czwartek, 30 lipca 2015

praskie wariacje na tysiąc sex-shopów i jednego ateistę

K

WSTĘP


Praga od dawna majaczyła na mapie wybranych miejsc, które prędzej czy później odwiedzę. tak się złożyło, że odwiedziłam ją kilka dni temu. na wstępie muszę podkreślić to, że nie znoszę dużych miast i źle się w nich czuję. nawet w centrach, które najczęściej dają się lubić, ponieważ stanowią serce każdej aglomeracji, obwarowane historią, zadbane, tętniące życiem w dzień i w nocy. jednakże wielkomiejskość, big city life, nasycona bufonadą i snobizmem tubylców zawsze powodowała we mnie wzrost ironicznego rozdrażnienia i litości. jakiś czas temu uczciwie względem siebie zastanawiałam się, czy przyczyną takich reakcji nie jest jakieś podświadome poczucie niższości z powodu mojej prowincjonalnej proweniencji. doszłam do wniosku, że jednak nie. że życie na prowincji nauczyło mnie dystansu, pozwoliło wypracować poczucie ironii i autoironii. na tej prowincji, na której coroczny festyn z drącymi japy popowymi śpiewakami w parku, przyciągający rzesze lokalnej gawiedzi, jest wielkim wydarzeniem niepotrzebnie reklamowanym dodatkowo przez włodarzy miasta na każdym słupie ogłoszeniowym, ponieważ wszyscy znają cykliczność tejże imprezy... ta prowincja nauczyła mnie tego, aby śmiać się z siebie, z miejsca, w którym się mieszka, a przez te zabiegi lubić i siebie i owo miejsce. nie należę do globtroterów, nie zwiedziłam połowy świata i najpewniej nigdy nie zwiedzę, ponieważ moja ciekawość związana z innymi krajami i kulturami obwarowana jest przezornością. przed laty bardzo chciałam odwiedzić Indie. dziś cieszę się, że tego nie zrobiłam i nie zrobię. ale to osobny temat. wracając do metropolii, gdziekolwiek się nie znalazłam, starałam się docenić owe miejsca, niestety przeważnie mi się to nie udawało. Londynu szczerze nie cierpię, uważam to miasto za zbrodnię z kamienia i po raz kolejny tam nie zawitam. będąc w Oslo chciałam jak najszybciej się stamtąd ewakuować, przygnębiona wszędobylstwem wyznawców islamu. w Sztokholmie doceniłam.... parkingi rowerowe i zdrowe podejście Szwedów do (nie) korzystania z samochodów, resztę zawartości miejskiej przestrzeni zbyłam znużonym okiem. Monachium przerażało mnie swoimi nowoczesnymi budynkami i lotniskiem, na którym najpewniej zgubiłabym się, gdybym była tam sama. w Warszawie lubię kilka miejsc, wyłącznie z powodów historycznych. etc. etc... reasumując, nie jestem typem mieszczucha. po wjeździe do Czech miałam mieszane uczucia. będę zawiedziona czy nie? przed podróżą wyposażyłam się w odpowiednią dawkę wiedzy na temat Pragi i miejsc, które są warte zobaczenia. po odsianiu zbędnych informacji przyswoiłam te, które wydawały mi się najistotniejsze. po wyjściu z metra i skierowaniu się w stronę centrum jeszcze zachowywałam dystans, ale im bardziej wgłębiałam się w praskie ulice, tym szybciej topniała we mnie rezerwa. w końcu pękłam. w Pradze można się zakochać. ale po kolei.

W DRODZE NA STARE MIASTO

tyły Placu Wacława - poznasz Polaka po tym, że przystaje i się śmieje. tymczasem, skrót CIPA w tym przypadku jest skrótem nazwy włoskiej firmy, która weszła na czeski rynek z ichnim jedzeniem. a odnośnie nazwy uliczki - naprawdę krótkiej - być może chodzi właśnie o jej rozmiar, gdyż słowo "cip" oznacza "rożek / koniuszek" 


urokliwa, zadbana synagoga mijana po drodze przypomniała mi o tym, że ponad 60% Czechów jest ateistami. traktowanie budynków sakralnych jako zabytki godne pielęgnowania jak najbardziej mieści się w szeroko pojętym humanizmie. zwłaszcza w wymiarze poznawania innych kultur. również kulinarnych.

gwarność mijanych ulic nie jest niczym zaskakującym w przypadku dużych miast w sezonie urlopowym. nie ukrywam jednak, że wszędobylska kakofonia dźwięków generowanych przez ulicznych grajków (jazz, pop, folk) wprawiła mnie w dobry humor. jak również zagadkowi dla mnie do dzisiaj Japończycy robiący zdjęcia śmietników, galerii handlowych i przystanków autobusowych.
co zdecydowanie uderzające w Pradze, to ilość sex-shopów harmonijnie wpasowanych w architekturę ulic i uliczek. widocznie ten interes kwitnie nie tylko w turystycznym sezonie. zdjęć nie robiłam, co raczej powinno być zrozumiałe. myślałam wyłącznie o tym, jak bardzo bogate musi być życie seksualne prażan. 

STARE MIASTO

urzeka bocznymi uliczkami, w których znajduje się mnóstwo knajp a przy nich gustownych stolików i krzeseł, gdzie pachnie kawą. rynek nie wyróżnia się niczym szczególnym w porównaniu z innymi europejskimi stolicami, jednakże zachwyca jakąś taką harmonią. 

pomnik reformatora Jana Husa - w tym miejscu w 1415 r. został żywcem spalony, uznany za groźnego heretyka. jego śmierć pośrednio przyczyniła się do wybuchu wojen husyckich.

południowa ściana ratusza - astronomiczny zegar Orloj z 1410 r.
generalnie w Pradze czuć czas. tkwiący w murach wypieszczonych kamienic i innych budynków.
sam zegar... no cóż, specjalnego wrażenia na mnie nie zrobił. natomiast myśl, że od kilkuset lat o pełnej godzinie śmierć dzwoni dzwoneczkiem memento mori - już tak.
 część astronomiczna pokazująca położenie ciał niebieskich:
 część kalendarzowa - medaliony symbolizują miesiące:
ulica Kafki - w tym budynku urodził się pisarz.


JOSEFOV

żydowska dzielnica. zirytowały mnie ceny wstępu do synagogi i na mały, stary żydowski cmentarz. jakoś widziałam inne miejsce na wydanie 60 zł, niż to właśnie. zwłaszcza gdy, na drugi dzień doświadczone, zwiedzenie przepięknego, też starego, cmentarza protestanckiego nie kosztuje nic. w tej dzielnicy powiało chłodem. wszędzie opłaty za każdy wstęp do każdej świątyni. moja ateistyczna pragmatyczność podpowiedziała mi, żeby zrezygnować. ta dzielnica, poza pozostałościami z przeszłości w postaci synagog oraz restauracji koszernych, nie różni się niczym szczególnym od pozostałych praskich dzielnic. mały zawód...
 zdjęcie zrobione ukradkiem - stary żydowski cmentarz, naprawdę mały, tablica "trze" o tablicę, postanowiłam nie wydawać pieniędzy:
 kolejna synagoga - wstęp oczywiście płatny
 jedna z koszernych restauracji - szyld całkiem fajny

MOST KAROLA

budowany na początku XIV wieku. do XVIII był jedynym mostem na Wełtawie. obecnie najstarszy zachowany tej wielkości most kamienny na świecie. na całe szczęście dostępny wyłącznie dla pieszych. łączy Stare Miasto z dzielnicą o nazwie Mala Strana. widoki na Wełtawę i majaczące w oddali budynki są niesłychanie liryczne. 
w trakcie spacerowania po moście, nie sposób nie zauważyć ludzi, głównie mężczyzn, żebrzących w pokornej pozie na czworakach. w czasie drugiego spaceru byłam świadkiem zabawnej sytuacji - jeden z żebrzących najwyraźniej miał przerwę w "pracy", ponieważ wstał, zapalił papierosa i wyciągnął komórkę. gdy skończył palić, wrócił do zawodowej pozy, uprzednio wyciągając z kubka i chowając do kieszeni swój dotychczasowy "utarg". 
druga, dość irytująca rzecz nie do przeoczenia na moście, to, jak to określił Szekspir, mój towarzysz podróży, "selfie z kija", czyli liczni obcokrajowcy, głównie Japończycy, fotografujący swoje twarze smartfonem na wysięgniku... kusiło mnie, aby uwiecznić ich na zdjęciu, ale jakoś nie miałam odwagi.
multigrajek skupiający uwagę rzeszy turystów. nie jestem pewna, ale chyba uskuteczniał swoim multisprzętem zakazane piosenki.
 zbliżenie Hradczan z mostu:

KAMPA

Kampa, szumnie zwana wyspą, to rodzaj półwyspu, na który prowadzi droga z mostu Karola w lewo. pierwsze wzmianki o tym miejscu pochodzą z XII wieku. tworzy ją  m.in. urokliwy park. więcej informacji na jej temat: Kampa. po tej stronie Pragi, tuż nad samą Wełtawą znajduje się knajpa z ogródkiem, na którym uraczyłam się schłodzonym piwem o wdzięcznej nazwie Velkopopovický Kozel černý, serwowanym w przyjemnym, pękatym kuflu. piwo przepyszne, delikatne, wypiłam litr (!). mimo że nie jestem fanką tego trunku. siedziałam, uprzednio pozbawiając stopy obuwia, nad Wełtawą, ćmiłam fajkę, piłam piwo i wyciągałam szyję w stronę wiatru, mając wszystko i wszystkich w głębokiej obojętności. czysty hedonizm.
 to słowo po czesku znaczy "miłość" a napis ów można znaleźć na ścianie Johna Lennona. napisy pojawiały się w latach osiemdziesiątych jako bunt przeciw komunizmowi - przeczytajcie tutaj więcej - warto: bunt studentów
 nieopodal ściany oraz koła młyńskiego znajdują się... kłódki miłości. zostawiane przez pary z całego świata. irytujący zwyczaj, jeśli wiecie, co mam na myśli, a jeśli nie to zajrzyjcie tutaj: kłódki zakochanych, Paryż
 widok z knajpy, w której piłam Kozela
 nie wiem, kto jest autorem pingwinów na Wełtawie, ale ich groteskowość przypadła mi do gustu:
 makabryczne bobasy Davida Černego 
 zupełnie nie jestem dobra w interpretacji sztuki współczesnej, ale myślę, że Freud miałby uciechę, stawiając diagnozę
 hinduski chill out. kto by pomyślał


PETRINSKIE SADY

miejsce, które rzuca wyzwanie. tuż po opuszczeniu Kampy udałam się w ich stronę. pojemność płuc u palacza ma ograniczoną wydolność, o czym dobitnie przekonałam się właśnie tam. droga: gór-dół-góra-dół... musiałam sapać jak wymęczone pociągowe zwierzę, ale było warto. będąc nadal w centrum Pragi, znalazłam się w wyoutowanym miejscu. 
owe sady to rodzaj krętego, wielkiego wzgórza, na wierzchołku którego znajduje się wieża widokowa. po drodze zauważyłam, że można skorzystać z wyciągu, aby dostać się na szczyt. jak dla mnie rzecz nie do akceptacji. niech pot spływa po dupie a oczy sycą się widokami.
Petrinskie Sady - krótkie ujęcie. Nikon to wciąż nie kamera, ale mi wystarczy...

HRADCZANY

dziś ponoć dzielnica bogaczy. powstała w XIV wieku, niejaka "królewska", w której skład wchodzi zamek, bazylika i inne budynki. to, co dla mnie uderzające, to ukształtowanie geograficzne. wciąż pod górę, nieustannie w górę, jakby tej wspinaczki nie było końca. panoramiczne widoki, podobnie jak w sadach. zmęczenie razy tysiąc. ale punkt docelowy wart wysiłku...

WYSZEHRAD

po polsku Wysoki Gród. nie ma w tym żadnej przesady. mur okalający ten teren sięga 20 metrów albo i lepiej. kolejne miejsce, w którym można przetestować swoją kondycję. 
legendarnie rzecz ujmując - ponoć była to siedziba czeskiego władcy Kroka. miejsce, które robi wrażenie. wraz z bazyliką św. Piotra i Pawła oraz pobliskim cmentarzem. 


 małość Szekspira względem sklepienia bramy:

SZCZEGÓŁY, KTÓRE LUBIĘ

czyli fragmenty kamienic, wąskie uliczki, auta na ulicy, witryny sklepowe, wejścia do teatru, muzeów itp. generalnie - uchwycone moim okiem:
 darek = podarunek, prezent
 dużo w Pradze Wietnamczyków. w jednym z ich sklepów natrafiłam na witrynę, którą musiałam uwiecznić na zdjęciu. erupcja kiczu w postaci plastikowego kota machającego łapką, drewnianych fallusów m.in. w roli otwieraczy butelek, talerze cukrowo upstrzone napisami "Praha" i multum innych drobnych gadżetów. tutaj sklep na Hradczanach:
 nie wiem, co autor miał na myśli, ale taka oto instalacja na Wełtawie też jest:

Muzeum Erotyzmu - ciekawe urządzenie - kołowrotek zbudowany ze sztucznych języków przeznaczonych do podrażniania waginy. niechcący odbijam się w lustrze
a tym kobiety w XIX wieku broniły się przed brutalnymi gwałtami



GDZIE JEŚĆ, CO PIĆ?

o noclegach się nie wypowiem, ponieważ mieliśmy metę u mojego bratanka, który od kilku miesięcy mieszka w Pradze.
trudno również, abym była dobrym przewodnikiem po praskich restauracjach, z uwagi na to, że jestem weganką. muszę jednak napisać o kilku drobiazgach dla mnie istotnych. robiąc zakupy w Billi (odpowiednik naszej Biedronki), doznałam niemal wstrząsu na widok wyboru wegańskich produktów! wiedziałam, że Czechy generalnie produkują sporo wegańskiej strawy, ale co innego ujrzeć własnymi oczami. pasztety, pasty, wędliny w plasterkach, różne rodzaje tofu (w tym pyszne marynowane i aromatyczne, jakiego w Polsce nie jadłam), serki topione, kotlety, falafele i inne... średnia cena produktu około 40 koron (ok. 6 zł). przed powrotem do Polski poczyniłam zapasy jak na wojnę.
nie jestem jednak "czystej krwi" weganką, ponieważ nie wyrzekłam się i nie wyrzeknę krewetek. nie czuję specjalnie wyrzutów sumienia, ponieważ te stworzenia mają prymitywny układ nerwowy, do tej pory nie ma jednoznacznych wyników badań zoologów potwierdzających, że uśmiercane w ogóle czują ból. oto kolejna twarz mojego bezlitosnego, krwawego hedonizmu. jem krewetki. a zmierzam do tego, że w centrum Pragi znajdują się przynajmniej dwie restauracje azjatyckiej sieci Zebra. wolę wybierać jedzenie w sieciówce, która ma niezły przemiał gości dziennie ponieważ to gwarantuje świeże produkty. nie zawiodłam się i tym razem. stołowaliśmy się z Szekspirem w Zebrze oraz jednorazowo w innej azjatyckiej knajpce, której nazwy niestety nie spamiętałam, bo była to krótka przerwa na mały lunch w postaci wege spring rollsów i zupy miso. do Zebry zaś zajrzeliśmy dwukrotnie. na te same, niebiańskie dania:

makaron ryżowy z warzywami, krewetkami i kiełkami rzepy: (opcja dla mnie: BEZ JAJKA)
 makaron ryżowy z krewetkami, jajkiem i sałatą pak choi dla Szekspira:
w kilku miejscach w centrum Pragi można natrafić na stoiska sprzedające - zdawałoby się czeskie - specjały o nazwie trdelniki. są to duże, słodkie rurki pieczone na grillu (jak na zdjęciu), obsypane cukrem, cynamonem. jednakże słodycz ta wywodzi się ze Słowacji, z miasta Skalica. jako że nie lubię słodkich dań, poprzestałam jedynie na uwiecznieniu trdelnika na kołkach:
 wracając do knajpy na Kampie, gdzie piłam Kozela - nazywa się ona Sovovy Mlyny i oczywiście, prócz piwa oraz innych trunków, serwuje dania. jednakże nic dla mnie z uwagi na moją dietową orientację. grube, tłuste burgery i kiełbasy z grilla, ryby, steki etc.
 w ofercie mają również regionalne specjały serwowane uroczo w słoikach:
 Szekspir zdecydował się zamówić sobie ser marynowany w piwie z anchois i cebulą - sądząc po Jego odgłosach w trakcie spożywania, specjał musiał mu smakować.
jeśli chodzi o napoje wysokoprocentowe, to muszę z przykrością przyznać, że czeska wódka jest ohydna. nie da się jej pić czystej a i rozcieńczona colą czy sokiem również niespecjalnie smakuje.  zaś ceny wódek np. Finlandii są dwukrotnie wyższe od polskich. amatorom wysokich procentów pozostaje zatem: albo stępić swój smak i pić co Czechy oferują, albo przywieść wódkę z Polski, albo płacić 60 zł za 0,5 l Finlandii na miejscu. 
za to można bezgrzesznie raczyć się piwem - butelka pysznego Kozla w Billi kosztuje około 2 zł (!), w knajpach ceny zbliżone do polskich, więc tragedii również nie ma.

poza tym ceny pozostałych produktów spożywczych jak i dań serwowanych w restauracjach nie odbiegają od cen polskich.

CZYM PODRÓŻOWAĆ DO PRAGI

odradzam wszelkie pociągi, w szczególności Intercity - cena z Katowic do Pragi w jedną stronę 230 zł.... nie sprawdzałam samolotów, więc się nie wypowiem.
podróżowałam autokarem (firma Simple Express) z Wrocławia. cena biletu do Pragi 69 zł. 4,5 godziny w drodze.
Autokar klimatyzowany, z wc, dostępem do internetu, regulowane siedzenia, tablet przy każdym siedzeniu z dostępem do bazy bezpłatnych filmów (obejrzałam "Wilka z Wall Street") - jedyny minus dla nieuków - filmy w języku angielskim, muzyki oraz internetu.
wsiadasz, wyluzowujesz się, oglądasz, słuchasz lub śpisz po czym wysiadasz.
czy muszę pisać więcej?

ps. FILM "PRAGA" PO POWROCIE DO POLSKI

jako rasowy filmomaniak czas urlopowy w domu wykorzystuję na nadrabianie filmowych zaległości. lista filmów z Madsem Mikkelsenem, którego uwielbiam, ciągnie się od prawie roku, więc postanowiłam ją teraz nadrobić. a że po powrocie z Pragi byłam cały czas w jej klimacie - wczoraj w nocy obejrzałam dramat "Praga", odświeżając sobie w pamięci miejsca sfilmowane, m.in. strome schody na Hradczanach. Film wart uwagi, jak prawie każdy dramat duński, ale o tym w innym wpisie. 

















środa, 8 lipca 2015

Mikroszczęście

G

Słupsk. Upalne lato 2005 roku. Niedziela, 8 rano.
Idę do pracy przez ulicę udekorowaną resztkami kebabów i pustych butelek po piwie. Od dźwięków ruchu ulicznego oddzielają mnie słuchawki, głowę atakują dźwięki starego techno z lat 90-tych. Między blokami widać słońce, które później będzie obdarowywać turystów opalenizną a handlarzom okularów przeciwsłonecznych da niezły utarg.
Gdzieś na dnie głowy szumią myśli, że niedzielny poranek to najgorszy termin na pracę, że słoneczny dzień można inaczej spędzić, że gdzieś indziej jest na pewno lepiej....
Ale to mija i z kolejnym krokiem pojawia się coś innego i intensywnego - harmonia, spokój, zadowolenie i wreszcie...szczęście.

Nie ma żadnego olśnienia, ale jest pewność.


Pewność, że tu i teraz jest świetnie, że mam przywilej robić to, co lubię, że dzisiejszy dzień będzie udany, że mam bliskie osoby, dla których jestem ważny, że mogę spełnić marzenia a w trakcie tego spełniania będę miał frajdę. Problemy, stresy, porażki, obawy nagle są rozbrojone i nie mają do mnie dostępu.
Niespodziewanie patrzenie w przyszłość wymaga okularów przeciwsłonecznych.


Ten stan nazywam mikroszczęściem. Później pojawia się kilka razy, w innych sytuacjach. Ku mojemu zaskoczeniu - kilka razy zatrzymuje się też przy mnie jak autobus na przystanku na żądanie.


Mija 8 lat od niedzielnego poranka w Słupsku. W zadymionej knajpie, po 14. kieliszku wódki bliska osoba bełkotliwym językiem wymawia powoli istotne pytanie  "Jesteś szczęśliwy?".
Potem robi duże oczy, bo ja znacząco i tajemniczo uśmiecham się do swoich myśli. Widzę tam klaser filatelistyczny z wklejonymi starannie mikroszczęściami.

zupełnie obojętna

K

pamiętam to. mieszkaliśmy wtedy w Sopocie. powiedziałam Szekspirowi, że muszę gdzieś wybyć, muszę się wyoutować i pobyć sama. powiedziałam, że chcę pojechać do Warszawy. na dwa, może trzy dni. zrozumiał.
pojechałam. zameldowałam się w tanim hotelu.
byłam zupełnie, zupełnie sama. całkowicie wyalienowana z jakiejkolwiek rzeczywistości przypisanej mojemu życiu. nie byłam turystą. czułam się jak kosmita, który odwiedza obcą planetę i było to wspaniałe uczucie. 
czas zadziałał w inny sposób, wbrew codzienności. zwolnił wraz ze mną. 
chodziłam po Krakowskim Przedmieściu, delektując się każdym krokiem. nie miałam przy sobie telefonu, aparatu fotograficznego. byłam tylko ja i moje życie. i mnóstwo obcych twarzy, które mnie mijały. 
to leniwe, dziergane słonecznie popołudnie niesamowicie się dłużyło. chłonęłam wszystko, co moje zmysły były w stanie wychwycić.
i tak bardzo było mi dobrze. po prostu dobrze. 
byłam wszystkim zupełnie obojętna. byłam w środku jakiejś obcej mi wrzawy. 
nakrycie łóżka w tanim hotelu miało ślady psiej sierści. pamiętam ten hotel - Etap z sieci Accor.
beznadziejne śniadanie, w ramach którego miałam  do wyboru tani jogurt, szynkę - mielonkę itp.
wypiłam tylko kawę i jako zupełnie obojętna postąpiłam zupełnie obojętnie wobec powyższych.
włóczyłam się po Warszawie bez celu, bez powodu, bez motywacji. szłam tam, gdzie moja intuicja podpowiadała mi, żeby iść. nie szukałam sensu. chyba nigdy wcześniej i nigdy potem, do tej pory nie czułam się tak bardzo wolna. 
czasami wspominam te dni. i lubię tę piosenkę. trafia w to wspomnienie swoim klimatem. i wieje wiatr.




sobota, 20 czerwca 2015

momenty, ułamki, promienie

K

wczoraj. wielki tkacz czasu przypomniał mi, że mogę odciąć kolejny kupon kolejnego przeżytego roku. to był ciekawy dzień.
najpierw zjawił się on. chłopak. którego uczę. twarz młodego Ralpha Finnes'a, twarz kuszącego skurwiela. inteligentny. zamknięty w sobie. wysoki. biega. (co ludzie mają z tym bieganiem....). czyta. orientuje się. ja orientowałam się, aby nie wypaść z roli nauczyciela, chociaż miałam przemożną ochotę. udało mi się jednak odłożyć w myślach wszelkie kłopotliwe scenariusze. najpierw egzamin ustny. pytam. on mówi. słyszę jego wiedzę. nie wykutą bezmyślnie ze stron wujka google, lecz płynącą ze zrozumienia. przerywam pod pretekstem. wychodzę. uśmiecham się sama do siebie. to niemożliwe, żeby w jednym człowieku skumulowała się aż tak bardzo harmonia atrakcyjnej fizjonomii i takiegoż umysłu. wracam. słucham składni jego zdań. łapię się za brodę, brew wędruje w górę w ramach fałszywego powątpiewania. zauważył. zawahał się. uważny. "proszę kontynuować". kontynuuje. mówi tak, że nie chce mi się nic dodawać. bdb. w ramach pisemnego miał sam sobie sformułować temat i go zrealizować. pisze. ja siedzę i próbuję pracować. pisze obok mnie, przy drugim biurku. zerkam na wielką dłoń, która trzyma długopis. elektryka spięć w powietrzu zmusza mnie do ponownego wyjścia. na szczęście zadzwonił telefon. wracam. siadam. pisze. spojrzał. w tym samym momencie co ja. szuka wątku - pomyślałam. "szukam wątku" - uśmiechnął się nieznacznie do mnie i przeniósł wzrok na ścianę. wstaję i idę kserować coś tam na egzaminy. zbawiennie dla mnie, maszyna kolejny raz zacina się, więc otwieranie szuflad i szufladek zajmuje mi nieco czasu. wracam, siadam, pakuję, pieczętuję, piszę. zerkam. pisze. ciągle pisze. kończ już, do diabła - myślę. "skończyłem" - oddaje pracę. wstaje. nie pyta o oceny - kiedy. przy wyjściu odwraca się, uśmiecha i mówi proste dwa słowa "dziękuję, do widzenia". uśmiecham się i mrugam w ramach skinięcia. do widzenia - myślę. do widzenia. cholera.
w domu wzruszające zamieszanie z powodu mojego starzenia się. prezenty prosto z serca od Rodziców. wieczorna dyskusja przy whisky i cydrze, którego nie lubię. szumi mi w głowie, mrowią palce. oho. zaczęło się. dyskusja polityczno-historyczna pomiędzy mną, moim bratem i Tatą. problem w porozumieniu między nami w tej kwestii polega na tym, że każdy z nas jest przekonany o nieomylności własnych sądów i przemyśleń. przepony i gestykulacja manualna idą w ruch. ale poza tym nic się nie dzieje. nagle wyautowuję się myślami. wyłapuję przez okno ostatnie jasności dnia. zaspaną ćmę, która przenocowała na okiennicy i właśnie zaczęła się budzić. idę na taras. zapalam  papierosa. dokonuję analizy i syntezy tego, co mam, tego, czego nie mam oraz oceny tego, co mogę mieć i czego mieć nie będę, biorąc pod uwagę prawidła logiki. i jest mi dobrze. i jest we mnie zgoda.
wracam do biesiadników. w głowie mam arethę. sięgam po szklankę. patrzę na brata i na Tatę oraz na zirytowaną tematyką rozmów Mamę. wszyscy się kochamy naszą pokrętną miłością. 
wracam do siebie.
jutra nie ma.
jestem.
jutra nie ma.
wciąż.
jutra nie ma.


piątek, 12 czerwca 2015

proste historie

K


Tym razem będzie o filmach, jako że od ok. dwudziestu lat jestem pożeraczem tego tworu kultury.

Niezmiennie na piedestale najbardziej podziwianych przeze mnie osiągnięć kina znajduje się trylogia Alejandro Gonzáleza Iñárritu: Amores perros z 2000 roku, 21 gramów z 2003 roku i Babel z 2006. Nie jest to reżyser płodny, jeśli chodzi o dorobek filmowy, jednakże każda jego pełnometrażówka stanowi wyzwanie dla widza, zarówno pod względem konstrukcji fabularnej, nawarstwiającej się, wieloaspektowej problematyki jak i wyrazistości i skomplikowania bohaterów. 
Nie są to proste historie, więc nie o nich chciałam napisać.
Poza zawiłościami ludzkich losów, które pokazuje w swoich obrazach Iñárritu, bardzo sobie cenię filmy, w których nie dzieje się nic szczególnego, bohaterowie prezentują standardowego everymana, trudno zauważyć jakąkolwiek akcję a czas fabularny ciągnie się leniwie jak w ciężkie, upalne popołudnie. 
Moja przygoda z takim rodzajem kina zaczęła się w 2000 roku, w którym obejrzałam "Prostą historię" Davida Lyncha. Po pierwsze byłam zdumiona tym, że Lynch zrobił film zupełnie odbiegający od specyfiki stylu, do której przyzwyczaił widzów. "Prosta historia" jest, nomen omen, naprawdę nieskomplikowaną opowieścią o losie starego Alvina, który podejmuje się dalekiej podróży, używając nietypowego środka lokomocji. 
Spotyka po drodze różnych ludzi i różne problemy. Słucha i opowiada. Momentami obraz staje się liryczny i bardzo refleksyjny. Jest to kino drogi, ale nie ma w nim żadnej sensacji. Przewijają się bohaterowie prości, z bagażem mniej lub bardziej przyziemnych doświadczeń, z historią radzenia lub nieradzenia sobie w życiu. Opowieść o Alvinie ma swój punkt kulminacyjny - udaje mu się dotrzeć do celu, z jednej strony banalnego, z drugiej po ludzku wzruszającego. Nie przypominam sobie, aby wcześniej którykolwiek film potrafił mnie tak wyciszyć i w pewnym sensie rozczulić. Ale nabrałam pewności, że ten rodzaj fabuły trafił w moje upodobania.
Podobne wrażenia miałam w trakcie oglądania Bagdad Cafe z 1987 roku, który odkopałam przypadkiem, wertując rozmaite strony internetowe. W tym filmie akcja jest jeszcze bardziej  oszczędna - spowolniona i rozwodniona. Nie prowadzi widza od zdarzenia do zdarzenia, widz prowadzi się się sam, mając czas na skupienie uwagi wokół szczegółów konstrukcji bohaterów -  jak wyglądają, jak mówią, jak się poruszają; wreszcie, jaka jest ichnia historia i dokąd zmierza. Trudno streścić taką fabułę. Na filmwebie streszczenie mieści się w jednym zdaniu i w sumie tyle wystarczy. Reszta jest do wypatrzenia i wysłuchania. Bohaterowie szybko wzbudzają sympatię, szczególnie jedna z głównych, o imieniu Jasmin. Tłuściutka, fajniutka i po swojemu charyzmatyczna. Wprowadza energię w życie ospałych tubylców, zaraża nią i sprawia, że zaczynają się nim cieszyć.
Podobny klimat fabularny odnalazłam w "Dróżniku" z 2003 roku, w którym zagrał Peter Dinklage - aktor, którego umiejętności aktorskie niesłychanie cenię. "Dróżnika" oglądałam trzy razy, ponieważ regularnie co kilka miesięcy od pierwszego obejrzenia miałam przemożną chęć powrotu do tego świata. Poza cechami wspólnymi z wyżej wspomnianymi filmami, w tym na pierwszym planie pojawia się temat samotności, która dotyka bohaterów miasteczka. Ich los odmieni Fin, karzeł, który przybywa do Newfoundland paradoksalnie po to, aby cieszyć się samotnią. Chcąc, nie chcąc, pomiędzy nim a mieszkańcami wytwarza się więź. Film opowiada o spędzaniu czasu. O byciu, trwaniu. O dniach i nocach. Nic szczególnego. Nic niezwykłego. Ale sama magia.
Niedawno zachciało mi się powrócić z kolei do filmu pod ciekawym tytułem: "GranatowyPrawieCzarny". Tytuł do tej pory mnie intryguje, bo nie do końca mogę go przypiąć do fabuły; jednocześnie wiem, że pomiędzy nimi jest jakaś korelacja. Może jej znaczenie uda mi się jeszcze odkryć.... Obraz ten różni się od wyżej wymienionych tym, że ma w sobie o wiele więcej dynamiczności. Natomiast łączy go z nimi multiplikacja everymanów. Jest odrobina komizmu (syn odkrywa, że ojciec ma skłonności gejowskie i chodzi do masażysty, który, oprócz zabiegu związanego ze swoim zawodem, świadczy również inną, manualną usługę; w efekcie syn również odkrywa w sobie podobne skłonności, choć raczej z zazdrości niż z przekonującego psychologiczno-wewnętrznego coming outu), Wszyscy bohaterowie funkcjonują jak naczynia połączone (na marginesie - to również znacząca, fabularna cecha filmów Iñárritu), decyzje jednego rzutują na życie drugiego. Wszyscy konsekwentnie wzbudzają sympatię, choć ich historie diametralnie się od siebie różnią i wywodzą z zupełnie innych bajek. W zakresie problematyki pojawia się relacja syn-ojciec i odpowiedzialność jednego za drugiego; relacja brat-brat i ich lojalność względem siebie. Jest historia więzienna, historia poszukiwania pracy i chęci zmiany swojego życia zawodowego. Jest wątek miłości - bez patosu, zwyczajnej-niezwyczajnej. I zakończenie sugerujące pozytywne: wszystko jest możliwe.

Lubię filmy opowiadające o zwyczajnych ludziach wiodących zwyczajne życie ze zwyczajnymi problemami w zwyczajnym miasteczku. Lubię fabuły bez fajerwerków, bez psychologicznego impaktu, bez misji. 
Gdybym miała napisać, dlaczego taki rodzaj kina polecam, to z pewnością nie rzuciłabym hasła pt. "bo każdy odnajdzie siebie w tych postaciach" czy coś podobnie sloganowego. 
Jestem po prostu na etapie doceniania magii codzienności, powtarzalności dni, choć ponoć każdy jest  inny.

Historie ludzi w tych filmach pozwalają mi wierzyć w to, że owa powtarzalność nie musi być połączona z brzydkim słowem "rutyna".  "Magia" jest dobrym określeniem do ww.

Może zechcecie przekonać się sami.

sobota, 30 maja 2015

sypialnia i cisza

K

wyspa szczęśliwości. mam w niej ten plakat. duży, w białej ramie. lubię na nich patrzeć. są w trakcie. są vis-a-vis mnie, gdy leżę w łóżku. wpatruję się w ten ich moment. biała drewniana rama zamyka ich w wieczności. są z całym swoim jestestwem, gdy zerkam na ich twarze, schowana pod kołdrą obleczoną w pachnącą krochmalem poszwę.



w moim domu są duchy. takie jest moje przemożne wrażenie. w nocy, mimo zamkniętych drzwi wejściowych i tych garażowych, czasem słychać krzątaninę. ciszy. miota się pomiędzy ścianami. uderza. wznosi się i opada. namacalna i efemeryczna. tkwi w niej demoniczność, której nie pojmuję, której chcę i której się boję. czasami boję się ciszy w samotności. dlatego mówię. słowa artykułowane w takiej sytuacji nie mają żadnego celu, poza tym, że są kierowane do ciszy. czy rzucam jej (bezsensowne) wyzwanie? przecież jest i będzie, niezależnie ode mnie. niezależnie od robotników zamkniętych w białej ramie. 
bawi mnie to, jakie zakłopotanie powoduje cisza w ludziach, gdy nie są sami. milczenie, gdy ktoś jest obok, jest problemowe. nie dla mnie, ale wiem, że dla innych ludzi stanowi ono kłopot. nikt nie spotyka się z kimkolwiek po to, aby pomilczeć. chyba że w kinie. chyba że na koncercie. chyba że jest jakakolwiek "aranżacja" okoliczności ułatwiającej to zadanie. nie do pomyślenia jest również milczenie, czyli zapraszanie ciszy, w kontakcie telefonicznym. momenty bez słów w takiej sytuacji są bezsensowne, przeczą idei dzwonienia do kogoś. dzwoni się po to, aby rozmawiać. ale czyż niemówienie w takiej chwili nie jest wspaniałym łamaniem schematów?
we mnie ciąg słów w rozmowie, nieustanne gadanie, powodują irytację.
podtrzymywanie, często sztuczne, przebiegu wyartykułowanych myśli bez kierunkowskazu.
czasami, gdy rozmówca jest dla mnie ważny, przyjmuję reguły tej gry i biorę w niej udział.
ale... jakże często nie chcę.
cisza ma swoje dźwięki. kto wysłyszał ten wie...

piątek, 29 maja 2015

Dzień

K


ósma rano. szkoła. gimnazjaliści śmierdzą. dobrze, że tu nie pracuję na co dzień. odbieram arkusze egzaminacyjne. przeliczam. sprawdzam precyzyjnie, dwa razy. pakuję do sejfu. w pokoju dyrektor. ona znowu śmierdzi. ma na sobie bluzkę ze sztucznej wełny czy coś. jest wielka i śmierdzi. omawiamy wynajem sal na egzaminy. tak, wyłączyć dzwonki. tak, w pracowni komputerowej. tak, 624 róże dla florystek. tak, pan Bogdan wie. do widzenia. taksówka. biuro. papiery. zakupy. w ich czasie jestem florystką i kosmetyczką. znam się, ku*wa, na wszystkim. wracam. papiery, maile, fajka, kawa, telefony. odbieram, dzwonię. fajka, papiery, wydruki, rozmowy, dyskusje, analizy, sprzątanie. pakowanie. jem! jem miękkie. ohydny chleb tostowy z papryką konserwową. druty dokręcone na zębach. ból. ból podczas mówienia. podczas oddychania. życia. mam, co chciałam. jeszcze tylko rok. fejsbuk przypomina mi, że Grzech ma urodziny. żyj mi, Grzech, długie lata i się nie żeń, plizz. i bambosze noś. zerkam w lustro. zmarszczki mimiczne. gęba jeszcze ok. spodnie z dupy lecą, ale nie przez sport. dobrze, że lecą. nie chcę być gruba. papiery, wydruki. w biurze. godzina dziewiętnasta trzydzieści. układam pytania egzaminacyjne. jutro męczę moje owieczki. jutro jestem królowa. będę szastać dupą po korytarzach szkoły i coś znaczyć. otwieram drzwi od domu. wchodzę na mały korytarz. zostawiam walizkę z dziennikami. wchodzę na duży korytarz. dziesięć ogonów w górze wita mnie jak mewy z animacji "gdzie jest nemo": "daj! daj! daj! daj!". biorę każde na rękę. głaszczę, całuję, myziam, gadam. ogarniam trzodę jako karmicielka. łata na dwór, niech ulży sobie według piramidy maslowa. całuję szekspira w szyję. nie znoszę w usta. szyja to fajne miejsce do całowania, usta nie. idę na górę. wczoraj brałam długą kąpiel, dziś są chusteczki. na grzybicę, depresję, koklusz i gruźlicę. fajna sprawa. czołgam się do sypialni. ogony zagonione do swojego pokoju, choć zanim to się stało, wikta, bezczelna kota, nie wiem, jak to robi, wymknęła się niepostrzeżenie schodami w dół. biegnę i drę się: wikta! wiktaaa! masz w dupę! a wikta spier*ala na górę, nie wiem, jak, nie wiem, kiedy i stoi przed drzwiami zozolowego pokoju. otwieram, wpuszczam. drzwi Kazika, mojego ojca, zamknięte, dociera głos spikera tv. tato przygłuchy już,  dobrze mu się śpi jak tv się drze. stoję kilka sekund pod drzwiami, słucham i się uśmiecham. nakazuję swoim nogom zrobić kilka kroków dalej, do sypialni. wchodzę, kładę się. piszę. napisałam. idę spać. dobranoc.

piątek, 15 maja 2015

weganie jedzą trawę

K


jestem na etapie, na którym wypracowałam sobie umiejętność dystansowania się względem tekstów typu "rośliny też czują", "co ty jesz, chyba tylko trawę" i najczęściej przytakuję ich autorowi / autorom a nawet potrafię ze swojej postawy pożeracza roślin żartować.
na grunt poważnej dyskusji wchodzę tylko wtedy, gdy mój rozmówca wyraźnie sobie tego życzy.
dojrzałość i dystans podpowiadają mi bowiem, żeby świata nie zbawiać a ludzi na nic nie nawracać, ale postępować tak, żeby sami się zainteresowali.
to nie będzie standardowy wpis pt. podrzucam wam pomysł na pyszne pierogi, ale od jakiegoś czasu dokumentuję swoje poczynania kulinarne, zwłaszcza jeśli są udane i dziś przemycę ten temat tutaj.
muszę jeszcze dodać, że gdy przed laty zrezygnowałam ze spożywania mięsa, w tym ryb (tak, tak - ryba to też mięso), to jeszcze wtedy nie przyglądałam się tak pieczołowicie temu, co jem, nie zapoznawałam się ze składem produktów i niespecjalnie szukałam wiedzy na ten temat. interesowało mnie jedynie to, abym na talerzu nie miała niczego, co żyło, zanim na niego trafiło. ale gdy zdecydowałam się na krok nieco odważniejszy od wegetarianizmu, mianowicie na weganizm (czyli w sferze odżywiania rezygnację z m.in. wszelkich produktów i dań zawierających cokolwiek pochodzenia odzwierzęcego /mleko, jaja itd./, zaczęłam bardzo interesować się kuchnią roślinną, szukałam zastępników produktów odzwierzęcych, bez których pewne dania nie mogłyby powstać (i tak poznałam m.in. agar agar), zakupy trwają nieco dłużej, bo czytam składy na opakowaniach (tak dowiedziałam się na przykład, że musztarda może zawierać pochodne mleka, choć dlaczego, to nie mam pojęcia) i generalnie oglądam niemal pod lupą to, co zdecyduję się wpakować do mojego układu trawiennego. i mogę bez wątpienia przyznać, że świat roślin jadalnych zachwycił mnie swoim bogactwem i możliwościami, jakie oferuje, jeśli tylko wie się, co z czym i dlaczego.

pierogi robię często. po pierwsze ponieważ je lubię, po drugie, bo zażera się nimi mięsożerna część domowników (a ja tryumfuję: można pysznie bez mięcha? można!), po trzecie dlatego, że się przy tym wyłączam i relaksuję.
do zabawy w gotowanie w pierwszej kolejności potrzebuję.... żeby mi coś gadało. i nie radio. ponieważ nie mam w kuchni tv, zabieram ze sobą laptopa. najczęściej włączam film w języku brytyjskim i słucham ichniego pięknego akcentu - w ten sposób mój angielski nie wypada z formy. 
do ciasta używam trzech rodzajów mąki - pszennej, jaglanej i cieciorkowej. dodaję też trochę skrobi ziemniaczanej, olej kukurydziany, sól no i wodę. wyrobione ciasto jest bardzo elastyczne, wilgotne i łatwo się rozwałkowuje.
farsze stanowią każdorazowo odzwierciedlenie mojego widzimisię. nie korzystam z przepisów. czasem są wynikiem "czyszczenia" lodówki. najbardziej lubię zestawienie takie, jak niżej na zamieszczonych zdjęciach. 1. opcja: soczewica, bakłażan, cebula. 2 opcja: szpinak, brokuł, nać czosnkowa i suszony czosnek niedźwiedzi. 3 opcja: wegeruskie, czyli ziemniaki, cebula, tofu naturalne. na pięć ziemniaków daję dwie kostki tofu. cebula oczywiście podsmażona w przypadku każdej opcji.
reszta procedury kulinarnej doskonale znana. pierogi po ugotowaniu są przyjemnie miękkie. lubiącym okrasę polewam je olejem rzepakowym z podsmażoną cebulą. ja wcinam je bez żadnych tłuszczowych upiększaczy, wtedy bardziej czuć pierogowatość pierogów. polecam!
 a i jeszcze jedno - oczywiście, że weganie nie jedzą trawy. czasem ją palą ;-)





 ja używam tofu z polsoji. nie wiem, czy z innych firm jest takie samo, nie próbowałam


 mało kto zdaje sobie sprawę z tego, jak ważnym składnikiem tego, co jemy, mogą okazać się oleje (temat: omega3!). że mają swój indywidualny smak i zapach. ale nie uświadczy się ich, jeśli kupuje się oleje rafinowane. oleju kukurydzianego nie lubię w sałatkach, ale jako dodatek do ciasta sprawdza się bdb
 jeśli lubicie posmak jajeczny w cieście, to polecam zamiast zwykłej soli dodać kala namak - sól, którą czasem wyjadam prosto ze słoika. smakuje jak sproszkowane jaja. wprawdzie do ciasta pierogowego nie dodaję, ale podrzucam wam pomysł.


 pierogi "widelcowane" to moje wspomnienie z dzieciństwa, którego nie zastąpią żadne gotowe foremki do wyciskania pierogów. 


koniec :-)