmierci zwierząt, bo tworzę popyt na skórzane produkty. 
3. Nie jem mięsa, ale.... robię zakupy w jednym, z tych sklepów: Tesco, Carrefour, Biedronka.... i kupuję produkty m.in. firm, testujących produkty na zwierzętach. Ich lista jest niebotycznie dłuższa niż lista firm, które tego nie robią. Zwierzęta wykorzystywane laboratoryjnie (szczury, myszy, króliki, szczenięta, kocięta itd.) przechodzą nieopisane męki przez całe swoje (zazwyczaj krótkie) życie.
4. Nie jem mięsa, ale... mam psy i koty. To są stworzenia mięsożerne. Muszę dla nich kupować mięso i produkty pochodzenia zwierzęcego.

Po tym rachunku sumienia doszłam do wniosku, że nie jedząc mięsa, z pewnością wpływam na swoje zdrowie pozytywnie oraz sprawiam sobie dobre samopoczucie, natomiast w mikroskopijny sposób przyczyniam się do niezabijania zwierząt. To była ułuda. "Uspokajacz" sumienia. Bo w rzeczywistości, walka o niezabijanie zwierząt, to coś o wiele poważniejszego i bardziej złożonego, niż mi się wydawało.
Oczywiście, jeśli ktoś nie chce jeść mięsa, niech tego nie robi. Natomiast niech również nie ma złudzeń, że pomaga w ten sposób zwierzętom. Robi to dla siebie. W czym oczywiście nie ma nic złego!
Dopiero w sytuacji, w której mogłabym zaprzeczyć punktom 1-4 lub chociaż 1-3, mogłabym również przyznać, że istotnie nie przyczyniam się do zabijania zwierząt.
Uważam, że zarówno wegetarianie, weganie jak i mięsożercy powinni swoją uwagę skierować na to, co można by  wywalczyć: mianowicie diametralną zmianę przepisów dotyczących uboju zwierząt hodowlanych, skuteczny system surowych kar za łamanie praw zwierząt oraz ograniczenie gatunków przeznaczonych na ubój (osobiście wykluczyłabym konie oraz krowy mleczne). Ale czy to jest realne? Temple Grandin w USA pokazała, że można zminimalizować cierpienie zwierząt zanim trafią do rzeźni. Jednakże w naszym kraju żadna z partii politycznych w swoich programach wyborczych nie uwzględniła takich problemów a i społeczne zainteresowanie nimi jest małe!...

Tymczasem zbliżają się święta - z roku na rok coraz mniej lubię ten czas. Bo to jest czas fobii kupowania. Wszystkiego: jedzenia, którego się nie zje, prezentów, których się nie potrzebuje. I karpi oraz innych ryb, które muszą przejść mękę zanim trafią na talerze. 
Wracając do prezentów - ostatnio natrafiłam w internecie na bardzo specyficzny produkt. Przyznam Wam się szczerze, że nie wiem do dzisiaj, czy to jest wyłącznie prowokacja, czy istotnie ktoś  wpadł na pomysł sprzedawania...........
...........................................
mydła Jezus:
Z okresu podstawówkowych wycieczek autokarowych pamiętam Mydełko FA:
 

I chociaż moje poczucie humoru w zasadzie jest spore, pomysł na marketingowy chwyt sprzedawanego specyfiku odbieram jako wielki faux-paus. Aczkolwiek nie wykluczam, że jakaś gorliwa religijnie i niezbyt rozgarnięta niewiasta potraktuje tekstową reklamę mydełka dosłownie i z wielkim zaangażowaniem będzie co wieczór nacierać się nim tu i ówdzie, mamrocząc przy tym godzinki.
AMEN!

środa, 21 listopada 2012

Nie pójdę na "Hobbita" bo padły zwierzęta (?)

K

Na portalu społecznościowym kilka prozwierzęcych osób i organizacji podniosło alarm z powodu doniesień na temat zwierząt, które padły rzekomo na planie "Hobbita". Na filmwebie również. A oto informacje z dwóch różnych źródeł:
Jak wynika z artykułów, na planie filmowym żadnemu zwierzęciu nic się nie stało, natomiast winą producentów i twórców filmu było to, że nie interweniowali w sprawie złych warunków bytowych zwierząt na farmie.
Cytuję wypowiedzi użytkowników Facebooka: 
" skurwysyny!!!! a zeby film okazał się klapą!!!!"
"o nie obejrzę tego filmu , nie ma takiej opcji !"
"I chyba założę inne konto i będę spamować wysyłając artykuł na zagraniczne portale"
"Szkoda, bo miałam wielką ochotę pójść na to do kina. W tym momencie to wykluczone."
Itd.
PETA planuje w USA bojkot filmu, zapewne dołączą się inne organizacje. 

Postanowiłam się ustosunkować do tej sprawy.
Przede wszystkim nie sądzę, aby producentów filmu ominęła surowa kara. W USA prawo na rzecz zwierząt przeważnie działa bardzo skutecznie. W tym przypadku, jakże już nagłośnionym, tym bardziej tak się stanie.
I bardzo dobrze, niech zapłacą surową karę - choćby ku przestrodze dla innych. Aby było wiadomo, że lekceważenie takiej sprawy, jak warunki bytowe zwierząt wykorzystywanych przy tworzeniu filmu, nie są kwestią ani błahą, ani marginalną.
I tyle, dalej bym się tym już nie emocjonowała.
Dlaczego?
Ponieważ był to JEDNORAZOWY wypadek. 
Tymczasem, nasza codzienność dostarcza nam wielu innych powodów do organizowania bojkotu. Jeden z przykładów: firmy typu Tesco czy Carrefour codziennie wykorzystują laboratoryjnie masy zwierząt. Codziennie odbywa się ich ciche i niewyobrażalne cierpienie. W jakim celu? Dla kasy. Dla kremiku do twarzy i zasypki do dupki. Ale nikt z oburzonych na Jacksona i jego ekipę nie pokusi się na bojkot Tesco, w którym robi się - przynajmniej kilka razy w tygodniu - zakupy. Dlaczego? Ponieważ dużo łatwiej jest zbojkotować film RAZ poprzez niepójście do kina niż organizować czasochłonną akcję długofalową.
Więc czy istotnie chodzi o dobro zwierząt?
NIE.
Wydarzenia tego typu (jak przewinienie producentów i twórców "Hobbita") są przez niektórych ludzi (przez wielu, wielu, wielu) poddawane "twórczej obróbce" z kilku powodów.
1. Nieświadomie lubimy złe informacje oraz lubimy je przekazywać (zdjęcie z psem do adopcji ma mniej udostępnień na FB niż informacja o 27 padłych zwierzętach, które były wykorzystywane w filmie).
2. Istnieje nieuświadomiona i tłumaczona zupełnie inaczej potrzeba potwierdzania własnej dobroci oraz prawomyślności. Zaś portale takie jak FB są doskonałym miejscem do zaspokajania tej potrzeby. Przede wszystkim dlatego, że kosztuje to minimum wysiłku. Wystarczy coś napisać (np. " skurwysyny!!!! a zeby film okazał się klapą!!!!"), gdzieś kliknąć, coś udostępnić. Trzy ruchy zajmujące kilkanaście sekund, które dają człowiekowi względnie trwałe przekonanie o słuszności i dobru poczynionych ruchów, oraz które poprawiają humor i utwierdzają w przekonaniu, że jest się "prozwierzęcym" i że coś się dla zwierząt robi.

A ja jestem typem francy, która stwierdza: nie, 'moi drodzy', to, że napiszecie pełny oburzenia czy też wyciskający łzy komentarz pod zdarzeniem dotyczącym zwierząt, NIE CZYNI z Was obrońcy zwierząt. Nie zmieniacie tym NIC w życiu ŻADNEGO zwierzęcia. I bądźcie tego świadomi.

Reasumując.
Cały hałas wokół Jacksona i jego ekipy kolejny raz utwierdził mnie w przekonaniu na temat nieskończoności ludzkiej ignorancji.
I TAK, wybieram się na  "Hobbita" do kina. Nie mogę się wręcz doczekać.


wtorek, 6 listopada 2012

"Jak jeden cień w dolinie mgieł"... oraz o poprawności językowej (żeby nie było zbyt romantcznie)

K

Najpierw o temacie 'gorszym', czyli Karmelowe wymądrzania się. Do tego akurat tematu skłoniła mnie wymiana poglądów na FB z dziennikarzem regionalnego portalu Calisia.pl, na który regularnie zaglądam - i przeważnie robię to z przyjemnością. Jak zwykle widzę wszędzie problemy i zapewne tak też odebrał mnie ów człowiek. Ale dlaczego?
Dziennikarz oddziałuje opiniotwórczo na odbiorców swoich artykułów. Więc względem tego zawodu, według mojej hierarchii wartości, nie ma zmiłuj, jeśli chodzi o poprawność językową. Słowo jest twoim, dziennikarzu, narzędziem pracy. Czy, będąc rolnikiem, byłbyś zadowolony, gdybyś miał przerzucać siano widłami o jednym zębie? Zatem, dlaczego z takim lekkim duchem podchodzisz do tego, czy popełniasz błędy językowe, czy też nie? 
Spotkałam się z opinią cyt. "w internecie można luźniej". No dobra, zaciskam zęby i uznaję tę zasadę w przypadku osób prywatnych, wypowiadających się na jakichś temat. Ale w sytuacji, gdy czytam post opublikowany na koncie serwisu informacyjnego, zawierający pytanie "macie chwilę czasu?", to niestety, ale, niczym ALIEN, chciałabym wypuścić ze swojej paszczy dodatkową szczękę gotową ukąsić autora powyższego zdania.... Natomiast na tłumaczenie tegoż pt. "O tej porze nie jesteśmy dziennikarzami. Ale uwaga przyjęta. Język zbyt potoczny" ALIEN po prostu pożera! ;-) [chodzi o godzinę 21.00 oraz o przekonanie dziennikarza, że użył języka potocznego, gdy tymczasem popełnił paskudny błąd zwany pleonazmem (podaję termin, gdyby ktoś chciał sprawdzić)]
A tak zupełnie serio - czy zdajesz sobie sprawę dziennikarzu, że twój artykuł, niezależnie od tego, czy pisałeś o katastrofie ekologicznej na świecie, czy też o Zbychu z Psiej Górki, który składa i sprzedaje używane rowery; że tenże artykuł może posłużyć twojemu czytelnikowi jako źródło lub jako cytat? Na przykład w czasie tworzenia innego artykułu albo innej wypowiedzi pisemnej?... Tekst zawierający błędy, podkreślam - rażące i podstawowe błędy, nie ma prawa bytu zarówno w internecie jak i w publikacjach drukowanych. Nie można przyzwolić na żaden objaw tolerancji w takim przypadku. W przeciwnym razie powstaje pytanie: od kogo zatem wymagać poprawności językowej wypowiedzi?
Rzucam to pytanie w kosmos - nie odpowiadajcie; na świecie dzieje się tyle złego. Żydzi z Muzułmanami się zabijają, kryzys gospodarczy ogarnia świat, afrykańskie dzieci umierają z głodu i ceny benzyny spędzają obywatelom sen z powiek a mi się chyba nudzi, że piszę o takich duperelach, jak poprawność językowa.

Zatem przestawiam się na temat 'lepszy'. Nie wiem, czy doświadczyliście kiedykolwiek chodzenia w tak gęstej mgle, że absolutnie nic nie widzieliście? Niesamowite doświadczenie... Wczoraj wyszłam z psami na spacer w kierunku stałego miejsca, czyli łąki. Już z oddali zauważyłam gęstą, sinobiałą mglistą zawiesinę.
Postanowiłam przejść łąkę i wejść na sąsiadujące z nią pole uprawne, gdzie kumulacja mgły była największa.
Przyznam się Wam szczerze, że gdybym była sama, zaczęłabym się bać. Przemieszczając się w stronę środka pola, traciłam zupełnie kontakt z czymkolwiek, co znajdowało się poza nim. Przejeżdżające kilka metrów dalej samochody zniknęły zupełnie, słyszałam tylko jak jadą.  Gdy zatrzymałam się na - mniej więcej - środku pola, mgła wydała mi się być ogromną kopułą przykrywającą powierzchnię ziemi. Wyciągnęłam rękę i upewniłam się, czy przypadkiem nie mogę tej zawiesiny dotknąć. Złudzenie było tak przekonujące!
Tylko na moich psach nasza lokalizacja nie robiła żadnego wrażenia. Niuchały ziemię jakby nigdy nic.
Stałam tak około pół godziny. Rozkoszowałam się tym doświadczeniem - byciem we mgielnym kokonie, jakiejś takiej magicznej enklawie niesamowitości, w której mogłoby coś niezwykłego się zdarzyć. W drodze powrotnej w stronę łąki miałam wrażenie, że te połacie mglistości nie mają końca. Przyspieszyłam kroku, bo moja wyobraźnia zaczęła tworzyć sceniariusze z kimś w rodzaju Kuby Rozpruwacza czekającego na mnie z boku. Gdy wreszcie zarys rzeczywistości, tego co znane i znajome, stał się wyraźny, odetchnęłam z ulgą i powędrowaliśmy dalej.