sobota, 14 lutego 2015

romansowym kijem w oko, czyli jak dostać uczuciowy wpierdol

K


do napisania niniejszego tekstu zainspirował mnie ten wspaniały artykuł, dlatego polecam najpierw go przeczytać (tytuł linka stworzyłam ja): dewiacja, inspiracja, kochanka, przekleństwo

na wstępie chciałam asekuracyjnie poruszyć dwa tematy. pierwszy - dziś jest 14 lutego. to wiecie oczywiście. nie jestem zwolennikiem dzisiejszego święta i NIE postrzegam tego za wyjątkową postawę wskazującą na moją oryginalność. znam innych ludzi, których drażnią walentynki, zatem nie jestem w swoim podejściu do tego tematu szczególna. z biegiem lat zrozumiałam, dlaczego Herbert uważał tematy miłosne za niskie gatunkowo i o nich nie pisał ani się nimi nie inspirował. dlaczego Bursa kpił z romantyczności i różę przerzuconą nad ogrodem zestawiał z wiadrem szczyn
bynajmniej nie o inspiracje do tworzenia poezji mi chodzi mimo przytoczonych wyżej przykładów z jej świata. Poświatowska mistrzowsko składała wersy o doświadczeniu miłości, ale myślę, że to dlatego, że uczuciu temu asystowało widmo śmierci, zatem zderzając te dwa doświadczenia ze sobą, podniosła temat kochania na wyższy poziom ontologiczny. teraz, gdy o tym myślę i piszę, rozkoszując się przyjemnym chłodem na tarasie i fajką w gębie, w towarzystwie czworonożnych stworzeń dwóch gatunków, bawi mnie niesłychanie aktualne okołowalentynkowe aj-waj związane z czytadłem i jegoż siermiężną (ponoć) ekranizacją o tytule "50 twarzy Greya". a jeszcze bardziej bawi mnie rozczarowanie widzów, którzy nie wiem czego spodziewali się po tym filmie. czy to znak naszych czasów, że banalność tematu miłości została jeszcze bardziej zbanalizowana i sprowadzona do obrazu mężczyzny wkładającego to, co ma wkładać kobiecie w miejsce, w które ma wkładać? eureka. rzeczywistość kurwieje galopująco, nawet 14. lutego, który jest symbolem chyba raczej nie fallusa i waginy, ale wszystko przecież przed nami. 
drugi temat, który chciałam poruszyć tytułem wstępu (jak już wiecie, cierpliwi i wytrwali Czytelnicy moich rzadko tutaj pojawiających się tekstów, wstępy, które popełniam, są długie), to, co napiszę poniżej nie uzurpuje sobie prawa do bycia tekstem wyczerpującym temat, jest raczej luźnym zbiorem moich przemyśleń. to też jest asekuranckie z mojej strony, ale wolno mi.

Sabina Spielrein - biję się w piersi, ponieważ do dzisiaj tworzyłam zgromadzenie ignorantów, którym nazwiska Junga i Freuda są doskonale znane, ale Spielrein już nie. z artykułu wynika, że w sumie poszczególne środowiska przez wiele lat dbały o to, aby Sabina pozostała w historycznym cieniu. to mnie nie usprawiedliwia w żaden sposób, jednakże w jakimś sensie pociesza. bardzo chciałabym, aby na podstawie jej biografii powstał rzetelny i uczciwy względem niej film.
a teraz ad rem, czyli co mam na myśli, publikując tekst pod takim a nie innym tytułem.
przede wszystkim dlatego, że uważam za niezwykle fascynującą relację pacjentki i jej lekarza od psyche, która zmienia się w relację uczennica i mistrz a potem inspiracja i biorca inspiracji. i to by było na tyle w kwestii mojej fascynacji. reszta jest powtarzającym się w historii ludzkości banałem.
jest ona, ta trzecia w relacji - wyjątkowa, skomplikowana, marmur kararyjski i mentalny wulkan inspiracji, jest on - inteligentny, nieprzeciętny, niezwykły, naukowiec w tym przypadku i jest ta pierwsza, ta (umęczona) żona, matka (pięciorga) dzieci, ta uczciwa, wierna i stała we wszystkim. dlatego też nudna, zbyt dobrze poznana, zwłaszcza w wymiarze cielesnym, zużyta i odporna na fascynacje (naukowe) swojego męża i ojca dzieci. ale w ostatecznym rozrachunku to właśnie ona, ta pierwsza jest ostoją stabilności, do której mąż i ojciec wróci, brutalnie i nieuczciwie ucinając wszelkie koligacje z marmurem kararyjskim. pofika sobie na boku, poszaleje, spłodzi dzieła (naukowe) inspirowane tą trzecią nietuzinkową istotą, żeby następnie bronić rodzinnego gniazda przed jej ingerencją. 
ale zastanówmy się, czy mogłoby być inaczej. to znaczy tak, że role trzeciej i pierwszej się zamieniają. szybko odpowiadam -  bzdura. nie mogłoby. ponieważ istotą relacji trzeciej i drugiego jest to, że właśnie trzecia na końcu musi "przegrać". to jest banalne, ale byłoby jeszcze bardziej banalne, gdyby było inaczej. trzecia, stając się żoną i matką, weszłaby w rolę pierwszej i statutowo utraciłaby swoją wyjątkowość. stałaby się standardowym elementem krajobrazu tworzącego codzienne pożycie małżeńskie. nieubłagany jest tok trójdzielnych relacji. zawsze największy łomot uczuciowy dostanie się trzeciej albo, nie upraszczając w kwestii płci, trzeciemu. 
życie Spielrein na szczęście nie sprowadza się i nie ogranicza do roli naukowej inspiracji i takiegoż wsparcia oraz kochanki Junga. pobiegło dalej swoim nietuzinkowym, burzliwym torem. 
gorzej, gdy w takiej relacji trzecia lub trzeci nie ma nic szczególnego poza obsesją na punkcie drugiego....  Komu uczuciowy wpierdol, komu?







niedziela, 28 grudnia 2014

poeta zabija najwyżej siebie

K

matką nie jestem, ale zostałam macochą. bo po macoszemu traktuję bloga - nasze, tj. moje i Grzecha internetowe dziecko. kajam się w prochu i popiele, popijając schłodzoną wódkę z pepsi, w czasie, który dobija do godziny drugiej w rytmie nocnym. za to właśnie cenię okres świąteczny. mogę żyć choć przez kilka dni swoim najprawdziwszym, własnym, rozregulowanym trybem. I spać, spać, spać na potęgę za dnia, wcierać swoje ciało w materac sypialnianego łóżka, szukać najlepszego ułożenia głowy na poduszce, obmacywać przyjemną fakturę poszwy, która obleka kołdrę. oddam lotniczy bilet na Karaiby i tonę marmuru kararyjskiego za więcej takich chwil.
ale nie o moich hedonistycznych prywatach ma traktować ten tekst. aczkolwiek doznaję swoistego rodzaju schizy spięciowo-kablowej w głowie po tak długiej przerwie niepisania na blogu, która to schiza polega na mojej przemożnej potrzebie poruszenia tysiąca czterystu pięćdziesięciu i pół tematów, teraz, gdy wena zagościła w mojej jaźni i trzewiach po sporym okresie posuchy. mogłam oczywiście wrzucać teksty w owym czasie posuchy, ale, tak się zastanawiam, ilu z Was, Szanowni Czytelnicy, byłoby w stanie przebrnąć przez moje monoteistyczne credo ogniskujące zdania pojedynczo złożone wokół wyznania dotyczącego mojego życia a składającego się z jednego słowa: "dupa"? nie, to nie jest asekuranckie tłumaczenie się, naprawdę.
jeśli ktoś tak uważa, następny mój wpis będzie zawierał słowo dupa powielone x 200. 

a teraz ad rem. moje myśli w ostatnich kilku dniach skupiały się wokół śmierci Krauzego, Barańczaka (czy to taki czarnokomediowy zwyczaj okołoświąteczny, że ważna persona życia społecznego albo/i kulturalnego umiera?), wokół wypadku samochodowego, którego byłam świadkiem na jednej z dróg naszej prowincji oraz wokół samozwańczej poetki (ktoś inny na innym blogu nazwaj ją poetessą), która zamordowała rodziców swojego chłopaka. i czyniąc kilkudziesięciozdaniową uwerturę złożoną z tematów okołomeritumicznych, wybrałam właśnie ten jeden temat. Zuzanny Maksymiuk aka Maria Goniewicz, mającej wstręt do hołoty umysłowej.
bo mam z tą dziewuchą (tak, nie poetką ani poetessą) lekki problem. albo społeczeństwo ma. doszukując się (racjonalnych) przyczyn jej zbrodniczego wyczynu. opcje interpretacji ujmę w punktach.
1. Zuzanna Maria - nieszczęśliwe dziecko wyrosłe na braku wartości.
odwiedzając jej facebookowy profil, nie ma się wątpliwości, że wartości chrześcijańskie są jej raczej obce (jeśli traktować poważnie jej wpisy na temat papieża JPII, będące na poziomie bluzgającego mięsem dresiarza, którego sukcesem edukacyjnym było ukończenie aż szkoły  podstawowej); ergo, można je uznać za tani rodzaj buntu typowy dla młodzieży w jej wieku.
w każdym razie łatwo można wydedukować z jej internetowej aktywności, że w ramach edukacyjno-wychowawczych oddziaływań jej rodzice ponieśli porażkę. nietrudno będzie prawicowomyślnym dorobić do tej sytuacji historię zagubionej nastolatki wychowanej przez dwie lesbijki lub dwóch gejów. to przecież takie modne obecnie oskarżenie o deprawację. ewentualnie, nasza rodzima Black Mamba wzrastała w domu bez matki albo bez ojca. bo tylko "pełna" rodzina jest w stanie zapewnić dziecku odpowiednią dozę wiedzy na temat wartości i umiejętność przekucia tej wiedzy w praktyczną realizację. na tym kończę interpretację kpiącą z wzorców ogólnopojmowanychiakceptowanychbezżadnejkrytyki.
2. Zuzanna Maria - wariopoetkazdziecinnymzacięciem.
wątpliwą wartość (wątpliwą w mojej ocenie) jej twórczości poetyckiej pozostawiam ocenie Czytelników. w tym miejscu pisania blogowego tekstu czuję największe zażenowanie. że muszę, bo tak założyłam sobie, napisać kilka słów na temat tfu!rczości Zuzanny. to naiwne i efekciarskie  frazy wolnego wiersza, który najwyraźniej stał się demokratyczną dziwką ekspresji grafopoetyckiej w XX / XXI wieku, tak niewiele wymagający, właściwie żadnej wiedzy na temat uporządkowania naddanego. wystarczy chcieć coś zakomunikować. na przykład, że boli mnie ząb. albo mam wzdęcie. i ubrać to w - jakoś - oddzielone od siebie wersy. dodając przy tym zestawienia metaforyczne złożone z abstraktu i konkretu - czyli tworząc błocko poetyckie, z którego krowa Mućka wyciąga kopytko, więc słychać arcyoryginalny i inspirujący dźwięk nie do przełożenia na litery. przynajmniej ja nie potrafię. pannica Maria, mająca krew dwóch ludzi za swoimi młodocianymi pazurami, jako samozwańcza poetka, której jakieś szalone wydawnictwo zgodziło się wydać tomik "poezyj" (nie wiemy, jakie są kulisy tego szaleńczego czynu, być może rzeczona Maria ma jakieś koneksje z wydawnictwem?), przejawia symptomy typowego buntu młodzieńczego, w którym każda jednostka ludzka przekonana jest o wyjątkowości swoich dramatycznych przeżyć. oczywiście, nie da się, z punktu widzenia osoby (dość / mocno / bardzo) dorosłej, (jako-tako/dobrze/bardzo dobrze) obeznanej w kwestiach tworzenia literackiego, potraktować poważnie pisaniny rodzimej Black Mamby.
co może irytować, a co stanowi temat na co najmniej jeden osobny artykuł, to fakt, o którym już przed wielu laty mówił profesor Balcerzan: tworzenie poezji stało się łatwo nauczalne. niesprawiedliwe jest to, że aby tworzyć sztukę z innych dziedzin kultury: muzykę, malarstwo, trzeba opanować konkretny warsztat, natomiast, aby tworzyć literaturę... no właśnie. w tym przypadku nasze pojmowanie jest niesłychanie demokratyczne. właściwie, aby pisać wiersze wolne, wystarczy nauczyć się czytać i pisać. (?)
oczywiście, TAK NIE JEST. aby tworzyć literaturę, w tym utwory należące do systemu nienumerycznego, potrzeba warsztatu w takim samym stopniu, w jakim potrzeba go, zanim zacznie się tworzyć muzykę czy malować obraz. wiersz wolny jest tylko z pozoru łatwą formą. i jeśli, jak napisałam powyżej, kojarzy mi się obecnie z najstarszym zawodem świata, to dlatego, że tak się go traktuje. tymczasem, to właśnie ten gatunek wiersza rzuca wyzwanie twórcy. ten ostatni ma za zadanie wiedzieć, jak stworzyć napięcie semantyczne pomiędzy nie tylko frazami, ale pomiędzy słowami, jakie wypracować uporządkowanie naddane, składając wersy, aby wiersz nie był jedynie przekaźnikiem myśli, ale aby miał również wartość artystyczną.
i, oczywiście, oprócz warsztatu, każdy twórca, aby nim w istocie był, potrzebuje TO COŚ, co nie jest wyuczalne, do końca wyjaśnialne. co można nazywać wieloma imionami. dar, empatia, nadwrażliwość. ja wolę obstawać przy TYM CZYMŚ.
Zuzanna Black Mamba nie ma ani jednego, ani drugiego. powodzenie jej utworów wzięło się stąd, że coraz mniej wymagamy od kultury. coraz mniej oczekujemy od twórcy. dlatego poetom (nie poetą) dziś jest co piąty obywatel tego kraju. I tak, jak inne dziedziny sztuki zdominował pop, nie inaczej jest z utworami tworzonymi ze słów.
mordercze szaleństwo panny Zuzanny być może nie miałoby miejsca, gdyby nie uwierzyła tak mocno i niezachwianie w to, że jest poetką, że jest kimś wybranym a to, co rodzi się w jej głowie, jest niepowtarzalne. tym samym każdy, kto pomógł jej w to wszystko uwierzyć, pośrednio i niechcący przyczynił się do ekstremalnego kroku, na jaki się Zuzanella zdecydowała.
3. Zuzanna Maria - dziecko nowoczesności.
inny sposób wyjaśnienia tego, co zrobiła młodociana asasynka, dotyczy realiów, w których żyjemy. ta metoda racjonalizacji czynów najbardziej mnie śmieszy. mianowicie, jak ma nie zaistnieć co jakiś czas kolejna zuzannamariaasasynka, skoro świat ocieka przemocą. gry komputerowe, filmy, internet, media. robią młodym ludziom wodę z mózgu. a potem wychodzi jeden z drugim na ulicę lub wpada do szkoły ze spluwą i strzela do  każdego napotkanego człowieka. gdyby tak istotnie było, tj. gdyby oddziaływanie ww. tworów kultury, miało tak skuteczny wpływ na ludzi, to w domowych oknach mielibyśmy szyby kuloodporne a na ulicę nie wyszlibyśmy bez takiejż kamizelki i broni palnej w kieszeni.
4. Zuzanna Maria - psychopatka.
psychopatia u osób dorosłych jest praktycznie niewyleczalna, niekiedy stosowanie rozmaitych terapii wobec nastolatków przynosi efekty. nie jest traktowana w kategorii choroby, więc trudno mówić o leczeniu. jest to rodzaj zaburzenia psychicznego. psycho- i socjopaci żyją wśród nas. spotykamy ich w wielu miejscach społecznego ekosystemu. mając bezpośredni kontakt z nimi, jesteśmy narażeni na manipulację, stres i cierpienie. zwłaszcza jeśli psychopatą jest przełożony w pracy albo partner w życiu prywatnym. taki człowiek czerpie przyjemność i satysfakcję ze znęcania się nad innymi, nie odczuwając przy tym wyrzutów sumienia, strachu, nie biorąc pod uwagę konsekwencji swojego zachowania, wykazując brak empatii.
sugerując się chociażby już tymi cechami - po więcej kieruję tu: psychopatia - co to jest?), nietrudno wpasować Zuzannę Marię w te ramy. wiersze, które pisała, mogą posłużyć psychiatrom jako materiał badawczy w tym kontekście.
ja jednak nie jestem przekonana do żadnej z teorii, które wymieniłam. ktoś inny mógłby dodać jeszcze kilka.
być może w każdej z nich tkwi jakaś cząstka prawdy. a może jest też tak, piszę to, wprowadzając element fatalistycznego myślenia, że raz na jakiś czas rodzi się człowiek z gruntu zły. (?)

na koniec powyższych rozważań na temat rodzimej Black Mamby, chciałabym poruszyć jeszcze jeden temat. w kilku swoich wypowiedziach dała wyraźnie do zrozumienia, że utożsamia się ze światopoglądem Witkacego. chciałabym wierzyć w to, że zapoznała się z jego biografią i twórczością. chciałabym wierzyć, że rozumie Jego filozoficzną koncepcję jedności w wielości. na chceniu jednak kończę. Black Mamba coś tam przeczytała, że buntownik, że outsider, że literat. no i jeszcze fotografie Witkacego! to szaleńcze, przeszywające spojrzenie!
panna Zuzanna przeoczyła jednak istotną rzecz. Witkacy nikogo poza sobą nie zabił.
ponieważ poeta zabija najwyżej siebie.


piątek, 31 października 2014

Skóra

G

Czwartek. 14.30. Pociąg
Niebo sika na szyby pociągu deszczem, pasażerowie pieszczą swoje twarze światłem smartfonów, ktoś śpi. To taka martwa godzina popołudnia - nikt jeszcze nie kończy pracy a pociągi wożą niedobitków, które załatwiają swoje tajemnicze sprawy.
Jest dziwnie sennie i smutno, w mojej głowie pojawiają się myśli oderwane od codzienności.
Myślę o tym, co w tej chwili robią moje alter ega w alternatywnej rzeczywistości.
Grzech nr 1
Jest szczęśliwym posiadaczem fortuny wygranej w Totolotka, pogrąża się więc w hedonistycznych rozrywkach, barwnych przygodach i marzeniach dalekich od skromności. Przed chwilą grał w scrabble z Cindy Crawford, teraz rozważa skok w stroju Batmana z Pałacu Kultury.
W chwili, gdy o nim myślę pojawiają się obawy, czy jego biedny i prowincjonalny nos wytrzyma taki nadmiar kokainy.
Grzech nr 2
Jest Góralem, szczęśliwym posiadaczem małżonki i trójki dzieci, utrzymuje się ze swojej stolarni. Darzy też ogromną pasją nowoczesny balet, ale żaden z jego kolegów od wódki o tym nie wie. Żona się domyśla czegoś, ale wydaje się jej, że to zamiłowanie do sąsiadki. Gdy o nim myślę, właśnie odbiera dziecko z przedszkola i moje zainteresowanie wyczuwa i bierze za deja vu. Przystaje na chwilę, bierze głęboki oddech, reflektuje, że to pewnie efekt niesmacznej wczorajszej kolacji.
Grzech nr 3
Chciał zostać pisarzem i swoimi dziełami zmieniać świat, ale nie wyszło. Udało mu się jednak kupić używanego Nissana i stać się posiadaczem najbardziej dosadnego humoru w Ciechanowie. Gdy o nim myślę, tworzy pierwszą część książki o rubasznej i cholerycznej dżdżownicy Andżelice. Książka powstaje w bólach i bez przekonania, ale już za rok Grzech nr 3 stanie się najbardziej poczytnym pisarzem dziecięcej literatury w całej Polsce.

Zbliżą się stacja docelowa. Wysiadam....

Chyba trochę lepiej czuję się w swojej skórze.


piątek, 19 września 2014

Wojenko, wojenko, cóżeś ty za pani? Albo tekst zupełnie niepatriotyczny.

K

Chciałam napisać, że zapewne byłabym pierwszym cywilem, który spierdzieli z tego kraju, gdyby wybuchła wojna polsko-ruska pod flagą niebiesko-żółtą. Dociera do mnie coraz więcej informacji z tak zwanych nieoficjalnych źródeł, że coś się dzieje. Że trwa jakaś mobilizacja polskich zawodowych wojskowych a wieści, które docierają do reszty Europy z Ukrainy, są mocno okrojone i że tam przy granicy dzieje się bardzo dużo i bardzo źle. I jeszcze jakiś Rusek powiedział, że Polska będzie zmieciona z powierzchni ziemi czy coś w podobie. Nosz ku*wa, a ja siedzę po godzinach, szykując dzienniki lekcyjne i robiąc przydziały godzin dydaktycznych moim nauczycielom. A mogłabym w tym czasie pić wódkę w hotelu i spoglądać na przystojnych Skandynawów, mając w dupie szkołę i pracę w ogóle, skoro wisi nad nami widmo śpiewania "hej chłopcy, bagnet na broń"..... Nie, nie jestem "patryjotom" w wymiarze martyrologa, który pobiegnie na barykady i będzie pierś wystawiał na świszczące kule. Dlatego, że Polska, jak każdy inny kraj, składa się z 80% idiotów, do których sama strzelałabym jak do kaczek, gdyby to było prawnie dozwolone i gdybym nie była pacyfistą. Dlatego też, że tego, co szanuję, czyli geograficzno-krajobrazowe uroki ziemi polskiej, nie ochroniłby żaden mój heroiczny czyn, gdyby już dziedzice Syberii wdepli z buciorami nad Wisłę, niekoniecznie z zamiarem zorganizowana grill party nad wodą. Dlatego też, że to, co mnie w coraz mniejszy sposób spaja z Polską, czyli polska kultura, jawi mi się jako karykaturalny twór udziergany z zachodnich naleciałości, rodzimych kompleksów, tudzież twór powstający z desperackiej potrzeby twórcy zbicia mamony na czynsz i Volkswagena albo inszego Lexusa.. Wielcy naszej kultury sukcesywnie umierają, więksi od nich już dawno nie żyją a wokół panoszy się wirus grocholszczyzny. 
Literatura gównem stoi i nie obroni jej smrodu nawet Myśliwski. Z muzyką trochę lepiej, ale też na przykład taki Możdżer bardziej ceniony jest za granicą niż we własnym kraju. Sztuka zaś dawno udławiła się abstrakcyjnym stolcem i albo wydala z siebie "głębokie" i "trudne" w odbiorze bohomazy, albo epatuje fallusami na krzyżu i innymi feministycznymi zajadłościami niskich lotów. 
Tak, wiem, generalizuję w pesymistyczny sposób. A co..., kto mi zabroni.
Reasumując, jako obywatel świata, popadam w  zdradę stanu, i za Marią Peszek, przytaczam, choć ona to w innym kontekście wyśpiewała: "w owczym pędzie giną owce a ja schodzę na manowce". Amen.




niedziela, 7 września 2014

Granice

K


[podkład muzyczny do otwarcia w oddzielnym linku: music ]

szybkie spojrzenie w bok nie gwarantuje niczego. na pewno nie ostrzeżenia, że właśnie zbliża się kłopotliwa okoliczność skonfrontowania swoich największych lęków i nadziei z nieuchronną lustracją emocji, którą przyniosła bliskość tego, czego starała się uniknąć. wyrwana z bezpiecznej enklawy miejsc znajomych generujących poczucie pewności i komfort poruszania się i zbierania myśli na swoim terenie, wycięta z granic własnej pajęczyny zapewniającej względną stabilizację, poczuła się jak wklejona w obcy kolaż, poskładana z niespełnień groteskowa postać, zwizualizowana na wzór i podobieństwo kogoś, kim nie jest albo kim boi się być. odmierzanie kroków utkanych długością śmiałych obcasów rujnowało jej poczucie pewności, które, usilnie duszone idealnie wypucowanym kamieniem podłogi hotelowej, starało się obronić i w rezultacie smakowało klęskę. nerwowe próby dozowania przeżywanych emocji i umieszczania ich w osobnych szufladach umysłu wzmagały nerwowość spojrzeń i wyostrzały jej umiejętność absorbowania nadmiaru bodźców otaczającej ją zewnętrzności wszystkiego. jak bardzo chciała się skulić i przemienić w embrioidalne stworzenie, które w jednej chwili ewaporuje. jak bardzo chciała choć na chwilę zejść z ringu i zaniechać walki powrotów do zawodowego pionu z przemożną chęcią wypowiedzenia tego, co w niej tkwi. i jak bardzo tego, jednocześnie, nie chciała. 
wieziona w kierunku miejsc, które uznaje za jej i tego, co jej znane, zrozumiała z potrójnym posmakiem dziegciu, że są granice, których się nie przekracza.

sobota, 30 sierpnia 2014

The Rover

G

Australia. 10 lat po załamaniu się systemu.
Pustkowia. Brodaty, zaniedbany mężczyzna - Eric (świetny Guy Pearce) siedzi w zaparkowanym samochodzie. Na jego twarzy widać skupienie i coś, co można chyba nazwać desperacją. Mija czas.
Wychodzi z samochodu. Trafia do obskurnej knajpy.
W kolejnej scenie widzimy trzech opryszków uciekających pickupem z napadu. Jeden z mężczyzn żąda, żeby kierowca zawrócił po rannego brata - Reynoldsa. Dochodzi do kłótni.
Kolejna scena.
Eric pije drinka w knajpie, za oknem koziołkuje samochód z opryszkami. Mężczyźni zabierają samochód Erica.Ten ściga ich pickupem. W kolejnych scenach okazuje się, że zdesperowany mężczyzna może przestraszyć i zahipnotyzować nawet trzech gangsterów, którzy mają go na muszce.
Wędrowiec zamierza za wszelką cenę odzyskać swój samochód. Spotyka Reynoldsa i zmusza go do pomocy (jedyna dobra rola w karierze Roberta Pattisona).



Właśnie w taki sposób rozpoczyna się film "The Rover" reżysera, który wcześniej stworzył rewelacyjne "Animal Kingdom". Obraz automatycznie wzbudza skojarzenia z australijskim "Mad Maxem" i "Drogą" na podstawie książki  Cormaca McCarthy'ego. Inne i mniej bezpośrednie skojarzenia to postapokaliptyczna i (zasłużenie!)  obsypana deszczem nagród  książka "Gwiazdozbiór Psa" Petera Hellera.
Na szczęście z "Mad Maxem" film łączy jedynie miejsce akcji i postapokaliptyczny klimat, zamiast widowiskowych i brutalnych pojedynków w dziwacznych samochodach reżyser zadaje podobne pytania jak w "Drodze", czyli: na czym się można oprzeć w świecie, gdzie nie ma cywilizacji i moralności?

Odpowiedź nie będzie łatwa i przyjemna, podobnie jak i podróż głównego bohatera filmu. Eric podróżuje bowiem przez surowe, depresyjne australijskie pustkowia a cały film ma również taki surowy charakter. No i powolną akcję, co dla niektórych widzów może stanowić poważną wadę filmu. "The Rover" ma też minimalistyczną formę, posępna i niepokojąca muzyka pojawia się w filmie jedynie w kilku jego fragmentach a główny bohater filmu jest milczkiem i reżyser skąpi informacji na jego temat. Pewnie właśnie dlatego tak przejmująca jest scena przesłuchania Erica schwytanego przez żołnierzy, który tłumaczy im czemu świat skończył się już dawno temu. Chwytające za gardło są także inne etapy podróży Erica. Bo w posępnym surowym świecie bez cywilizacji liczy się każda namiastka normalności (scena w sklepie) a ludzie, który mogą spróbować być uczciwi albo sięgnąć po broń, najczęściej wybiorają to drugie rozwiązanie.


I jeszcze jedno. "The Rover" jest jednym z najlepszych filmów 2014 roku i...wciąż nie ma daty polskiej premiery kinowej.
Brawo Panowie Dystrybutorzy!

piątek, 29 sierpnia 2014

Gorzki smak cykorii


K

Uprzedzam lojalnie, że poniższy tekst jest z kategorii lajtowego pierdu pierdu o dupie Maryni. Bez uwzględniania dupy Maryni. Mianowicie:
Siedząc przy hotelowym barze obok chrapiącego na jawie i nieudolnie próbującego okiełznać nasze polskie piwo (ach, te procenty!) Brytyjczyka, doznałam nagle olśnienia.
Mianowicie, że muszę napisać o moich ostatnich doświadczeniach w noszeniu… szpilek (na nogach) oraz aparatu na górnej szczęce, prostującego zęby .
Powyższe doświadczenia mogłabym w sumie skwitować krótkim stwierdzeniem:  zwolnienie tempa.
W dwóch zasadniczych wymiarach. I jeśli coś dobrego doraźnie wynika z decyzji o noszeniu powyższych, to właśnie to, że musiałam zwolnić. Pęd chodzenia i pęd jedzenia. Niby nic, ale zanim przywdziałam ww. atrybuty, bardzo szybko chodziłam (i chodzę, wszak szpilek nie mam zamiaru nosić codziennie) i dość szybko pochłaniałam jedzenie (wbrew przepisom na temat zdrowego i sensownego sposobu odżywiania), ponieważ zawsze było coś ważniejszego od chodzenia i od jedzenia. Ponieważ najczęściej idę po to, aby gdzieś dotrzeć i jem po to, aby zaspokoić głód.  Nie idę / chodzę dla samego … ijścia (?) / chodzenia; nie jem dla samego rozkoszowania się smakiem. A nawet jeśli, to bardzo, baaardzooo rzadko.  
[Przerwa! Podjęłam rozmowę z Brytyjczykiem przy barze. Powiedział mi, że był w miejscowości „Czubaka”, w której jest muzeum kolei. Na widok mojego zdumienia otwarł swój notesik, w którym miał zanotowaną nazwę „Chabowka”. Zgooglowałam przy nim tę nazwę i wyszło, że jest to miejscowość Chabówka, na południu naszego kraju, w której rzeczywiście znajduje się skansen pełen starych lokomotyw. Niestety, jakem wielbicielka brytyjskiego akcentu, nie wykapowałam, co to ta „Czubaka”, poza skojarzeniem z „Gwiezdnymi wojnami” )
Wracając do szpilek itepe. Te, które kupiłam za zawrotną sumę, jak na buty sięgające poniżej kostki, wyglądają mniej więcej tak:


To znaczy, obcas i koturn jest ten sam, zaś kokarda mniej ekspansywna. Gdy je zakładam, jestem wyższa o ok. 10 cm.  Jak na kogoś, kto NIGDY nie poruszał się  w takich butach, chodzę w nich całkiem sprawnie. Aczkolwiek WOLNIEJ. I o to właśnie chodzi. Stąpając wolniej, mam czas na to, aby umieścić nieco gracji w moich ruchach. To jest naturalny skutek. Dzieje się na zasadzie sytuacji bez wyjścia. Przypominam sobie o tym, że unisex odzienia wierzchniego niekoniecznie zawsze popłaca. Trzeba było tych szpilek, po trzydziestu paru latach mojego życia, żebym się o tym przekonała.
Podobnie w przypadku aparatu na zębach.. Nagle przy spożywaniu każdego bez wyjątku posiłku muszę wszystko żuć wolniej, ostrożniej ponieważ pierścienie na zębach haczą i ma się również wrażenie, że szybkie przeżuwanie mogłoby aparat uszkodzić.  I w ten oto sposób zaczęłam przeznaczać na posiłki więcej czasu.

Co ma do powyższych tytułowa cykoria? A to, że spędzając czas w hotelowej enklawie, zamówiłam sobie sałatkę, w której skład wchodziła cykoria. Nigdy wcześniej, tj. zanim na moich zębach znalazł się aparat, nie odczułam skali i kwintesencji gorzkości cykorii w takim stopniu, jak właśnie teraz. 
I może będzie to banalna puenta, najpewniej zupełnie tak, ale ... ile nam umyka istotnych drobiazgów konsekwentnie budujących naszą codzienność, tylko dlatego, że jesteśmy przekonani, że szkoda na nie czasu albo że się na nie czasu nie ma? Czy trzeba zachorować na nowotwór z terminalną opcją, aby doceniać "pierdoły"? W sumie to nie. Wystarczy aparat na zębach i szpilki na nogach. Ja już to wiem.

 :-)



niedziela, 10 sierpnia 2014

Spring screwers with guns

K

Spring breakers to film uszyty z plastikowo-popowych klisz, którymi od lat dziewięćdziesiątych karmi sie młodzież. I to jest pierwszy powód, dla którego warto go obejrzeć. Drugim powodem jest rewelacyjny James Franco, któremu udało się wykreować bohatera rodem z komiksu. 
Konwencja filmu ewidentnie nawiązuje do popkulturowej spuścizny złożonej z lukrowanych piosenek Britney Spears, różowo-infantylnych magazynów dla nastolatek, gier komputerowych przesyconych strzelaninami, masowych imprez, w których udział polega na wyluzowaniu się, a poczucie wolności równoznaczne jest ze zdarciem z siebie ubrania i sztachnięciem się jointem, wreszcie - z filmów o gangsta świecie, w którym prym wiodą: przemoc, władza, pieniądz i luksus, broń i gadżeciarski styl życia. Wszystko to konsekwentnie zostało wplecione w fabułę "Spring breakers". 
Harmony Korine, reżyser i scenarzysta filmu, przedstawił historię czterech młodocianych przyjaciółek, które urywają się ze swoich rodzinnych domów, aby poszaleć w czasie wielkanocnej przerwy wakacyjnej. 
Podróż, w jaką się wybierają, odbywa się zgodnie z założeniem NO RULES. Żadnych zasad moralnych i obyczajowych - hasło, które w ich przypadku zakłada napady i kradzieże, zbliżenia fizyczne w trójkącie i homopocałunki, perwersyjne igranie z załadowaną bronią w ręku (świetna scena z udziałem dziewczyn i Aliena granego przez Franco!) i wreszcie - morderstwa.
Żadna z tych scen jednakże nie jest realistyczna, każda została wzięta w cudzysłów. Każda jest odzwierciedleniem klisz, o których pisałam wyżej. Jedyne, co pozostaje prawdziwe, to rana postrzałowa, jaką obrywa jedna z dziewczyn i śmierć zadawana gangsterom. Poza tym prawdopodobieństwo psychologiczne i przyczynowo-skutkowe nie istnieje. Bohaterki są równie sztuczne i wykreowane co kultura, której stanowią kwintesencję. 
Są wprawdzie dwa momenty, w których zarówno widzom jak i dwóm bohaterkom dane jest do świadomości, że to, co się dzieje, jednak dzieje się naprawdę i nie jest to fun. I te dwie bohaterki, po przerobionych chwilach refleksji oraz opamiętania, postanawiają się wycofać z tej specyficznej zabawy. Uważam, że wątki te są zbędne i nie bardzo wiem, czemu miały służyć, skoro zaraz po nich film wraca na komiksowe tory i do narracyjnego dynamizmu, który jest niewątpliwym plusem obrazu Korine'a.

Po obejrzeniu "Spring breakers" - niespodziewanie dla mnie - przypomniałam sobie historię chłopców z ekranizacji powieści Goldinga  "Władca much", w której poruszona jest problematyka m.in. ludzkiej natury, stymulowanej wpływem czynników zewnętrznych takich jak środowisko, kultura, otoczenie, warunki życia.  
Historie takie jak ta przedstawiona w "Spring breakers" stanowią, podobnie jak "Władca much", rodzaj antyutopii, niezależnie od tego, w jakiej konwencji zostały przedstawione. Pokazują zmienność ludzkiej natury, w której, w wyniku ww. stymulacji, ścierają sie wartości cywilizacyjne z prymitywnymi odruchami. Więc w rzeczy samej, "Spring breakers" ma dno, po dotarciu do którego widz może sobie uświadomić, że ogląda dramat. Z filmu wyłania się bowiem przerażająca puenta: wystarczy dać nastolatce (tej samej, która przed chwilą czule rozmawiała z mamą przez telefon) do ręki broń w okolicznościach sprzyjających czynom spoza prawa, a owa nastolatka nie zawaha się zabić człowieka.
W ramach podsumowania mojego wpisu wrzucam piosenkę, która przypomniała mi się po obejrzeniu tego filmu:



G

Spring Breakers obejrzałem chyba rok temu w gdyńskim kinie. I chociaż zazwyczaj chodzę na konkretny film, to tym razem musiałem wybrać jeden z kilku. Zaryzykowałem, a pomysł okazał się wyjątkowo dobry i przez kolejne dwie godziny byłem mocno zachwycony hipnotyczno-siermiężno-genialnym nastrojem Spring Breakers.
I chociaż podzielam większość interpretacji i zachwytów Karmel nad tym obrazem to dla mnie ogromną zaletą filmu jest jego...dwuwarstwowość. To dziwaczne określenie ma pokazać, że film może być interpretowany na dwa różne sposoby przez dwie różne grupy widzów. 
Kinomaniacy, którzy szukają rozrywki, krwi, agresji, akcji i gołych cycków mogą przecież potraktować Spring Breakers jako częściowe spełnienie ich oczekiwań. W takim ujęciu będzie to obraz gloryfikujący wiosenną przerwę w amerykańskich uczelniach i pokazujący uroki i (niewielkie) wady życia gangstera. Dla takich widzów wadą może być natomiast oniryczny nastrój i sceny tak kiczowate, że wywołujące pusty śmiech.
Widz, który chciałby poszukać i znaleźć w tym filmie coś więcej dostanie natomiast błyskotliwy obraz codzienności amerykańskich dzieciaków, którzy nie mają już własnych autorskich marzeń, tylko takie opanowane przez potwora zwanego Popkulturą. Te marzenia złożone z mocno wyeksploatowanych w połączeniu z całkowitym brakiem granic mogą natomiast prowadzić do......
No właśnie. Obejrzyjcie i sprawdźcie, czy jakieś słowo można wstawić po moim wielokropku



piątek, 8 sierpnia 2014

Ida, czyli filmowa opowieść o tym, że dobrze się bzyknąć przed złożeniem ślubów zakonnych

K

To nie będzie recenzja złożona z wielu słów. Po części powstała już w dwóch smsach do Grzecha i w sumie wiele więcej do dodania nie mam.
"Ida" Pawła Pawlikowskiego jest odgrzewanym kotletem, którego zjeść się nie da bez niechęci i znużenia.
Przede wszystkim już chyba powinniśmy jako Polacy odpuścić sobie tematykę odkrywania żydowskiej tożsamości z wątkami wojennymi majaczącymi w tle. Ten temat był tyle razy przerabiany, roztrząsany i mielony w twórczości artystycznej, szczególnie filmowej, że (chyba) raczej się nie da odbiorcę czymś zaskoczyć i dać do myślenia.
Mocną stroną "Idy", jeśli o takowej w ogóle można napisać, jest kilka kadrów, które zahaczają o metafory i aluzje i jakieś szczątki nastrojowości.  Ale nic poza tym. Aktorstwo słabe, że płakać się chce, bohaterowie płascy i papierowi. Nawet Kulesza, którą jako aktorkę da się cenić, nie obroniła swojej postaci. Jej bohaterka wypada karykaturalnie jako roznikotyzowany stalinowski sędzia, który musi, bo przecież był komunistą, wieść rozwiązłe życie zakończone samobójstwem.  Zaś o tytułowej Idzie, którą grać usiłowała Agata Trzebuchowska (zdaje się, że to jej debiut), mogę napisać tyle, że sobie była i kręciła się przed kamerą i coś tam robiła.
Film jest psychologicznie płytki (m.in. przez nędzę aktorską), fabularnie banalny (katolicka zakonnica odkrywa, że z pochodzenia jest Żydówką - no co wy, nie wierzę, naprawdę?!?!). I w zasadzie, można tę historię sprowadzić do takiej mniej więcej puenty: młode dziewczę, poprzez odkrycie swojej prawdziwej  tożsamości i przeszłości swojej rodziny, dochodzi do mądrego wniosku, aby pochodzić w szpilkach ciotki i bzyknąć się z przystojnym muzykiem, zanim na zawsze powierzy swoje życie Jezusowi.



środa, 6 sierpnia 2014

Prawie perwersyjny Baczyński

K


Podczas gdy ja zastanawiałam się, o którym - ostatnio obejrzanym - filmie napisać w pierwszej kolejności na blogu (czy o w miarę dobrym "Spring breakers" czy o koszmarnej tandecie "Idzie"), mój dobry znajomy napisał ten tekst  i nim, niechcący, pomieszał mi szyki. 
Tomaszu, odpowiadam Ci tekstem na tekst. Tytuł niniejszego wpisu jest oczywiście celowy, ale mam nadzieję, że nie odbierzesz go jako prowokacji sięgającej niżej pasa. Rzecz postaram się uzasadnić.
Pójdę nieco szerzej, wspominając najpierw o rocznicach Powstania Warszawskiego.
Nie celebruję ich w żaden zewnętrzny sposób. Nie wywieszam flagi, nie udostępniam stosownych biało-czerwonych postów na fejsie, nie ślęczę przed tv, przełączając kanały z jednego obchodu na drugi, nie piszę "44 - pamiętamy"; hasło - nota bene -  zarezerwowane jest  dla agresywnych narodowców i w sieci powstał nawet stosowny mem, na którego treść składa się również weteran na wózku inwalidzkim, odpowiadający: "ch*ja pamiętacie".
Im jestem starsza, tym więcej we mnie przekory i buntu w kontekście sztafażowych ozdobników i wzruszeń na pokaz z ww. powodu.
Kilka lat temu byłam w Warszawie 01.08 i o godz. 17.00, stojąc na ulicy Stawki 4/6, przeżyłam coś, czego opisywać nie chcę, ponieważ jest to przeżycie zbyt osobiste i zbyt przejmujące. Kilkakrotne, od momentu otwarcia, wizyty w Muzeum Powstania Warszawskiego za każdym razem powodowały we mnie niesamowitą lawinę przemyśleń ale i też niesamowitego wyciszenia, zluzowania całego mojego jestestwa. Jest to miejsce, do którego chcę i będę wracać. 
I jednocześnie konsekwentnie nie oglądać telewizji w pierwszym tygodniu sierpnia.

Baczyński - Tomaszu, wiem, że wiesz -  towarzyszy mi od długich lat i właściwie zmienia się tylko stopień nasilenia owego towarzyszenia. Słów Jego wierszy nigdy nie uczyłam się na pamięć, ale, poprzez częstotliwość obcowania z nimi, zapisały się w mojej pamięci i chyba tylko Alzheimer zdołałby je stamtąd usunąć. Jednakże, z biegiem lat, po lekturze licznych opracowań na temat życia i twórczości Krzysztofa,
autorstwa m.in. Budzyńskiego i Wyki, po artykułach "z historycznym rysem", w których autorzy, w zależności od swoich poglądów politycznych, chcieli widzieć w Nim na przykład antyklerykała lub też odwrotnie, pogrążonego w hasłach Bóg, Honor, Ojczyzna, młodzieńca; po tym wszystkim mam dziś wątpliwości. Jaka jest prawda na temat Baczyńskiego? Jaka jest prawda na temat dwudziestokilkuletniego geniusza, który przez kilka lat zdołał wywrócić do góry nogami polską poezję, pozostawiając po sobie przekonanie, że nie było i najpewniej już nie będzie poety, który osiągnąłby taką umiejętność semantycznego igrania ze słowem i budowania metaforyki przewyższającej umiejętności wszystkich poetów polskich (i śmiem twierdzić: europejskich) razem wziętych?
Nie powtórzę po Tobie, Tomaszu, gombrowiczowego porzekadła, ale w kontekście bytności Baczyńskiego na lekcjach w szkołach, napiszę, że skala, w jakiej zaszufladkowano Krzysztofa jako poetę powstańczego, który pisał o chłopcu polskim i o głowie na karabinie, jest dla mnie przerażająca. I nie spodziewam się, że dla współczesnego nastolatka do przyjęcia, zrozumienia i przeżywania. 
Oczywiście, nie ulega wątpliwości, że Powstanie Warszawskie jest wielkim znakiem w twórczości Baczyńskiego, stygmatyzującym Jego życie i twórczość. Ale ja dziś się bronię przed taką jednokierunkowością. To, że przyszło Mu żyć i tworzyć w tym czasie jest dla mnie historiozoficzną tragedią i ironią.
Dzisiaj sporo jego utworów można rozważać w kontekście metafizycznym (pozwala na to na przykład ten wiersz) czy też w kontekście freudowskiej psychoanalizy, którą Krzysztof praktykował. 
Pozostaje jeszcze jedna kwestia, która budzi moją wątpliwość. Z jaką świadomością ci młodzi, kilkunasto-, kilkudziestoletni ludzie decydowali się na udział w powstaniu? Co ich motywowało? Dlaczego Baczyński napisał:  "umrzeć przyjdzie, gdy się kochało wielkie sprawy głupią miłością"? (to jest pytanie retoryczne, Tomaszu).

Wracam do tytułu mojego wpisu. Baczyński zbudował bogatą, metaforyczną machinę, która napędza w jego utworach dwa bieguny: wojnę i kobietę. Te dwa desygnaty wyznaczają granice jego poezji, w której poeta ustanowił wobec obydwóch równorzędne miejsca. To spójna i konsekwentna wizja wyłaniająca się z wszystkich najważniejszych utworów.
Nie mogę nie wspomnieć również o Jego erotykach, w których osiągnął mistrzowską wirtuozerię, konsekwetnie kontynuując metaforykę obrazującą kobietę w wierszach "wojennych". Powtórzę się, ale nie było, nie ma i najpewniej nie będzie poety, który w ciele kobiety dostrzega stwarzający się świat na wzór boskiego tworzenia fauny i flory (odsyłam do tego utworu).
Ja jednak dzisiaj mam w pamięci jedno zdanie, śmiałe i obrazobórcze, ocierające sie niemal o perwersję, które rozpoczyna wiersz "Noc" napisany w marcu 1942 roku i dedykowany narzeczonej (pobrali się w czerwcu '42):

"Madonno moja, grzechu pełna..."

Wiersz, w który wplótł elementy litanii kierowanej do Barbary niczym do Matki Boskiej ("Madonno, czym mnie wybawisz od nocy?..."), adresując go do niepoślubionej kobiety, zestawiając wszystko z poetyką nocy i prośbą o ocalenie ("Snom kolistym, kwiatom, wodospadom // dasz się przeze mnie toczyć?..."). Taki sposób rozumienia i poetyckiego obrazowania kobiety pozwala choć na chwilę oderwać Krzysztofa od jednokierunkowego postrzegania Go jako poetę - żołnierza i martyrologa.  Jestem Baczyńskiemu niesamowicie wdzięczna za to śmiałe i oksymoroniczne zdanie. Po prostu je uwielbiam.