piątek, 31 października 2014

Skóra

G

Czwartek. 14.30. Pociąg
Niebo sika na szyby pociągu deszczem, pasażerowie pieszczą swoje twarze światłem smartfonów, ktoś śpi. To taka martwa godzina popołudnia - nikt jeszcze nie kończy pracy a pociągi wożą niedobitków, które załatwiają swoje tajemnicze sprawy.
Jest dziwnie sennie i smutno, w mojej głowie pojawiają się myśli oderwane od codzienności.
Myślę o tym, co w tej chwili robią moje alter ega w alternatywnej rzeczywistości.
Grzech nr 1
Jest szczęśliwym posiadaczem fortuny wygranej w Totolotka, pogrąża się więc w hedonistycznych rozrywkach, barwnych przygodach i marzeniach dalekich od skromności. Przed chwilą grał w scrabble z Cindy Crawford, teraz rozważa skok w stroju Batmana z Pałacu Kultury.
W chwili, gdy o nim myślę pojawiają się obawy, czy jego biedny i prowincjonalny nos wytrzyma taki nadmiar kokainy.
Grzech nr 2
Jest Góralem, szczęśliwym posiadaczem małżonki i trójki dzieci, utrzymuje się ze swojej stolarni. Darzy też ogromną pasją nowoczesny balet, ale żaden z jego kolegów od wódki o tym nie wie. Żona się domyśla czegoś, ale wydaje się jej, że to zamiłowanie do sąsiadki. Gdy o nim myślę, właśnie odbiera dziecko z przedszkola i moje zainteresowanie wyczuwa i bierze za deja vu. Przystaje na chwilę, bierze głęboki oddech, reflektuje, że to pewnie efekt niesmacznej wczorajszej kolacji.
Grzech nr 3
Chciał zostać pisarzem i swoimi dziełami zmieniać świat, ale nie wyszło. Udało mu się jednak kupić używanego Nissana i stać się posiadaczem najbardziej dosadnego humoru w Ciechanowie. Gdy o nim myślę, tworzy pierwszą część książki o rubasznej i cholerycznej dżdżownicy Andżelice. Książka powstaje w bólach i bez przekonania, ale już za rok Grzech nr 3 stanie się najbardziej poczytnym pisarzem dziecięcej literatury w całej Polsce.

Zbliżą się stacja docelowa. Wysiadam....

Chyba trochę lepiej czuję się w swojej skórze.


piątek, 19 września 2014

Wojenko, wojenko, cóżeś ty za pani? Albo tekst zupełnie niepatriotyczny.

K

Chciałam napisać, że zapewne byłabym pierwszym cywilem, który spierdzieli z tego kraju, gdyby wybuchła wojna polsko-ruska pod flagą niebiesko-żółtą. Dociera do mnie coraz więcej informacji z tak zwanych nieoficjalnych źródeł, że coś się dzieje. Że trwa jakaś mobilizacja polskich zawodowych wojskowych a wieści, które docierają do reszty Europy z Ukrainy, są mocno okrojone i że tam przy granicy dzieje się bardzo dużo i bardzo źle. I jeszcze jakiś Rusek powiedział, że Polska będzie zmieciona z powierzchni ziemi czy coś w podobie. Nosz ku*wa, a ja siedzę po godzinach, szykując dzienniki lekcyjne i robiąc przydziały godzin dydaktycznych moim nauczycielom. A mogłabym w tym czasie pić wódkę w hotelu i spoglądać na przystojnych Skandynawów, mając w dupie szkołę i pracę w ogóle, skoro wisi nad nami widmo śpiewania "hej chłopcy, bagnet na broń"..... Nie, nie jestem "patryjotom" w wymiarze martyrologa, który pobiegnie na barykady i będzie pierś wystawiał na świszczące kule. Dlatego, że Polska, jak każdy inny kraj, składa się z 80% idiotów, do których sama strzelałabym jak do kaczek, gdyby to było prawnie dozwolone i gdybym nie była pacyfistą. Dlatego też, że tego, co szanuję, czyli geograficzno-krajobrazowe uroki ziemi polskiej, nie ochroniłby żaden mój heroiczny czyn, gdyby już dziedzice Syberii wdepli z buciorami nad Wisłę, niekoniecznie z zamiarem zorganizowana grill party nad wodą. Dlatego też, że to, co mnie w coraz mniejszy sposób spaja z Polską, czyli polska kultura, jawi mi się jako karykaturalny twór udziergany z zachodnich naleciałości, rodzimych kompleksów, tudzież twór powstający z desperackiej potrzeby twórcy zbicia mamony na czynsz i Volkswagena albo inszego Lexusa.. Wielcy naszej kultury sukcesywnie umierają, więksi od nich już dawno nie żyją a wokół panoszy się wirus grocholszczyzny. 
Literatura gównem stoi i nie obroni jej smrodu nawet Myśliwski. Z muzyką trochę lepiej, ale też na przykład taki Możdżer bardziej ceniony jest za granicą niż we własnym kraju. Sztuka zaś dawno udławiła się abstrakcyjnym stolcem i albo wydala z siebie "głębokie" i "trudne" w odbiorze bohomazy, albo epatuje fallusami na krzyżu i innymi feministycznymi zajadłościami niskich lotów. 
Tak, wiem, generalizuję w pesymistyczny sposób. A co..., kto mi zabroni.
Reasumując, jako obywatel świata, popadam w  zdradę stanu, i za Marią Peszek, przytaczam, choć ona to w innym kontekście wyśpiewała: "w owczym pędzie giną owce a ja schodzę na manowce". Amen.




niedziela, 7 września 2014

Granice

K


[podkład muzyczny do otwarcia w oddzielnym linku: music ]

szybkie spojrzenie w bok nie gwarantuje niczego. na pewno nie ostrzeżenia, że właśnie zbliża się kłopotliwa okoliczność skonfrontowania swoich największych lęków i nadziei z nieuchronną lustracją emocji, którą przyniosła bliskość tego, czego starała się uniknąć. wyrwana z bezpiecznej enklawy miejsc znajomych generujących poczucie pewności i komfort poruszania się i zbierania myśli na swoim terenie, wycięta z granic własnej pajęczyny zapewniającej względną stabilizację, poczuła się jak wklejona w obcy kolaż, poskładana z niespełnień groteskowa postać, zwizualizowana na wzór i podobieństwo kogoś, kim nie jest albo kim boi się być. odmierzanie kroków utkanych długością śmiałych obcasów rujnowało jej poczucie pewności, które, usilnie duszone idealnie wypucowanym kamieniem podłogi hotelowej, starało się obronić i w rezultacie smakowało klęskę. nerwowe próby dozowania przeżywanych emocji i umieszczania ich w osobnych szufladach umysłu wzmagały nerwowość spojrzeń i wyostrzały jej umiejętność absorbowania nadmiaru bodźców otaczającej ją zewnętrzności wszystkiego. jak bardzo chciała się skulić i przemienić w embrioidalne stworzenie, które w jednej chwili ewaporuje. jak bardzo chciała choć na chwilę zejść z ringu i zaniechać walki powrotów do zawodowego pionu z przemożną chęcią wypowiedzenia tego, co w niej tkwi. i jak bardzo tego, jednocześnie, nie chciała. 
wieziona w kierunku miejsc, które uznaje za jej i tego, co jej znane, zrozumiała z potrójnym posmakiem dziegciu, że są granice, których się nie przekracza.

sobota, 30 sierpnia 2014

The Rover

G

Australia. 10 lat po załamaniu się systemu.
Pustkowia. Brodaty, zaniedbany mężczyzna - Eric (świetny Guy Pearce) siedzi w zaparkowanym samochodzie. Na jego twarzy widać skupienie i coś, co można chyba nazwać desperacją. Mija czas.
Wychodzi z samochodu. Trafia do obskurnej knajpy.
W kolejnej scenie widzimy trzech opryszków uciekających pickupem z napadu. Jeden z mężczyzn żąda, żeby kierowca zawrócił po rannego brata - Reynoldsa. Dochodzi do kłótni.
Kolejna scena.
Eric pije drinka w knajpie, za oknem koziołkuje samochód z opryszkami. Mężczyźni zabierają samochód Erica.Ten ściga ich pickupem. W kolejnych scenach okazuje się, że zdesperowany mężczyzna może przestraszyć i zahipnotyzować nawet trzech gangsterów, którzy mają go na muszce.
Wędrowiec zamierza za wszelką cenę odzyskać swój samochód. Spotyka Reynoldsa i zmusza go do pomocy (jedyna dobra rola w karierze Roberta Pattisona).



Właśnie w taki sposób rozpoczyna się film "The Rover" reżysera, który wcześniej stworzył rewelacyjne "Animal Kingdom". Obraz automatycznie wzbudza skojarzenia z australijskim "Mad Maxem" i "Drogą" na podstawie książki  Cormaca McCarthy'ego. Inne i mniej bezpośrednie skojarzenia to postapokaliptyczna i (zasłużenie!)  obsypana deszczem nagród  książka "Gwiazdozbiór Psa" Petera Hellera.
Na szczęście z "Mad Maxem" film łączy jedynie miejsce akcji i postapokaliptyczny klimat, zamiast widowiskowych i brutalnych pojedynków w dziwacznych samochodach reżyser zadaje podobne pytania jak w "Drodze", czyli: na czym się można oprzeć w świecie, gdzie nie ma cywilizacji i moralności?

Odpowiedź nie będzie łatwa i przyjemna, podobnie jak i podróż głównego bohatera filmu. Eric podróżuje bowiem przez surowe, depresyjne australijskie pustkowia a cały film ma również taki surowy charakter. No i powolną akcję, co dla niektórych widzów może stanowić poważną wadę filmu. "The Rover" ma też minimalistyczną formę, posępna i niepokojąca muzyka pojawia się w filmie jedynie w kilku jego fragmentach a główny bohater filmu jest milczkiem i reżyser skąpi informacji na jego temat. Pewnie właśnie dlatego tak przejmująca jest scena przesłuchania Erica schwytanego przez żołnierzy, który tłumaczy im czemu świat skończył się już dawno temu. Chwytające za gardło są także inne etapy podróży Erica. Bo w posępnym surowym świecie bez cywilizacji liczy się każda namiastka normalności (scena w sklepie) a ludzie, który mogą spróbować być uczciwi albo sięgnąć po broń, najczęściej wybiorają to drugie rozwiązanie.


I jeszcze jedno. "The Rover" jest jednym z najlepszych filmów 2014 roku i...wciąż nie ma daty polskiej premiery kinowej.
Brawo Panowie Dystrybutorzy!

piątek, 29 sierpnia 2014

Gorzki smak cykorii


K

Uprzedzam lojalnie, że poniższy tekst jest z kategorii lajtowego pierdu pierdu o dupie Maryni. Bez uwzględniania dupy Maryni. Mianowicie:
Siedząc przy hotelowym barze obok chrapiącego na jawie i nieudolnie próbującego okiełznać nasze polskie piwo (ach, te procenty!) Brytyjczyka, doznałam nagle olśnienia.
Mianowicie, że muszę napisać o moich ostatnich doświadczeniach w noszeniu… szpilek (na nogach) oraz aparatu na górnej szczęce, prostującego zęby .
Powyższe doświadczenia mogłabym w sumie skwitować krótkim stwierdzeniem:  zwolnienie tempa.
W dwóch zasadniczych wymiarach. I jeśli coś dobrego doraźnie wynika z decyzji o noszeniu powyższych, to właśnie to, że musiałam zwolnić. Pęd chodzenia i pęd jedzenia. Niby nic, ale zanim przywdziałam ww. atrybuty, bardzo szybko chodziłam (i chodzę, wszak szpilek nie mam zamiaru nosić codziennie) i dość szybko pochłaniałam jedzenie (wbrew przepisom na temat zdrowego i sensownego sposobu odżywiania), ponieważ zawsze było coś ważniejszego od chodzenia i od jedzenia. Ponieważ najczęściej idę po to, aby gdzieś dotrzeć i jem po to, aby zaspokoić głód.  Nie idę / chodzę dla samego … ijścia (?) / chodzenia; nie jem dla samego rozkoszowania się smakiem. A nawet jeśli, to bardzo, baaardzooo rzadko.  
[Przerwa! Podjęłam rozmowę z Brytyjczykiem przy barze. Powiedział mi, że był w miejscowości „Czubaka”, w której jest muzeum kolei. Na widok mojego zdumienia otwarł swój notesik, w którym miał zanotowaną nazwę „Chabowka”. Zgooglowałam przy nim tę nazwę i wyszło, że jest to miejscowość Chabówka, na południu naszego kraju, w której rzeczywiście znajduje się skansen pełen starych lokomotyw. Niestety, jakem wielbicielka brytyjskiego akcentu, nie wykapowałam, co to ta „Czubaka”, poza skojarzeniem z „Gwiezdnymi wojnami” )
Wracając do szpilek itepe. Te, które kupiłam za zawrotną sumę, jak na buty sięgające poniżej kostki, wyglądają mniej więcej tak:


To znaczy, obcas i koturn jest ten sam, zaś kokarda mniej ekspansywna. Gdy je zakładam, jestem wyższa o ok. 10 cm.  Jak na kogoś, kto NIGDY nie poruszał się  w takich butach, chodzę w nich całkiem sprawnie. Aczkolwiek WOLNIEJ. I o to właśnie chodzi. Stąpając wolniej, mam czas na to, aby umieścić nieco gracji w moich ruchach. To jest naturalny skutek. Dzieje się na zasadzie sytuacji bez wyjścia. Przypominam sobie o tym, że unisex odzienia wierzchniego niekoniecznie zawsze popłaca. Trzeba było tych szpilek, po trzydziestu paru latach mojego życia, żebym się o tym przekonała.
Podobnie w przypadku aparatu na zębach.. Nagle przy spożywaniu każdego bez wyjątku posiłku muszę wszystko żuć wolniej, ostrożniej ponieważ pierścienie na zębach haczą i ma się również wrażenie, że szybkie przeżuwanie mogłoby aparat uszkodzić.  I w ten oto sposób zaczęłam przeznaczać na posiłki więcej czasu.

Co ma do powyższych tytułowa cykoria? A to, że spędzając czas w hotelowej enklawie, zamówiłam sobie sałatkę, w której skład wchodziła cykoria. Nigdy wcześniej, tj. zanim na moich zębach znalazł się aparat, nie odczułam skali i kwintesencji gorzkości cykorii w takim stopniu, jak właśnie teraz. 
I może będzie to banalna puenta, najpewniej zupełnie tak, ale ... ile nam umyka istotnych drobiazgów konsekwentnie budujących naszą codzienność, tylko dlatego, że jesteśmy przekonani, że szkoda na nie czasu albo że się na nie czasu nie ma? Czy trzeba zachorować na nowotwór z terminalną opcją, aby doceniać "pierdoły"? W sumie to nie. Wystarczy aparat na zębach i szpilki na nogach. Ja już to wiem.

 :-)



niedziela, 10 sierpnia 2014

Spring screwers with guns

K

Spring breakers to film uszyty z plastikowo-popowych klisz, którymi od lat dziewięćdziesiątych karmi sie młodzież. I to jest pierwszy powód, dla którego warto go obejrzeć. Drugim powodem jest rewelacyjny James Franco, któremu udało się wykreować bohatera rodem z komiksu. 
Konwencja filmu ewidentnie nawiązuje do popkulturowej spuścizny złożonej z lukrowanych piosenek Britney Spears, różowo-infantylnych magazynów dla nastolatek, gier komputerowych przesyconych strzelaninami, masowych imprez, w których udział polega na wyluzowaniu się, a poczucie wolności równoznaczne jest ze zdarciem z siebie ubrania i sztachnięciem się jointem, wreszcie - z filmów o gangsta świecie, w którym prym wiodą: przemoc, władza, pieniądz i luksus, broń i gadżeciarski styl życia. Wszystko to konsekwentnie zostało wplecione w fabułę "Spring breakers". 
Harmony Korine, reżyser i scenarzysta filmu, przedstawił historię czterech młodocianych przyjaciółek, które urywają się ze swoich rodzinnych domów, aby poszaleć w czasie wielkanocnej przerwy wakacyjnej. 
Podróż, w jaką się wybierają, odbywa się zgodnie z założeniem NO RULES. Żadnych zasad moralnych i obyczajowych - hasło, które w ich przypadku zakłada napady i kradzieże, zbliżenia fizyczne w trójkącie i homopocałunki, perwersyjne igranie z załadowaną bronią w ręku (świetna scena z udziałem dziewczyn i Aliena granego przez Franco!) i wreszcie - morderstwa.
Żadna z tych scen jednakże nie jest realistyczna, każda została wzięta w cudzysłów. Każda jest odzwierciedleniem klisz, o których pisałam wyżej. Jedyne, co pozostaje prawdziwe, to rana postrzałowa, jaką obrywa jedna z dziewczyn i śmierć zadawana gangsterom. Poza tym prawdopodobieństwo psychologiczne i przyczynowo-skutkowe nie istnieje. Bohaterki są równie sztuczne i wykreowane co kultura, której stanowią kwintesencję. 
Są wprawdzie dwa momenty, w których zarówno widzom jak i dwóm bohaterkom dane jest do świadomości, że to, co się dzieje, jednak dzieje się naprawdę i nie jest to fun. I te dwie bohaterki, po przerobionych chwilach refleksji oraz opamiętania, postanawiają się wycofać z tej specyficznej zabawy. Uważam, że wątki te są zbędne i nie bardzo wiem, czemu miały służyć, skoro zaraz po nich film wraca na komiksowe tory i do narracyjnego dynamizmu, który jest niewątpliwym plusem obrazu Korine'a.

Po obejrzeniu "Spring breakers" - niespodziewanie dla mnie - przypomniałam sobie historię chłopców z ekranizacji powieści Goldinga  "Władca much", w której poruszona jest problematyka m.in. ludzkiej natury, stymulowanej wpływem czynników zewnętrznych takich jak środowisko, kultura, otoczenie, warunki życia.  
Historie takie jak ta przedstawiona w "Spring breakers" stanowią, podobnie jak "Władca much", rodzaj antyutopii, niezależnie od tego, w jakiej konwencji zostały przedstawione. Pokazują zmienność ludzkiej natury, w której, w wyniku ww. stymulacji, ścierają sie wartości cywilizacyjne z prymitywnymi odruchami. Więc w rzeczy samej, "Spring breakers" ma dno, po dotarciu do którego widz może sobie uświadomić, że ogląda dramat. Z filmu wyłania się bowiem przerażająca puenta: wystarczy dać nastolatce (tej samej, która przed chwilą czule rozmawiała z mamą przez telefon) do ręki broń w okolicznościach sprzyjających czynom spoza prawa, a owa nastolatka nie zawaha się zabić człowieka.
W ramach podsumowania mojego wpisu wrzucam piosenkę, która przypomniała mi się po obejrzeniu tego filmu:



G

Spring Breakers obejrzałem chyba rok temu w gdyńskim kinie. I chociaż zazwyczaj chodzę na konkretny film, to tym razem musiałem wybrać jeden z kilku. Zaryzykowałem, a pomysł okazał się wyjątkowo dobry i przez kolejne dwie godziny byłem mocno zachwycony hipnotyczno-siermiężno-genialnym nastrojem Spring Breakers.
I chociaż podzielam większość interpretacji i zachwytów Karmel nad tym obrazem to dla mnie ogromną zaletą filmu jest jego...dwuwarstwowość. To dziwaczne określenie ma pokazać, że film może być interpretowany na dwa różne sposoby przez dwie różne grupy widzów. 
Kinomaniacy, którzy szukają rozrywki, krwi, agresji, akcji i gołych cycków mogą przecież potraktować Spring Breakers jako częściowe spełnienie ich oczekiwań. W takim ujęciu będzie to obraz gloryfikujący wiosenną przerwę w amerykańskich uczelniach i pokazujący uroki i (niewielkie) wady życia gangstera. Dla takich widzów wadą może być natomiast oniryczny nastrój i sceny tak kiczowate, że wywołujące pusty śmiech.
Widz, który chciałby poszukać i znaleźć w tym filmie coś więcej dostanie natomiast błyskotliwy obraz codzienności amerykańskich dzieciaków, którzy nie mają już własnych autorskich marzeń, tylko takie opanowane przez potwora zwanego Popkulturą. Te marzenia złożone z mocno wyeksploatowanych w połączeniu z całkowitym brakiem granic mogą natomiast prowadzić do......
No właśnie. Obejrzyjcie i sprawdźcie, czy jakieś słowo można wstawić po moim wielokropku



piątek, 8 sierpnia 2014

Ida, czyli filmowa opowieść o tym, że dobrze się bzyknąć przed złożeniem ślubów zakonnych

K

To nie będzie recenzja złożona z wielu słów. Po części powstała już w dwóch smsach do Grzecha i w sumie wiele więcej do dodania nie mam.
"Ida" Pawła Pawlikowskiego jest odgrzewanym kotletem, którego zjeść się nie da bez niechęci i znużenia.
Przede wszystkim już chyba powinniśmy jako Polacy odpuścić sobie tematykę odkrywania żydowskiej tożsamości z wątkami wojennymi majaczącymi w tle. Ten temat był tyle razy przerabiany, roztrząsany i mielony w twórczości artystycznej, szczególnie filmowej, że (chyba) raczej się nie da odbiorcę czymś zaskoczyć i dać do myślenia.
Mocną stroną "Idy", jeśli o takowej w ogóle można napisać, jest kilka kadrów, które zahaczają o metafory i aluzje i jakieś szczątki nastrojowości.  Ale nic poza tym. Aktorstwo słabe, że płakać się chce, bohaterowie płascy i papierowi. Nawet Kulesza, którą jako aktorkę da się cenić, nie obroniła swojej postaci. Jej bohaterka wypada karykaturalnie jako roznikotyzowany stalinowski sędzia, który musi, bo przecież był komunistą, wieść rozwiązłe życie zakończone samobójstwem.  Zaś o tytułowej Idzie, którą grać usiłowała Agata Trzebuchowska (zdaje się, że to jej debiut), mogę napisać tyle, że sobie była i kręciła się przed kamerą i coś tam robiła.
Film jest psychologicznie płytki (m.in. przez nędzę aktorską), fabularnie banalny (katolicka zakonnica odkrywa, że z pochodzenia jest Żydówką - no co wy, nie wierzę, naprawdę?!?!). I w zasadzie, można tę historię sprowadzić do takiej mniej więcej puenty: młode dziewczę, poprzez odkrycie swojej prawdziwej  tożsamości i przeszłości swojej rodziny, dochodzi do mądrego wniosku, aby pochodzić w szpilkach ciotki i bzyknąć się z przystojnym muzykiem, zanim na zawsze powierzy swoje życie Jezusowi.



środa, 6 sierpnia 2014

Prawie perwersyjny Baczyński

K


Podczas gdy ja zastanawiałam się, o którym - ostatnio obejrzanym - filmie napisać w pierwszej kolejności na blogu (czy o w miarę dobrym "Spring breakers" czy o koszmarnej tandecie "Idzie"), mój dobry znajomy napisał ten tekst  i nim, niechcący, pomieszał mi szyki. 
Tomaszu, odpowiadam Ci tekstem na tekst. Tytuł niniejszego wpisu jest oczywiście celowy, ale mam nadzieję, że nie odbierzesz go jako prowokacji sięgającej niżej pasa. Rzecz postaram się uzasadnić.
Pójdę nieco szerzej, wspominając najpierw o rocznicach Powstania Warszawskiego.
Nie celebruję ich w żaden zewnętrzny sposób. Nie wywieszam flagi, nie udostępniam stosownych biało-czerwonych postów na fejsie, nie ślęczę przed tv, przełączając kanały z jednego obchodu na drugi, nie piszę "44 - pamiętamy"; hasło - nota bene -  zarezerwowane jest  dla agresywnych narodowców i w sieci powstał nawet stosowny mem, na którego treść składa się również weteran na wózku inwalidzkim, odpowiadający: "ch*ja pamiętacie".
Im jestem starsza, tym więcej we mnie przekory i buntu w kontekście sztafażowych ozdobników i wzruszeń na pokaz z ww. powodu.
Kilka lat temu byłam w Warszawie 01.08 i o godz. 17.00, stojąc na ulicy Stawki 4/6, przeżyłam coś, czego opisywać nie chcę, ponieważ jest to przeżycie zbyt osobiste i zbyt przejmujące. Kilkakrotne, od momentu otwarcia, wizyty w Muzeum Powstania Warszawskiego za każdym razem powodowały we mnie niesamowitą lawinę przemyśleń ale i też niesamowitego wyciszenia, zluzowania całego mojego jestestwa. Jest to miejsce, do którego chcę i będę wracać. 
I jednocześnie konsekwentnie nie oglądać telewizji w pierwszym tygodniu sierpnia.

Baczyński - Tomaszu, wiem, że wiesz -  towarzyszy mi od długich lat i właściwie zmienia się tylko stopień nasilenia owego towarzyszenia. Słów Jego wierszy nigdy nie uczyłam się na pamięć, ale, poprzez częstotliwość obcowania z nimi, zapisały się w mojej pamięci i chyba tylko Alzheimer zdołałby je stamtąd usunąć. Jednakże, z biegiem lat, po lekturze licznych opracowań na temat życia i twórczości Krzysztofa,
autorstwa m.in. Budzyńskiego i Wyki, po artykułach "z historycznym rysem", w których autorzy, w zależności od swoich poglądów politycznych, chcieli widzieć w Nim na przykład antyklerykała lub też odwrotnie, pogrążonego w hasłach Bóg, Honor, Ojczyzna, młodzieńca; po tym wszystkim mam dziś wątpliwości. Jaka jest prawda na temat Baczyńskiego? Jaka jest prawda na temat dwudziestokilkuletniego geniusza, który przez kilka lat zdołał wywrócić do góry nogami polską poezję, pozostawiając po sobie przekonanie, że nie było i najpewniej już nie będzie poety, który osiągnąłby taką umiejętność semantycznego igrania ze słowem i budowania metaforyki przewyższającej umiejętności wszystkich poetów polskich (i śmiem twierdzić: europejskich) razem wziętych?
Nie powtórzę po Tobie, Tomaszu, gombrowiczowego porzekadła, ale w kontekście bytności Baczyńskiego na lekcjach w szkołach, napiszę, że skala, w jakiej zaszufladkowano Krzysztofa jako poetę powstańczego, który pisał o chłopcu polskim i o głowie na karabinie, jest dla mnie przerażająca. I nie spodziewam się, że dla współczesnego nastolatka do przyjęcia, zrozumienia i przeżywania. 
Oczywiście, nie ulega wątpliwości, że Powstanie Warszawskie jest wielkim znakiem w twórczości Baczyńskiego, stygmatyzującym Jego życie i twórczość. Ale ja dziś się bronię przed taką jednokierunkowością. To, że przyszło Mu żyć i tworzyć w tym czasie jest dla mnie historiozoficzną tragedią i ironią.
Dzisiaj sporo jego utworów można rozważać w kontekście metafizycznym (pozwala na to na przykład ten wiersz) czy też w kontekście freudowskiej psychoanalizy, którą Krzysztof praktykował. 
Pozostaje jeszcze jedna kwestia, która budzi moją wątpliwość. Z jaką świadomością ci młodzi, kilkunasto-, kilkudziestoletni ludzie decydowali się na udział w powstaniu? Co ich motywowało? Dlaczego Baczyński napisał:  "umrzeć przyjdzie, gdy się kochało wielkie sprawy głupią miłością"? (to jest pytanie retoryczne, Tomaszu).

Wracam do tytułu mojego wpisu. Baczyński zbudował bogatą, metaforyczną machinę, która napędza w jego utworach dwa bieguny: wojnę i kobietę. Te dwa desygnaty wyznaczają granice jego poezji, w której poeta ustanowił wobec obydwóch równorzędne miejsca. To spójna i konsekwentna wizja wyłaniająca się z wszystkich najważniejszych utworów.
Nie mogę nie wspomnieć również o Jego erotykach, w których osiągnął mistrzowską wirtuozerię, konsekwetnie kontynuując metaforykę obrazującą kobietę w wierszach "wojennych". Powtórzę się, ale nie było, nie ma i najpewniej nie będzie poety, który w ciele kobiety dostrzega stwarzający się świat na wzór boskiego tworzenia fauny i flory (odsyłam do tego utworu).
Ja jednak dzisiaj mam w pamięci jedno zdanie, śmiałe i obrazobórcze, ocierające sie niemal o perwersję, które rozpoczyna wiersz "Noc" napisany w marcu 1942 roku i dedykowany narzeczonej (pobrali się w czerwcu '42):

"Madonno moja, grzechu pełna..."

Wiersz, w który wplótł elementy litanii kierowanej do Barbary niczym do Matki Boskiej ("Madonno, czym mnie wybawisz od nocy?..."), adresując go do niepoślubionej kobiety, zestawiając wszystko z poetyką nocy i prośbą o ocalenie ("Snom kolistym, kwiatom, wodospadom // dasz się przeze mnie toczyć?..."). Taki sposób rozumienia i poetyckiego obrazowania kobiety pozwala choć na chwilę oderwać Krzysztofa od jednokierunkowego postrzegania Go jako poetę - żołnierza i martyrologa.  Jestem Baczyńskiemu niesamowicie wdzięczna za to śmiałe i oksymoroniczne zdanie. Po prostu je uwielbiam.

poniedziałek, 21 lipca 2014

Blue Jasmine, czyli oglądam filmy z Cate Blanchet

K

Na początku muszę uczciwie przyznać, że nie jestem fanką filmów Allena. Ponoć, gdy film Woody'ego się nie podoba, to znaczy, że nie zrozumiało się istoty jego dzieła. Być może. Po tylu latach autoedukacji i tysiącach obejrzanych filmów, mogę sobie śmiało przyznać, nawet przed czytelnikami niniejszego bloga, że - być może - nie rozumiem filmów Allena, nie dostrzegam kpiny, (auto)ironii, wiwisekcji życia amerykańskich mieszczuchów, igrania z dorobkiem kina światowego najwyższych lotów  itede itepe. Albo, po prostu, nie lubię jego filmów. Nie ukrywam też, że po obejrzeniu Snu kasandry czy też Vicky Cristina Barcelona, byłam zadowolona. Pierwszy film ujął mnie świetnym scenariuszem (szczególnie nagłym zwrotem akcji) a drugi kreacjami aktorskimi i muzyką. Ale to by było na tyle.
Do obejrzenia Blue Jasmine skłonił mnie fakt, że główną rolę zagrała Cate Blanchet. Obraz Allena był dwudziestym trzecim filmem z udziałem Blanchet, który prześledziłam z zainteresowaniem. I choć uważam, że apogeum swoich aktorskich możliwości Cate osiągnęła, kreując królową Elżbietę (filmy z 1998 i z 2007), bez wątpienia rola Jasmine należy do tych najbardziej wyrazistych w dorobku Blanchet.
Fabuła filmu jest banalna, co zresztą stanowi, w moim odczuciu, wyznacznik Allenowskiego kina. Ale to nie zarzut, ponieważ wszelkie smaki tego dramatu tkwią w detalach: w słownych interakcjach pomiędzy postaciami (głównie pomiędzy dominującą Jasmine i jej uległą oraz zakompleksioną siostrą Ginger oraz pomiędzy Jasmine a partnerem Ginger, Chillim, który, mimo że prosty i niezamożny, potrafi wytoczyć Jasmine przygniatające argumenty potwierdzające ułudę jej dotychczasowego życia, przez co Jasmine jeszcze bardziej nie znosi Chilliego). Ciekawie jest też skontrastowany styl życia zamożnych dorobkiewiczów oraz średniej klasy. Nie ma zresztą w tym zestawieniu nic, co byłoby odkrywcze, ale nie o to chodzi. Obłuda, interesowność i blichtr środowiska high life umiejscowiona jest w humorystyczno-ironicznym kontekście. Zaś Chilli, choć prosty, niekiedy prostacki, reprezentuje człowieka na luzie, który zawsze mówi to, co myśli. Nie ma za wiele, nie musi zatem udawać, kombinować i małpować. Prawda i szczerość tego, kim jest, w ostatecznym rozrachunku go obroni. 
Gdybym miała określić jednym słowem, o czym jest Blue Jasmine, napisałabym: o UŁUDZIE. Pewnie nie na taką skalę, jak główna bohaterka, ale żyjemy nią wszyscy, nawet jeśli temu zaprzeczamy. Wytwory wyobraźni mogą wszakże stanowić osłodę rzeczywistości. Gorzej jednak, gdy, jak w przypadku Jasmine, człowiekowi zaczynają się mieszać dwa porządki: rzeczywistości, czyli tego, co tu i teraz, oraz sfery urojeń zbudowanych z przeszłości lub utkanych z wyobrażeń, marzeń.
Film Allena należy w całości do Cate Blanchet. Aktorka wypełnia sobą niemal każdy kadr. I bardzo dobrze, ponieważ Jasmine jest postacią barwną i przyciągającą uwagę. Tragicznie neurotyczna, uroczo egoistyczna, zagubiona w rzeczywistości, pogubiona w przeszłości. Nieudolnie próbuje poskładać swoje życiowe puzzle w całość, desperacko stara się wrócić do poprzedniego standardu życia, gdy tylko nadarza się ku temu okazja. Ale finał potwierdza gorzką i smutną prawdę - nie można zbudować niczego na podstawie ułudy i kłamstwa.





sobota, 19 lipca 2014

Rozmowy przy moczeniu nóg


G

Gdyńska plaża wczoraj. Około północy.
Dwie dwudziestolatki ubrane na biało rozmawiają tuż nad wodą.
- Nie. Nie.Nie. Ty nie rozumiesz. Szukanie jednego idealnego faceta i czekanie na niego jest niemodne! Nie możesz tak robić - przekonuje podniesionym głosem plażowiczka. I gestykuluje, żeby podkreślić wagę swoich mądrości
Jej koleżanka nie jest przekonana...
- Ale jak? Jak to "niemodne"? - pyta.
- Ty musisz Żyć. Życie jest modne. Powinnaś mieć jednego faceta i drugiego. Może nawet trzeciego i czwartego. I nie angażować się i nic nie obiecywać...


Wróciłem do domu wyedukowany.