wtorek, 21 stycznia 2014

Dlaczego kocham ciemność


K

Zanim wzbiję się na wyżyny mądrości filozoficznej, na które akurat dzisiaj nie chcę się wzbijać, napiszę, że ciemność, pomijając biblijne znaczenie, jest dla  mnie rodzajem 'nieba'. 
Biorąc pod uwagę metaforyczne znaczenie słowa "nieba" - które dla każdego może mieć inne znaczenie. W moim przypadku: zupełnie przenośne, będące synonimem czegoś przyjemnego.
Ciemność dla mnie jest równoznaczna z - wariacje:
1. niską, tudzież obniżoną, temperaturą powietrza (nie lubię stanu powietrza powyżej 19. stopni Celsjusza). A ponieważ temperatura ciała warunkuje 'temperaturę' ducha, fakt powyższy staje się dla mnie niezwykle ważny w czasie lata, w którym przeżywam męki znoszenia upałów, które dla innych stanowią istotę tej pory roku. Czy nie zauważyliście, że upał nie sprzyja twórczym myślom a generuje otępienie i poddaństwo? Ano właśnie. Czy słyszeliście o teorii dotyczącej "poddaństwa" ludzi na Kubie względem tamtejszego reżymu? Że właśnie upał jest jednym z przyczynków? Upał = dzień. Czy zetknęliście się w tej części Europy z upałem w nocy? Nie? Pierwszy punkt dla CIEMNOŚCI. W ciemności nocy panuje chłód, za którym podąża skupienie i opanowanie. Dlaczego Chrystus czuwał nocą? Gdy inni spali? Dlaczego tak ważna transformacja jego ducha odbywała się w nocy? Czy w tym kontekście trzeba ciemność traktować jako czas szatana? Niezależnie od tego, czy się w ww. postaci wierzy, czy też nie. Dlaczego CIEMNOŚĆ miałaby się kojarzyć ze złem? Ponieważ biblijna nauka do tego się sprowadza? "Światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnia"? 
Wszakże ciemność pierwsza panowała, jeśli wierzyć w biblijne opowieści, i dopiero z niej BÓG stworzył wszystko to, co dobre. 
2. jest równoznaczna z czasem wyciszenia (już o tym zaczęłam pisać wyżej). Gdy nie śpię w czasie, gdy cały świat wokół mnie śpi. Wszystko to, co za dnia absorbowałam w siebie, wszystko to, co za dnia przeżywałam, wszystko to, co robiłam... W nocy nabiera innego znaczenia, w nocy podlega spokojnej ocenie, w tym właśnie czasie jest dla mnie materiałem do wyciągania wniosków...
3. akustycznie rzecz biorąc, na ulicy, na której znajduje się mój dom, w nocy panuje niesłychana cisza, w której skrzypienie drewnianej podłogi wydaje się być perkusyjnym koncertem. Za dnia ta akustyka ginie pośród innych dźwięków sygnujących codzienną krzątaninę.
4. cała symbolika związana z pojęciem  CIEMNOŚCI  - zło, szatan, przekleństwo, grzech.... A tu stoję ja. Czy reprezentuję zło,  szatana, przekleństwa i grzech? ................

Na zakończenie tej wiązanki dziwnych myśli, wrzucam taką muzykę - jakże pasującą do tematyki:

czwartek, 2 stycznia 2014

Kupa Jacksona, czyli... kilka uwag na temat drugiej części "Hobbita"

K

Ciężko mi było zabrać się do tego tekstu, ponieważ przeżyłam niesłychanie wielkie rozczarowanie, po długim czasie niecierpliwego oczekiwania na "Hobbita: Pustkowie Smauga"

Tym, którzy nie czytali moich przemyśleń na temat pierwszej części "Hobbita", przypominam: pisałam tak.
Gdy posypały się głosy krytyczne na temat "Niezwykłej podróży", oskarżające film o dłużyzny, o nierówność, nie potrafiłam się z nimi zgodzić. Dlaczego? Odsyłam do pierwszego tekstu.

Po zarezerwowaniu miejsc w kinie, skrupulatnie odliczałam dni do seansu. Byłam przekonana, że "Pustkowie Smauga" będzie jeszcze lepszym filmem od poprzednika. Do kina szłam, co ja piszę, biegłam! po to tylko, aby utwierdzić się w moim przekonaniu. Po tym, jak przeczytałam pozytywne recenzje, mój apetyt na magię Tolkiena przekutą w dzieło filmowe przez Jacksona był ogromny.

I co? I kupa. Klapa. I kilka kurw rzuconych w powietrze po skończonym seansie.

Grzechy, jakie, w moim odczuciu, popełnił reżyser, sprowadzają się do czegoś, czego przełknąć mentalnie nie mogłam.
Po pierwsze, to właśnie w tym filmie panoszą się dłużyzny, spowolnienia akcji, które zaowocowały u mnie kilka razy irytacją w trakcie seansu. Oraz znudzeniem. Ekipa kransoludów i hobbit zmierzają do smoka w nieznośnie rozwleczony sposób. Po drodze pojawiają się też zbędne motywy (jak międzyrasowa chemia miłosna), które przyczyniają się do rozrzedzenia napięcia. Na ten moment nie chcę omawiać konkretnych przykładów scen i wątków, aby nie poczynić spoilera nikomu, kto wybiera się na ten film.
Po drugie, w całkowitym przeciwieństwie do "Niezwykłej podróży", nie ma w tym filmie wybitnych kreacji aktorskich. Być może dlatego, że wadliwie zmontowany film nie pozwolił na to. Panuje kreacyjna równina. Nikt się nie wychyla, nikt nie przoduje. Legolas, którego znamy z LOTR jako niezwykle zwinnego i inteligentnego elfa, tutaj jest rozmyty, nijaki i jakby doklejony na siłę. Pierwsza część "Hobbita" należała niewątpliwie do Freemana i Armitage'a. Druga należy do wszystkich. A jak do wszystkich - to do nikogo.

Po trzecie, po co 3D? Zaczynam tę technologię postrzegać jako nieznośną i efekciarską manierę współczesnych twórców kina 'z rozmachem'. "Pustkowie Smauga" jest przykładem kolejnej produkcji, w której 3D okazała się kompletnie zbędnym a wręcz drażniącym dodatkiem. O ile oglądając "Avatara" w 3D, szczęka mi opadała na widok bogactwa i kolorów przyrody Pandory, o tyle w tym przypadku czekałam coraz bardziej rozczarowana, na to, kiedy w końcu będzie jakaś scena warta tego, żeby siedzieć w tych goglach w kinie... Niestety, ani ucieczka w beczkach ani smok ani żaden inny motyw nie wzbudził mojego zachwytu. 
Po czwarte, motyw międzyrasowej miłości uważam za kompletnie zbędny, jak wyżej już wspomniałam oraz sztuczny. Czyżby został dołożony po to, aby żeńska część widowni mogła choć raz westchnąć? Czy może jest tu jakichś polityczny podtekst? Nie wiem i chyba nie chcę wiedzieć.

Reasumując, do tej pory nie mogę się pogodzić z tym, co zobaczyłam na ekranie. Film również zniechęca do tego, aby za rok wybrać się na trzecią część. Nie polecam.

G

G
Tak, tez wychowałem się na Tolkienie.
"Hobbita" czytałem z ogromnym przejęciem mając chyba jakieś 12 wiosen na koncie, "Władcę Pierścieni" pożarłem czytelniczo rok później, podczas świąt Bożego Narodzenia. Na filmy Jacksona pokazujące "Władcę Pierścieni" czekałem więc z ogromnymi nadziejami i ekscytacją. Jedną z części obejrzałem nawet na specjalnym pokazie sylwestrowym - co było doświadczeniem wręcz sadystycznym? Czemu? Bo oprócz mnie na seansie były też tabuny młodych ludzi, którzy albo spali z powodu nadużycia alkoholu, wymiotowali z tego samego powodu, albo byli w trakcie picia. No i ten popcorn...
Pierwszą część "Hobbita" widziałem natomiast na spokojnie kilka miesięcy temu. Wiadomo już, co potrafi Peter Jackson i jakoś tak naturalnie oczekiwałem po drugiej części wcągającego widowiska, ze świetnymi krajobrazami, dobrym aktorstwem i scenariuszem opartym na Tolkienie. Po seansie byłem zadowolony, bo dostałem właśnie to, czego szukałem.
Że niby dłużyzny panoszą się w filmie? Ja tak tego nie obrałem. I dosyć łatwo mógłbym sobie wyobrazić jak słaby, krótki i niezrozumiały dla wielu widzów byłby to film, gdyby Jackson wiernie skupił się na książce. Pewnie byłaby to też klapa finansowa.
Że niby nie ma wybitnych kreacji aktorskich? Ano nie ma. Pierwsza część "Hobbita" była skupiona właśnie na tytułowym niziołku i on zabrał cały fim. W drugiej aktorów jest więcej, prawie każdy ma w jakiś sposób szansę zrobić wrażenie na widzach (Sorry, Legolas, ty jesteś bezbarwny jak spocona koszulka Jacksona) a najlepiej to chyba wychodzi aktorowi grającemu Barda.
Że niby dodatkowe wątki są niepotrzebne? Jeśli chodzi o wątek miłości to rzeczywiśce jest on wkręcony na siłę i jego patos powoduje uzasadnione zgrzytanie zębów. Jeśli chodzi o inne wątki to pozwolę sobie marzycielsko ( "Hobbit" jest dla marzycieli, prawdaż?) oczekiwać, że w trzeciej części Jackosn wykorzysta i domknie je w taki błyskotliwy sposób, że widzom z wrażenia spadnie jakiś element garderoby.
Jest przecież na to szansa.

I jeszcze jedno. Filmu nie widziałem w 3D,wieć nie będę zbijał tego właśnie argumentu.

Ps.
A argument "film jest słaby, obejrzę więc kolejną częsć na piracie" jest tak samo logiczny jak bojkotowanie zimy za pomocą nie noszenia czapki. Powodzenia i udanego L4 życzę...




niedziela, 8 grudnia 2013

o ku*wa, ale pasztet

K

Spodziewam się zebrać cięgi za ten tekst, ale to nie pierwszy raz, więc jakoś niespecjalnie się obawiam go napisać.
Zaobserwowałam jeszcze za czasów popularności naszej-klasy.pl pewne zjawisko, które konsekwentnie pojawia się również na innym medium społecznościowym, jakim jest, oczywiście, facebook.com

Zanim o nim napiszę, chciałam dodać, że zastanawiałam się nad przyczynami ww., ale jedyny wniosek, do którego doszłam, to ten, że ww. regulowane jest społeczną normą pt. "wypada". Osobiście nie lubię tego, co "wypada", ponieważ chciałabym natychmiast to coś wsadzić na miejsce, z którego wypadło. To ironiczny żart oczywiście (wyjaśniam nieco mniej kumatym); chodzi istotnie o inny rodzaj "wypada"nia.
Być może ktoś bardziej światły ode mnie potrafiłby wymienić bardziej sensowne przyczyny.

Do rzeczy.
1 typ zjawiska:
Komentowanie zdjęć noworodków.
A jakże, szczęśliwy rodzic, najczęściej mama, wrzuca na swoje konto na facebook'u zdjęcie swojego potomka w niedalekim czasie od pojawienia się tegoż na świecie. (ps. następnym krokiem postępu cywilizacyjnego będzie wrzucanie na fejsa zdjęć lub filmów z przebiegu porodu).
Wszystko jest ok, jeśli bobas jest śliczny i uroczy. Rozumiem (teraz piszę serio, bez ironii) w takim przypadku głosy zachwytu. "Ale aniołeczek!". "Co za słodka kruszyna!".
Zgrzyt ma miejsce wtedy, gdy bobas jest brzydki jak Quasimodo a komentarze są identyczne jw.
I w tym miejscu zaczyna się moja konsternacja. Bo ja patrzę i widzę dokładnie brzydkiego jak Quasimodo bobasa a nie "słodką kruszynę". I nie wiem, czy nikt po prostu nie ma odwagi napisać, jaka jest prawda? I pisze to, co "wypada"?, chociaż w myślach pojawia się jasny i klarowny komunikat "ku*wa, co za pasztet"?

2 typ zjawiska
Komentowanie zdjęć kilkuletnich dzieci.
Nieważne, czy zdjęcie jest ciekawe. Mam znajomego, który wrzuca na fejsa zdjęcia swojego kilkuletniego syna, które zawsze oglądam z zaciekawieniem. Na przykład z chwili, gdy syn bawi się w pierwsze kroki w komponowaniu muzyki. Wtedy mogę szczerze skomentować: "o! idzie w ślady swojego taty, to bardzo dobrze" (bo akurat tata jest niezwykle inteligentnym i dobrym człowiekiem).
Wracając do mojego stwierdzenia: nieważne, czy zdjęcie jest ciekawe. Chodzi mi o to, że niektórzy wrzucają zdjęcia swoich dzieci przy dinozaurze w galerii handlowej, w parku na spacerze, w domu na fotelu, u cioci na imieninach oraz z okazji tego, że dziecko je obiadek, ma nową zabawkę, nowe ubranko, nową fryzurkę, wypadł mu mleczny ząbek, miało przycięte włoski.
Często te zdjęcia są powtarzalne, nudne i kiepskie. Znam przypadki fejsbukowiczów, którzy mają w wirtualnych albumach po kilkadziesiąt lub kilkaset zdjęć swoich pociech.
Komentarze wytrwałych znajomych zawsze są do siebie zbliżone: "śliczne zdjęcie", "fajniutka córunia", "śliczniutki synek". Itd. Itp.
Pomijam fakt, że nigdy nie zrozumiem potrzeby dzielenia się kilkudziesięcioma zdjęciami swojego dziecka z innymi. Ale - tu kieruję uwagę do rodziców - pomyśleliście o tym, że te zdjęcia waszej córuni czy waszego synusia, jeśli nie są dostępne wyłącznie znajomym, lecz - jak często bywa - wszystkim użytkownikom fejsa, że te właśnie zdjęcia mogą służyć za "pożywkę" dla pedofila? Wyobrażacie sobie kolesia, który robi sobie dobrze, wpatrując się w zdjęcie waszego kilkuletniego dziecka? .... No właśnie.

3 typ zjawiska 
Komentowanie zdjęć ślubnych.
Ostatnio natrafiłam na fejsie na zdjęcie skomentowane przez jednego z moich znajomych. Komentarz brzmiał: "ślicznie razem wyglądacie". Patrzę na zdjęcie... a na nim świeżo upieczona żona w tandetnej sukni ślubnej à la spieniona beza, cienista cera, fatalny makijaż (do bledzizny twarzy dobrana różowa pomadka i niebieskie cienie na powiekach), pani generalnie nie grzeszy urodą ("nie ma kobiet brzydkich, tylko czasem wina brak) oraz obok dużo szczupleszy od niej świeżo upieczony mąż (facet z kategorii: jak kopniesz w dupę to bez problemu poszybuje w kosmos - taki jest, skubany, leciutki) z wąsem w stylu wuja i w garniturze, który chyba pamięta czasy Gierka. I myślę, nosz ku*wa, gdzie tu szczerość komentarza "ślicznie razem wyglądacie"? Ja bym napisała: jezusmaria, kto wam to zrobił? powiedzcie, pójdę i nawalę po mordzie....

4 typ zjawiska

typowy dla kategorii kobiet w wieku mniej więcej 20-25, które określam mianem: młode dziunie.

Otóż młode dziunie (nieważne, czy piękne jak Lollobrigida, czy ... wina brak) lubią wrzucać na fejsa zdjęcia swojej twarzy i/lub swojej sylwetki, - uwaga, to ważne - w tej samej pozycji, tyle że w różnych miejscach: w domu na: korytarzu, przy schodach, przed lustrem, przy drzwiach, w łazience itd. oraz przed domem, obok ogródka, obok auta itd. Co charakterystyczne, najczęściej mina na twarzy jest bardzo podobna lub identyczna oraz/lub pozycja ciała jest podobna lub identyczna.
Narcyzm czy łatanie kompleksów?
Zwłaszcza, że choćby nie wiem, jak chu**we było zdjęcie, zawsze znajdzie się ktoś, kto napisze: "super fotka", "jesteś sexy" itp. duperele.

Oczywiście, odpierając wszelkie zarzuty, uważam, że każdy ma prawo wrzucać na swoją tablicę fejsową co tylko chce (pod warunkiem, że nie łamie zasad obowiązujących na facebook'u).
Równolegle do ww. prawa, ja mam je również w kwestii komentowania tego, na co akurat mam ochotę.

Z dobrą energią dla wszystkich czytelników i czytelniczek,
Karmel


niedziela, 27 października 2013

Miłość

K

Im dłużej żyję, tym bardziej przekonuję się, że takie coś nie istnieje. Albo, jeśli istnieje, jest olbrzymią hybrydą, której nie da się zamknąć w tym jednym słowie.
Ale chciałabym napisać o moim doświadczeniu z ww. Zainspirował mnie do tego Angelo Merendino. Do którego jeszcze wrócę.
Ci, którzy mnie tutaj czytają, wiedzą, że lubię punktową organizację moich wypowiedzi - i tym razem nie zawiodę.

1. Początek (ok. 0-2 lata).
Początki zawsze są fajne. Początki wszystkiego. Początek dobrego filmu, początek pysznego obiadu, początek urlopu. Początek bycia z kimś też jest fajny. List napisany na posklejanych biletach autobusowych, odlew twarzy w gipsie na prezent, mini tomik poezji wykonany ręcznie, spontaniczny seks na łące, lawina neologizmów w ramach wzajemnego przezywania się... I niesłychanie silna potrzeba dzielenia się słowami "kocham", "potrzebuję", "tęsknię" - w rozmowie na żywo, w rozmowie telefonicznej, w sms, w listach. Jeszcze silniejsza potrzeba przytulania, ściskania i całowania. I jeszcze silniejsza od poprzedniej potrzeba sprawdzania, co można ze sobą robić w łóżku lub niekoniecznie tam.
Na tym etapie nie dostrzega się wzajemnych wad. Na tym etapie stanie na mrozie -10 stopni nie robi wrażenia, jeśli stoi się we dwójkę. Na tym etapie "ktokolwiek powie o niej / o nim coś złego - dostanie w mordę".

2. Środek wstępny (ok. 2-6 lat). 
Środki jeszcze są fajne. 
Ale ten etap zakłada często wspólne mieszkanie. Wspólne mieszkanie zaś zakłada rutynę.
Obejmuje również zabawną część ludzkiego bytowania, mianowicie bekanie i puszczanie bąków, z którymi to na tym etapie już żadna ze stron się nie kryje. (Choć na uprawianie zawodów w tych dyscyplinach jeszcze jest za wcześnie.) 
Jest to czas również niesamowitej bliskości wynikającej z początków cementowania się związku.
Rutyna. Nie da się jej uniknąć ponieważ powtarzalność czynności jest wpisana w życie każdego człowieka. Zaś powtarzalność czynności, szczególnie obowiązków, prowadzi partnerów z etapu euforii na etap wstępnej fazy stabilizacji w dobrym i złym tego wyrażenia znaczeniu.
Docieranie się. Sturm und drang. Burze i sztormy z piorunami. Etap, na którym wkracza temat rozstania się, rozwodu i czego tam jeszcze a w powietrzu latają talerze i poduszki. I temat ten będzie towarzyszył parom z pokaźnym stażem, już zawsze. Regularnie, co jakiś czas, ma się siebie nawzajem dosyć, ma się ochotę spierdolić na bezludną wyspę albo jeszcze lepiej wysłać tam partnera. I to jest normalne. Kto stwierdzi, że nie jest - ten najpewniej nigdy nie był w związku dłuższym niż dwa lata lub jest na etapie "Punkt 1. Początek." 
Rozczarowanie. Następuje dość szybko, gdzieś po 2-3 latach wspólnego życia. 'On nie jest taki, jaki myślałam, że jest. ( Śmierdzą mu stopy po pracy, nie myje codziennie zębów, nie sprząta jak mu się nie powie, nie jest zaradny bo nie wyremontował domu w miesiąc, nie rozmawia ani nie dyskutuje na "kluczowe w naszym związku tematy", przez co zlewa mnie całkowicie i się odcina.'
'Dupa jej urosła, nie chce jej się codziennie umyć włosów, chodzi po domu w starych dresach, ciągle coś chce, ciągle ma o coś pretensje i cierpi na słowną sraczkę.'
Potrzeba słownych, dotykowych i cielesnych czułości znacznie się obniża.


3. Środek środkowy, względnie właściwy. (ok. 6-15 lat)
Środek mniej fajny lub zupełnie fajny. Zależy od ludzkiej inteligencji i umiejętności radzenia sobie z kompromisami. Dotyczy osób ok. 32 plus i wzwyż. 
Wersji mniej inteligentnych ludzi nie znam.
Wersja bardziej inteligentnych ludzi wygląda tak:
Etap uświadamiania. Jest to ciekawy etap, na którym do człowieka dociera, szczególnie, jeśli ma dominujący charakter, że jego partner/-ka nie jest tresowanym zwierzątkiem, które będzie postępowało i mówiło tak, jak tego chcemy i zgodnie z naszymi oczekiwaniami. I chociaż nadal nie ma w nas zgody ani obojętności na jego/jej durne i denerwujące zachowania (zgoda nie przyjdzie, z czasem będzie to obojętność), wie się już, że partner/-ka się nie zmieni. Że nie był/-a, nie jest i nie będzie ucieleśnieniem naszych wyobrażeń i pragnień. Dlaczego? Bo taka osoba nie istnieje. I z tego powodu, że już to wiemy, wielokrotnie będziemy czuli zawód, ból i samotność. Podobnie, z oświeceniowym wnioskiem pt. RÓŻNIMY SIĘ. Należy go potraktować jak dar a nie jak rozczarowujący początek końca. I uczynić z tej wiedzy korzyść. Ponieważ tylko skończony idiota / skończona idiotka nie potrafią zrozumieć, że uświadomienie sobie niezaprzeczalnych różnic pomiędzy partnerami stanowi kolejny etap cementowania się związku.
Etap tęsknoty za... Już wcześniej do człowieka to docierało, ale teraz dzieje się to dobitniej: gdzie zgubiliśmy "to coś"? Gdzie zgubiliśmy naszą namiętność i fascynację? No w sumie, to nigdzie nie zgubiliśmy. Obniżył się próg ich odczuwania przez partnerów względem siebie. To se ne wrati. Było minęło. Teraz, żeby zaiskrzyło, trzeba się trochę postarać. Nie czekać aż drugie wyjdzie z inicjatywą, bo równie dobrze może nie wyjść w ogóle. 
Czy jest coś pozytywnego w ww. stanie rzeczy? Jest. Zna się już swojego potwora / swoją potworę, którego / którą się wyhodowało. Zna się jego / jej wady, zalety; to, jak działa, jak nie działa i kiedy działa. I tak właśnie ma być, ponieważ po 30. roku życia (średnio) człowiek zaczyna odczuwać potrzebę względnej pewności czegokolwiek. Pracy, domu, związku, czyli partnera. Obojętnie. Chodzi o względną pewność w ogóle. Poczucie jakiejś podstawy, fundamentu, zakotwiczenia. 
Etap starych koni. Pozytywem jest również to, że partnerzy są dla siebie także przyjaciółmi, kumplami. Że niczego przed sobą nie udają. Że mogą się w swoim towarzystwie na luzie czuć. Proszę mi wierzyć, drodzy Czytelnicy, że brak konieczności wychodzenia z pokoju w celu puszczenia bąka, jest niezwykle ważny! Że namiocik u partnera w trakcie leżenia i wygłupów nie wprawia w zakłopotanie a staje się źródłem śmiechu i innych przyjemności. Że kobieta nie musi się kryć z tym, że ma np. okres i robić z siebie nieskazitelną istotę niebiańską (aczkolwiek machanie podpaskami przed nosem faceta stanowi zdecydowane przegięcie). 
Potrzeba słownych, dotykowych i cielesnych czułości zaczyna równoważyć się z podskórnym odczuwaniem bliskości partnera, z przywiązaniem, z lękiem o nią / o niego, z niedopowiedzeniem, z przeżywaniem jego / jej obecności zdecydowanie spokojniejszym i bardziej wewnętrznym.
CDN... (?)

Wracając do Angelo Merendino, który, jak już wspomniałam, zainspirował mnie do napisania tego posta -  o jego postawie wobec choroby jego żony Jen czytałam na fejsbukowym koncie, do którego linka wstawiłam na początku posta. Nie ukrywam, że niesłychanie się wzruszyłam i jednocześnie zafascynowałam. Zachęcam Was do prześledzenia zdjęć, które Angelo robił Jen w trakcie jej choroby. Był to ich wspólny pomysł na dokumentowanie nie tylko samej choroby, ale przede wszystkim ich życia i tego, co ich łączyło. 
Nie chcę rozwodzić się nad tą historią, ponieważ słowa w tym przypadku są bez sensu. Zdjęcia mówią same za siebie i w każdym człowieku mogą poruszyć co innego. Wrzucam kilka na zachętę:










niedziela, 13 października 2013

Jak stać się bohaterem rysunku satyrycznego?

G

Niedawno Grzech zadebiutował w Internetach w roli nietypowej i zacnej - stał się inspiracją/bohaterem żartu rysunkowego popularnej autorki.
Sytuacja to dziwaczna, ciekawa a i wiele frajdy sprawić może.
Dlatego też - w ramach edukacji blogowej - droga do rysunku zostanie opisana w poradnikowy sposób.
Tak, będą punkty.

1. Trza spotykać się z dziewczyną o silnym charakterze, skłonnością do tekstów nietuzinkowych i z całkowitą pogardą do spełniania typowych ról społecznych. Wybrane słowa i teksty wypadałoby zapamiętać.

2. Trza spędzić kilka minut na buszowaniu po profilach facebookowych. Wypadałoby wypatrzeć rysunek opisujący sytuację, gdy facet boi się przegrać z Kobietą i napisać coś w stylu "A to jeszcze nic. Bo ja kiedyś usłyszałem...."

3. Potem już nic nie trzeba oprócz pozytywnej odpowiedzi na pytanie rysowniczki "Czy mogę tą historyjkę wykorzystać w kolejnym rysunku"?.

4. Trza spędzić kilka dni gryząc paznokcie i czekając na rysunek. I dusić myśli w stylu "A może rysunek będzie beznadziejny?"

5. Zachwyt, puszenie się, poczucie sławy i uśmiech szeroki. Właśnie taka jest prawidłowa reakcja na finalny rysunek.

A rysunek Facebookowicze mogą obejrzeć tutaj*


* Nie mam takiej bluzy jak na zdjęciu. Troszku inaczej wyglądam. I w gry planszowe gram rzadko...
 Żeby nie było, że nie uprzedzałem!

czwartek, 12 września 2013

Ludzie głupieją.

K

Nie podoba mi się tytuł tego wpisu. Ani to, że tak bardzo chce mi się przeklinać. Że tak bardzo polubiłam siarczyste i dźwięczne słowo "kurwa". Szczególnie właśnie to. Aczkolwiek nie pogardzę także czasownikiem "jebać" oraz "pierdolić" w odmianie przymiotnikowej, rzeczownikowej, obracanym przez wszystkie przypadki i żeniony z rozmaitymi prefiksami. W sytuacjach newralgicznych lub takich, kiedy nie chwycę po broń palną, bo: 1) jej nie mam, 2) za strzelanie do ludzi idzie się do więzienia, 3) jestem pacyfistą, te słową stają się rodzajem werbalnego kompresu przykładanego do mojego układu nerwowego, który coraz mniej odporny jest na ludzką głupotę i, jak się - zaskakująco dla mnie - okazuje, na ludzką niestałość tudzież zmienność.
Stali czytelnicy tego bloga wiedzą, że, w przeciwieństwie do Grzecha (o, oburzy się, oburzy, może nawet będzie kontra?) lubię porządek, zatem nie zdziwi ich to, że wrzucę moje myśli w punkty. A właściwie w przypadki.

Przypadek jeden: kocham koty miłością najlepszą na świecie, bo rozsądną; z tego też powodu m.in. biorę udział w rozmaitych akcjach prokocich.
Jeśli ktoś z moich fejsbukowych znajomych ma tego dość, to przypominam, że istnieje opcja usunięcia mnie z grona. Przeżyję. Ale nie o tym chciałam
- tak więc biorę udział też w różnych dyskusjach. Starając się nie dać się wciągnąć w prowokacje internetowych trolli - parę razy się dałam i żałowałam, że straciłam czas. Uczę się jednak na błędach. Ale dziś... dziś w sumie to nie był troll. To była młoda mamusia, która na koncie na fb (tak, chamsko podejrzałam, żeby wiedzieć z kim mam nieprzyjemność) wrzuca rozmaite obrazeczki na tle pociągniętym tanim różem pt. "dziś ja nie tańczę do tego, co śpiewasz, dziś ty tańczysz do moich słów". MM (czyli młoda mamusia) postanowiła pod zdjęciem schorowanego, bezdomnego kota (12 lat, koci katar, ledwie widzi na oczy) umieścić komentarz, z którego wynikało, że u niej pod oknem są podobne koty bezdomne, które stresują jej dziecko, bo polują na ptaki i je zabijają i chociaż żal jej tych kotów, to jednak przecież cierpi jej dziecko, bo się stresuje i boi, i ona, czyli MM, traci już cierpliwość i powoli ma dość. Kurwa. 
(Nie, nie kurwa MM, tak tylko przeklinam, przecież wyjaśniłam na początku, i wcale nie jestem z tego faktu /z przeklinania/ dumna, zwłaszcza, że obiecałam, że tu, na blogu, nigdy tego nie zrobię. Nigdy nie mów nigdy.)
Ja już wielokrotnie przekonałam się o tym, że kobietom po urodzeniu dziecka odjebuje (tfu! że głupieją!). Dla równowagi dodam, że znam, na szczęście, wiele takich, którym nie odjebuje. Opisany powyżej przypadek nie wymaga komentarza, choć ja dwukrotnie próbowałam wytłumaczyć MM, że naraża się na śmieszność. Że zdjęcie skrzywdzonego zwierzęcia nie jest i nie może być okazją do tego, aby narażać się na śmieszność, pisząc takie głupoty. I po co mi to było? Pięć "kurw" i dwa "pojeby" poleciały w powietrzu na ekran laptopa... Na szczęście jeszcze nie zaczęłam pluć ani toczyć piany. 

Przypadek dwa: pracuję w szkole. W naszej szkole nasi słuchacze oraz przyszli słuchacze mogą kontaktować sie z nami m.in. przez gg. Scena z przedwczoraj:
Sekretarz szkoły mnie woła:
- chodź, coś zobaczysz!
Idę, aczkolwiek bez przekonania.
- zobacz, co ktoś napisał.
Patrzę w monitor na gg, a tam zapytanie od niezidentyfikowanego kogoś: "na jakich kierunkach morzna u was studjować?". Palce robią mi się długie i jak wampir z wyciągniętymi kieruję je w stronę klawiatury.
Sekretarz szkoły:
- odejdź od klawiatury, ja tylko chciałam ci pokazać, żebyś się pośmiała! A co chciałaś napisać?
- chciałam napisać: "spjerdalai".

Przypadek trzy: nadal w szkole. Przyszła słuchaczka złożyć deklarację przystąpienia do egzaminu potwierdzającego kwalifikacje w zawodzie. Generalnie miła. W przedziale wiekowym, którego szczerze nie cierpię, może dlatego, że w myślach świta mi maksyma "to se ne vrati Pane Havranek". A może dlatego, że to wiek głupi. 
Wszystko ładnie i sprawnie idzie, podałam kod cyfrowy zawodu itepe, aż tu nagle:
- a wrzesień to dziewięć jest czy dziesięć?
Osłupiałam. A właściwie w pierwszej chwili nie załapałam. Więc tylko spojrzałam, przypuszczam, wytrzeszczem na panią, która:
- a bo ja nigdy nie pamiętam, haha, to dziewiątka czy dziesiątka?
Dałam za wygraną, spuściłam oczy i powiedziałam:
- dziewiątka, dziewiątka. 

Biorąc pod uwagę powyższe, jakoś coraz mniej potrafię się we współczesną rzeczywistość wpasować. Czuję się jak dinozaur, jak odmieniec. A przecież to nie ze mną jest coś nie tak. Przynajmniej nie w ww. kwestiach.
Reasumując, kurwy latają w powietrzu gęsto, nawet zaczęłam je materializować w wyobraźni jako hybrydy wampira i czarownicy. Latają w mojej głowie na miotłach i od czasu do czasu wylatują przez moje usta. 
Koniec końców, lepiej tak - niż bić, zabijać. Chyba?

Piosenka nieprzypadkowa, wielce wymownie wymowność swoją podkreślająca:



niedziela, 25 sierpnia 2013

Gdy sztuka przegrywa..

G
Sobotni,upalny wieczór w Gdańsku.

Razem ze znajomymi wchodzę do Zbrojowni, żeby zobaczyć prace najlepszych absolwentów gdańskiego ASP. Wystawa jest darmowa a sezon w pełni, więc w środku tłumy spacerowiczów i turystów. Podziwiam więc obrazy o klimacie gier komputerowych z lat 80 tych, podobają mi się też inne obrazy, które sprytnie przerobiono i udziwniono na komputerze. Rzeźby, instalacje nie robią na mnie i na innych widzach specjalnego wrażenia.
Przebojem parterowej ekspozycji jest jednak sztuka efekciarska (tak, to bardzo dobre słowo). Pewna Pani z ASP prezentuje tam bowiem gołe cycki atrakcyjnej babki. "Artyzm" (proszę to słowo czytać z dużym przekąsem) polega jednak na tym, że na ciele modelki znajduje się jakaś biżuteria i....chodzą pomiędzy jej piersiami... robaki. Słysząc komentarze typu "fuj", "obrzydliwe" zdążyłem przyuważyć tam jakieś dwie dżdżownice i inne robale, które na pewno  przegrałyby w robalowym konkursie piękności.
To "dzieło" potwierdza także moja roboczą teorię, że właściwie każda osoba, która potrafi poświęcić kilka dni na obejrzenie najbardziej nowoczesnych i kontrowersyjnych dzieł i jest jej nieobca sztuka kreatywnego kopiowania może zostać artystą.
Na piętrze wystawy kolejna porcja sztuki. Ciekawe wydają się figurki inspirowane Edwardem Nożycorękim, w głowie na dłużej zostaje prace składająca się ze zdjęć przedstawiających zwyczajne życie zwyczajnej rodziny.
Jak się okazuje widzowie wystawy na pierwszym piętrze masowo oblegają jednak...okno. Bo właśnie z niego można zobaczyć ciekawy i wcześniej niedostępny zwyczajnym zjadaczom chleba widok na zapchaną turystami ulicę Piwną.
Oglądam widok z okna i  uśmiecham się wychodząc z budynku. Bo to oblegane okno chyba jest najlepszym obrazkowym podsumowaniem tego jak bardzo ludzie są (nie)zainteresowani nowoczesną sztuką.
I dobrze nadawałoby się na następny celny rysunek pana Raczkowskiego.



*być może pójdę tą drogą, a Wy - moi Drodzy Czytelnicy o efektach dowiecie się pierwsi

piątek, 23 sierpnia 2013

Lubię stare kurwy

K

Kilka dni temu znalazłam się w sytuacji, w której miałam tylko jedną możliwość nietracenia czasu. Mianowicie możliwością tą była książka. Z uwagi na to, że na pierwszego kogoś gdzieś długo czekałam, poprosiłam drugiego kogoś o gazetę. Na widok kolorowych okładek czasopism o dietach cud, przedłużaniu orgazmu, zwalczaniu pryszczy i zapiekance z sezonowych warzyw, zapytałam, czy to wszystko, co jest do czytania. W odpowiedzi dostałam do ręki książkę. I chociaż okładka wzbudziła moją nieufność, po chwili wahania wzięłam ją i poszłam gdzieś. 
Po 35. minutach książkę (ok. 250 stron) uznałam za przeczytaną. Są takie publikacje i takie filmy, z którymi zapoznaję się w trybie - nazwijmy umownie - przyspieszonym. I nigdy nie żałowałam swojej decyzji. Tym razem też nie.
Ekspresowo potraktowana lektura, to "Rok na Majorce" Anny Klary Majewskiej. Jest to sztampowa opowieść o typowej, lansowanej masowo w mediach, kobiecie sukcesu. Wszystko tu się znajduje - wszystko, co pojawia się na łamach poczytnych babskich czasopism: jest nieudane małżeństwo, jest i kochanek, jest dziecko, jest kariera i modny zawód, podróże zagraniczne; nie zabrakło też wątku geja i romantycznych widoków. Oraz - do czego się ta książka sprowadza - odnalezienia swojej true love, bo przecież, prędzej czy później, dwie połówki jabłka (lub innego owocu, nie pamiętam) muszą się  spotkać. Przeczytałam "od deski do deski" 38 stron tej wypocinki, pocieszając się, że co dziesiąte lub piętnastne zdanie zdarza się jakieś sprawne i w miarę błyskotliwe wyrażenie. Potem czytałam już tylko wybiórczo, czyli ekspresowo. Autorka, pomijając to, że wpisuje się w nurt grocholszczyzny, w nurt powieści z kwiatkami czy wisienkami na okładkach ( jak ta: ), posługuje się równie sztampowym co fabuła, językiem. Wyświechtane porównania, naiwność narracji i silenie się na intelektualizm tworzą razem powieściową menażerię tandet, przewidywalności i aurę enklawy tego, co "dla nas, kobiet", co "pomiędzy nami, super babkami" - w sam raz dla Agat Młynarskich i innych Hanien Bakuł, które doceniły błyskotliwość pisarskiego tworu Majewskiej.

"W owczym pędzie giną owce a ja schodzę na manowce" - śpiewa Maria Peszek. I choć to nie w tym kontekście, pozwoliłam sobie przytoczyć ten cytat odnośnie mnie. Czytając książkę Majewskiej, poczułam się obrażona jako człowiek, który przynależy do rodzaju żeńskiego. Że baby mogą tak babom szkodzić. Z jednej strony potężna machina feminizmu, która chula w naszym kraju, z drugiej strony sztab równych kobitek, które piszą o tym, że hej! właściwie o to nam chodzi: znaleźć chłopa i być szczęśliwą u jego boku! I, hej!, właśnie o tym chcemy pisać! ... Virgina Woolf się w grobie przewraca.

Ja wolę niż. Dzisiaj autentyczność znajdzie się w pijaku Zdzisławie, który pamięta wódkę na kartki i który szarmancko mówi: dzień dobry, chociaż "d" myli mu się z "c". W pani Iksińskiej, która zapierdala na kasie w Biedronce, podczas gdy jej dzieci marzą o wakacjach w Boszkowie. Wreszcie, owa autentyczność znajdzie się w starych kurwach, które więcej filozofi życiowej w sobie noszą niż wszystkie piczki karierowiczki razem wzięte. Stara kurwa prawdę ci powie. Albo że w życiu "piniondz" się liczy (i racja), albo że w życiu ludzie się liczą (też prawda). Stare kurwy są fine. Lista osób autentycznych mogłaby się, oczywiście, wydłużyć.
A w ogóle, o co mi chodzi?
O to, że wolę czytać powieści o ludziach autentycznych. O ludziach z "nizin". O mięsie, o brudach.

Konkludując, robię to za pomocą tego wiersza:

"Czyści"  — Stanisław Grochowiak
Wolę brzydotę
Jest bliżej krwiobiegu
Słów gdy prześwietlać
Je i udręczać

Ona ukleja najbogatsze formy
Ratuje kopciem
Ściany kostnicowe
W zziębłość posągów
Wkłada zapach myśli

Są bo na świecie ludzie tak wymyci
Że gdy przechodzą
Nawet pies nie warknie
Choć ani święci
Ani są też cisi.



poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Upadłe księżniczki i smerfy

K

Długa przerwa, chyba wyszłam z pisarskiej wprawy. I za dużo spraw, o których chciałabym napisać, więc mogę wypaść chaotycznie.

Tym razem trochę o bajkach chciałam. I chciałam wyrazić swoje oburzenie. Na artystkę, która ośmieliła się dokonać transformacji historii tak dobrze znanych i uwielbianych, jak bajka o królewnie Śnieżce czy Roszpunce. Nie mogę się otrząsnąć z bardzo niemiłego zaskoczenia tym, że autorka tych prac miała odwagę wyrwać bohaterki z kart wzruszających opowieści i przenieść je w świat okrutny, w twardą rzeczywistość i jeszcze skłania nas do refleksji i interpretacji, które mogą prowadzić na niebezpieczne i mętne wody poglądów feministycznych, racjonalnych i ......... lewackich (?). Jakież to pogwałcenie cennych wspomnień z dzieciństwa!
W tym kontekście nie ma się co dziwić oburzeniu pana Terlikowskiego i innych wyznających jemu podobne poglądy na świat, jakie zostało wywołane niesłychanie kontrowersyjnym filmem Smerfy 2. Pan Terlikowski, biorąc pod uwagę jego wrażliwość i otwarcie na świat, słusznie nie ma pojęcia, co twórcy tej obrazoburczej pseudobajki mieli na celu, powołując do kinematograficznego istnienia twór wielce niebezpieczny i zagrażający naszym dzieciom. Poczciwe Smerfy, które pamiętamy z telewizyjnych wieczorynek, przeobrażone zostały w kompanię stworów siejących niebezpieczne dla pociech treści, uderzające w fundamenty prawi(c)(dł)owo pojmowanej rodziny,  propagujące piosenki przesycone seksem (!). Przecież każdy pięciolatek ma na tyle rozwinięty intelekt, aby wiedzieć i rozumieć szereg abstrakcyjnych pojęć, jak rodzina, orientacja seksualna i seksualność w życiu człowieka. Zdecydowanie godne potępienia jest uczestnictwo w tym zepsutym seansie frywolnych rozmów i zdarzeń z życia Smerfiozów wyśpiewujących przesycone sensualizmem piosenki popowych gwiazd. 

Konkludując, należy zadać sobie pytanie: do czego ten świat zmierza? Co chce osiągnąć? O tempora! O mores!

niedziela, 21 lipca 2013

Nie czytasz, nie marudź

G

Popularna i efekciarska akcja społeczna "Nie czytasz, nie idę z Tobą do łóżka" to wyjątkowo celny przykład dobrych chęci, zacnych założeń i nieprzemyślanej do końca koncepcji i realizacji. W efekcie inicjatywa, która miała celnie i nietypowo promować czytelnictwo, jest strzałem w płot. Albo Panu Bogu w Skrzynkę Pocztową.


Największy kłopot (przy założeniu, że twórcom akcji brak dystansu i naprawdę liczą na to, że oczytanie będzie drogą do burzliwego życia seksualnego) polega na założeniu, że czyta się po coś i w jakimś konkretnym celu; i że owo czytanie jest jakimś tam środkiem do celu. Tymczasem według mej skromnej osoby i (mam nadzieję) według całego oświeconego świata, czytanie jest automatyczną czynnością, która pojawia się bez specjalnych zachęt u osób inteligentnych, ciekawych świata i dalekich od powierzchownego podejścia do rzeczywistości. Taka osoba w którymś momencie swego życia zaczyna czytać i jeśli już pozna uroki dobrze dobranej lektury, to nigdy nie będzie chciała łatwo z niej zrezygnować. Wreszcie, osoba o takich cechach właśnie z ich powodu jest atrakcyjna dla inteligentnych przedstawicieli płci przeciwnej a jej oczytanie może być w tym przypadku przysłowiową "wisienką na torcie". Namawianie do czytania w takim przypadku można porównać do pokazywania zdjęć porzuconych samochodów na poboczu i zachęcania w ten sposób do...częstego tankowania benzyny. Mało to odkrywcze i absurdalne ogromnie. A i posiadaczy silników diesla ignoruje :)

Kosmiczne może być też potencjalne założenie, że w wyniku akcji osoby nieczytające nadrobią braki i rzucą się pędem podrywać przedstawiciela płci przeciwnej, licząc na to, że znajomość książek Prousta, Hłaski lub innego Palahniuka sprawi, że kobietom / mężczyznom zadrgają nogi, zmysły prysną i rozepnie się automatycznie biustonosz tudzież rozporek. Widzieliście np. w bibliotce okularnicę podrywającą okularnika słowami "A więc znasz wszystkie książki Jelinek? Nie traćmy czasu, rzuć te periodyki, pędźmy raźnie uprawiać seks oralny w bibliotecznym schowku na miotły"? Ja nie. A szkoda.

Akcja jest też w swoimi wydaniu wielce niesprawiedliwa i ignoruje miłośników nowoczesnych technologii. Opiera się bowiem na słowach reżysera thrashowego, który powiedział "We need to make books cool again. If you go home with somebody and they don’t have books, don’t fuck them".
Właśnie! A czemu w takim przypadku łóżko ucieknie sprzed nosa osobnikowi, co to jest w trakcie przeprowadzki i z tego powodu jego półki święcą li tylko kurzem? Albo co z czytelnikami, co to książek przeczytali mnóstwo, ale nie czują żadnej potrzeby trzymania ich w domu po wsze czasy? No i wreszczie, co jeśli ktoś czyta ebooki albo audiobooki i zamiast pełnych półek ma zapchany dysk twardy czytnika? Jemu też w ramach akcji społecznej pójścia do łóżka odmówić trza? 

Na koniec obawy natury technicznej. Jeśli już Grzech da się namówić na łóżko jakiejś miłośniczce lektur wszelakich, to czy nie będzie problemu, że na tymże łóżku będzie więcej książek niż pościeli? 
.
.
.
Albo owa kobieta będzie miała ogromną wiedzę na temat spraw łóżkowych. Ale tylko książkową! Brrr