sobota, 4 sierpnia 2012

Antyklerykalizm jako głos zdrowego rozsądku

K

Dawno obnosiłam się z popełnieniem tego tekstu. Poglądy na kler, jakie ukształtowały się w moim dorosłym życiu, są wypadkową rozmaitych doświadczeń. M.in. takich jak ponad trzy lata we wspólnocie salezjańskiej, trzy 15-dniowe pielgrzymki, w czasie których byłam świadkiem różnych incydentów, często z istotą takich wydarzeń nie mających nic wspólnego. Poza tym, zbieranie wiedzy na temat historii kościoła oraz współczesnej sytuacji tej instytucji, lektura Biblii a także przemyśleń ludzi, których szanuję, jak np. o. Leon Knabit, ks. Adam Boniecki czy ks. Józef Tischner - wszystko to łącznie wpłynęło na mój sposób postrzegania kościoła. 
Z pewnością, podejmując poniższe tematy, nie wyczerpię żadnego z nich; nawet nie uzurpowałabym sobie takiego prawa. Z pewnością zostanę oskarżona przez niektórych czytelników o 'lewicowość', 'michnikowość' a może i o 'żydzizm'. Nie szkodzi.

Jeśli nie interesuje Cię całość tego tekstu, możesz przeskoczyć do konkretnego punktu:
1. Antyklerykalizm jako głos w obronie religii.
2. Katolicyzm, czyli zinstytucjonalizowane i zhierarchizowane chrześcijaństwo.
3. Ksiądz - biologiczny ojciec.
4. Kościół i drażliwe tematy: aborcja, antykoncepcja, homofobia, rasizm i inne.
5. Katolicy i Katole. Po co chodzimy na msze. Tradycja katolickich obrzędów.
6. Proboszcz na plebanii a nie w moim domu. Religia w przestrzeni publicznej.  
7. Po co napisałam ten tekst i czego chcę.

1. Antyklerykalizm jako głos w obronie religii.
Może napiszę, czym antyklerykalizm nie jest. Jeśli ktoś rzuca wyzwiskami w stronę kościoła, wiary, księży itd. oraz okazuje agresję tudzież wrzuca w internet paszkwilowe i obraźliwe memy - nie jest to antyklerykał lecz fanatyk lub niedojrzały emocjonalnie osobnik lub jedno i drugie.
Czym jest antyklerykalizm i kim są antyklerykałowie - oddaję głos osobie mądrzejszej ode mnie - mianowicie o. Leonowi Knabitowi:


oraz redaktorowi pisma "Fakty i mity" i byłemu księdzu:
Właściwie nic nie mam do dodania do wypowiedzi obydwu panów. Prócz tego, że w pełni podzielam te poglądy. 
Zastanów się Szanowny Czytelniku, czy jesteś klerykałem. Odpowiedź nie jest taka trudna - jeśli nie jesteś antyklerykałem, czyli akceptujesz i popierasz wpływ kościoła na życie polityczne i powszechnie społeczne oraz Twoje rodzinne, prywatne tudzież korzystanie przez tę instytucję z pieniędzy publicznych, jesteś klerykałem.
Antyklerykalizm myśli o dobru kościoła jako wspólnony nie zaś jako instytucji. Kościół wspólnotowy jest dla wszystkich ludzi, instytucjonalny - dla kleru. 
Pierwszym najważniejszym antyklerykałem był sam Jezus Chrystus - tworząc kościół oparty na ewangelii, szczególnie zaś oparty na miłości i przebaczeniu, odżegnywał się od łączenia go z władzą świecką ("Królestwo Moje nie jest z tego świata"!) czy pieniędzmi (przepędził kupczących ze świątyni!). 
Kościół / kler  / współczesny praktykuje sprzeniewierzenie się nauce Chrystusa.

Ps. Dodatkowo antyklerykalizm: według ateisty  i według racjonalisty

2. Katolicyzm, czyli zinstytucjonalizowane i zhierarchizowane chrześcijaństwo.
Przypuszczam, że przeciętny katolik (który nota bene nie zna Biblii bo jej nie czyta, nie potrafi wymienić X przykazań, 3 cnót boskich i itp, nie zna choćby pobieżnie historii kościoła a o Janie Pawle II potrafi powiedzieć tyle, że lubił kremówki i Barkę.....) utożsamia pojęcia chrześcijaństwa i katolicyzmu. 

Tymczasem ów znak równości między nimi kładziony jest niesłusznie. Katolicyzm jest jedną z kilku religii wyrosłych na chrześcijaństwie. Można uważać się za chrześcijanina, nie uznając się za katolika. Na marginesie - przypuszczam zresztą, że gdyby chrześcijaństwo nie miało w swym 'orężu' kogoś takiego jak Pawła z Tarsu, nie udałoby się mu przebić przez mocno osadzoną kulturę antyku.
Chrześcijanie stanowili wspólnotę, nie kościół w rozumieniu instytucji. Był to kościół symboliczny. Kościół bez władzy. Katolicyzm swoim zhierarchizowaniem przypomina władzę świecką. I w istocie wiele miał i ma z nią wspólnego, nie tylko w kwestii podobieństwa funkcjonowania...
Więcej na temat owego rozróżnienia tutaj: chrześcijaństwo a katolicyzm

3. Ksiądz - biologiczny ojciec.
Kler skutecznie do dzisiaj zamiata ten temat pod dywan. Przy powszechnej zgodzie katolików. Gawiedź na wsi ma przynajmniej o czym plotkować. W mieście temat rozmywa się w potoku wielu innych.

Na początek - pojęcie celibatu. I znowu przyznam, że przypuszczam, że przeciętny katolik myli to pojęcie z zakazem uprawiania stosunków płciowych. Oczywiście termin ów dotyczy zupełnie czego innego:
"[łac.] (bezżeństwo), dobrowolne wyrzeczenie się małżeństwa; w Kościele katol. obowiązuje duchownych oraz zakonników (...) " z: Encyklopedia PWN, Kraków 2001.
Należy zauważyć, że stosunki płciowe pozamałżeńskie są uznawane przez kościół za grzech zatem w tym kontekście celibat = zakaz seksu.
Osobiście nie mam nic przeciwko temu, żeby duchowni uprawiali seks. Przestaliby przynajmniej udawać, że nie są normalnymi ludźmi, którzy mają normalne potrzeby, których brak spełnienia prowadzi do frustracji i rozmaitych dolegliwości.
Jednakże, obowiązek celibatu rodzi dwie sytuacje: a) niedogodną dla duchownych, którzy chcieliby mieć "legalnie" rodzinę; w zamian żyją w rozdarciu pomiędzy powołaniem do duchowieństwa oraz powołaniem do życia w rodzinie, które to dwa światy nie są przecież nie do połączenia! b) dogodną dla panów w koloratkach, którym na rękę fakt, że kobieta spodziewająca się ich dziecka jest napiętnowana i wyrzucona poza margines społeczny, zaś ów 'ojciec' bez żadnych konsekwencji, dzięki protekcji kościoła (kleru), jest przerzucony do innej parafii, gdzie proceder ów może w nieskończoność powielać. Nierzadko dzieci "z nieprawego łoża" trafiają do domów dziecka.....
Nie chodzi mi absolutnie o problem łamania przysiąg przez duchownych, autentyczności całego obrzędu święceń i inne. Dla mnie osobiście nie ma to żadnego znaczenia. Chodzi mi o społeczną sprawiedliwość i odpowiedzialność tych mężczyzn za los dzieci, za które winni być odpowiedzialni w tym samym stopniu co kobiety.
Czytając takie artykuły:
księża chcą związkówksiądz uwiódł niepełnosprawną dziewczynędziecko umiera bo ksiądz-ojciec nie wezwał pogotowia..., nie mieści mi się w głowie, że my, społeczeństwo, godzimy się na to.
Jeśli oczywiście nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o pieniądze. Mianowicie o kwestię dziedziczenia.
Kościół, akceptując żeństwo księży, traciłby na tym finansowo.
Dla zainteresowanych tym tematem: Stowarzyszenie Żonatych Księży i Ich Rodzin

4. Kościół i drażliwe tematy: aborcja, antykoncepcja, homofobia, rasizm i inne...
Nie będę się szczegółowo wypowiadać na każde z tych zagadnień ponieważ są to tematy bardzo aktualne w mediach i zainteresowani mogą poczytać / posłuchać jak lewa i prawa strona przerzuca się terminami nie do pogodzenia...

Jeśli chodzi o aborcję - przeraża mnie to, że rynek podziemny kwitnie jako doskonały biznes. Nikt z rządu nie pomyślał o tym, aby podjąć z nim walkę. Za to walczy z osobami, które mają odmienne poglądy. Uważam, że nikt nie ma prawa narzucać drugiemu człowiekowi swoich poglądów w takich kwestiach. I nikt nie ma prawa go osądzać. Zaś co do stanowiska kościoła, który uważa, że człowiekiem jest embrion - chciałabym zadać pytanie: dlaczego są księża w naszym kraju, którzy odmawiają pogrzebu dziecku poronionemu? Embrion zasługuje na podmiotowe traktowanie a dziecko poniżej 22-tygodnia, które nie przeżyło w wyniku poronienia, nie zasługuje? Jeszcze bardziej kuriozalne i przerażąjące jest dla mnie odmówienie pogrzebu z jakichś dziwnych powodów, np. z tego, że zmarłe dziecko było "z nieprawego łoża" Głosy na ten temat: ksiądz nie ma prawa odmówić pogrzebudziecko z "nieprawego łoża" zmarło - ksiądz odmówił pogrzebu...,
Antykoncepcja. Pozwolę się nie zgodzić z głoszonym przez kościół potępieniem wobec prezerwatywy, która w takich krajach jak Afryka jest w tej chwili jedyną, najtańszą metodą zapobiegającą szerzeniu się AIDS. I nie, nie zgadzam się z Janem Pawłem II, który będąc w Afryce, nauczał tamtejsze ludy o (moralnej) szkodliwości prezerwatyw. Oglądałam dokumenty, w których pokazywano dzieci ze spuchniętymi brzuchami, oblepione muchami, umierające jak zwierzęta w rowach - w najgorszym upodleniu i w - nie do wyobrażenia dla mnie - bólu oraz osamotnieniu.
Jeśli zaś chodzi o homofobię i rasizm - jestem przeciwko okazywaniu drugiemu człowiekowi jakiejkolwiek formy nienawiści. Nie ma dla mnie znaczenia, kto ją przejawia.  To są bardzo niebezpieczne emocje, które powinny być, z uwagi na przykłady z historii, wyciszane i piętnowane. Niestety, kościół przykłada swoją rękę do powstawania takich 'zapalników'. Co jakiś czas wygłaszane są upolitycznione kazania, pełne wrogości do "innego" od nas, których to kazań inteligentny człowiek po prostu nie będzie mógł słuchać.
Nie będę dyskutować, czy homoseksualizm jest zboczeniem i chorobą ponieważ uważam, że nie jest.
Napiszę tylko, że piętnowanie ludzi o innej orientacji seksualnej często prowadziło i prowadzi do przemocy, do morderstwa lub - jak w przypadku bohatera poniższego filmu opartego na faktach - do śmierci samobójczej....... Modlitwy za Bobby'ego
W moim odczuciu, prędzej czy później, nastąpi akceptacja pewnych "zapalnikowych" jeszcze dzisiaj tematów. Społeczeństwo ewoluuje choć potrzeba na to czasu. I jeśli kościół nie zaakceptuje tych zmian - tylko na tym straci.

5. Katolicy i Katole. Po co chodzimy na msze. Tradycja katolickich obrzędów.
Ten pierwszy zestaw terminów pamiętam z jednego demota, mianowicie:

Przy okazji dodam, że przy tego rodzaju manifestacjach katoli korzystają politycy - populiści, którzy utracili władzę albo jeszcze jej na dobre nie zdobyli i sprytnie rozdmuchują takie wydarzenia i prowokują je, aby dzięki temu zdobyć na najbliższe wobory pokaźny (niestety) elektorat....
Rozróżnienie na katolików i katoli ładnie przedstawił ów blogger - ja się po prostu podpisuję:
katolicy i katole. msza odfajkowana...
Autor tego bloga porusza również temat odprawianych mszy i wygłaszanych kazań. Drażliwy temat dla mnie, który był jednym z wielu, należącym do głównych powodów mojej rezygnacji z uczęszczania na owe msze.
Msza jest tradycją - skostniałą i nieautentyczną (nie chcę wrzucać do tego worka osób, dla których ma odwrotne znaczenie, wiem, że takie są ale należą do zdecydowanej mniejszości). Do kościoła w niedzielę się idzie bo.... bo tak. Bo taki jest obyczaj. Niedziela ma zresztą dwa oblicza - kościół i galerię handlową. Kiedyś ich nie było więc po mszy ludzie spędzali czas w inny sposób. Dziś mamy galerię, która stanowi drugą niedzielną mekkę dla rodzin - ot, narodził się nowy obyczaj. Wszystko to kwestia przyzwyczajenia. Gdy jeszcze kilkanaście lat temu uczęszczałam na msze - denerwowało mnie bezmyślne klepanie modlitw - do tego w takim tempie, że nie miałam szansy nawet zdążyć się zastanowić nad wypowiadanymi przez zgromadzenie słowami. Kazania zaś są pełną rutyny paplaniną utworzoną z frazesów albo / i propagandą polityczną. Nikt chyba już nie traktuje kazań jako rodzaju sztuki, którą trzeba dobrze opanować, której trzeba poświęcić czas, aby była atrakcyjna dla odbiorcy, pozostawała w jego pamięci i dawała do myślenia.
Prawda jest taka, że klerowi nie zależy na prawdziwych wiernych, którzy z powagą, zrozumieniem, weryfikacyjnym myśleniem będą podchodzić do tego, co dziś oferuje im kościół na mszach.
Ba, jestem przekonana, że kler takich wiernych nie chce. Po co im samodzielnie myślący, mający oczekiwania co do jakości i autentyczności obrzędu wyznawcy wiary? To kłopotliwi ludzie, bo "o coś im chodzi"...
Zaś w kwestii samych obrzędów - zastanawiam się, ilu z was, Szanowni Czytelnicy, jest świadomych, że liturgiczne obrzędy to kwestia umowności a nie czegoś uświęconego? Odmienne obrzędy obowiązują w prawosławiu, ale czy są one złe bo są inne od katolickich? Nie. Autorem ich są ludzie. Nie Bóg.
Przysłowiowe darcie koszuli na piersi i włosów z głowy za coś umownego, przyjętego przez ludzi jest co najmniej godne pożałowania.

6. Proboszcz na plebanii a nie w moim domu. Religia w przestrzeni publicznej.  
Kolęda - wszyscy wiemy, czemu współcześnie służy proceder nawiedzania swoich wiernych przez księży w danej parafii. Koperta. Który odmówi dobrowolnego datku? Nie dasz? Ale przecież wszyscy dają - tak się przyjęło, taki jest obyczaj. Teoretycznie ksiądz odwiedza wiernych, aby z nimi porozmawiać, dowiedzieć się, jak im się żyje, poznać ich troski i problemy. Ja zaś nie doświadczyłam dłuższej wizytacji duchownego niż 10 minut. Czy przez 10 albo 15 minut ksiądz jest w stanie porozmawiać z daną rodziną na jakiekolwiek istotne tematy? Czy mógłby złożyć wizytę godzinną, gdyby rodzina tego potrzebowała? Nie, ponieważ nie zdążyłby obskoczyć zaplanowanej ilości adresów na dany dzień a przecież statystyki muszą być zaktualizowane. 

Procesje - kler katolicki ma od zarania potrzebę "poszerzania przestrzeni" oddziaływań 'sakralnych' - kościoły a więc miejsca kultu to za mało. Przestrzeń publiczna, świecka również jest do jego dyspozycji od czasu do czasu, regularnie.
Dlaczego ludzie biorą udział w procesji? Bo inni biorą. Bo tak się przyjęło. Bo taki jest obyczaj. W drodze można sobie pogadać. Obgadać kogo trzeba i na trzy-czte-i-ry klęknąć raz po raz.
A gdyby zmienić obyczaj i np. Drogę Krzyżową zorganizować li i tylko w kościele, gdzie nota bene SĄ stacje tejże Drogi? A gdyby zamiast kolędy księża przyjmowali w parafii rodziny, które są chętne z nimi rozmawiać i szukać u nich pomocy? Bez koperty?
Umowność i obrzędowość to nie jest coś, co dane musi być na zawsze.
Przestrzeń publiczna powinna pozostać na co dzień przestrzenią świecką - bez możliwości wystąpień dla jakiejkolwiek religii poza miejscami jej kultywowania (świątyniami).

7. Po co napisałam ten tekst i czego chcę.
Przede wszystkim po to, aby choć częściowo dać upust temu, co zaprząta moją głowę. Tematy poruszone powyżej są tak złożone i rozległe, że zdaję sobie sprawę z braku moich możliwości ich wyczerpania. Ale nie to również było moim celem. 

Marzy mi się:
-państwo świeckie, w którym kościół będzie miał jasno wyznaczone miejsce z dala od polityki, władzy a jako instytucja będzie opodatkowany
-kler zacznie wcielać w życie przede wszystkim cnotę pokory i zwróci się autentycznie w stronę nauki Chrystusa (wiara, miłość, nadzieja)
-obywatel będzie szanowany ponieważ jest człowiekiem bez względu na wyznanie lub jego brak, orientację i poglądy
Czy to jest możliwe?
Realnie oceniając, myślę, że ja już takich czasów nie dożyję. Ale może kolejne pokolenia. Czego im życzę.
Amen.

wtorek, 31 lipca 2012

Batman według Nolana - recenzja trylogii.

K


Ci, którzy jeszcze nie widzieli filmu "Mroczny Rycerz powstaje", a chcą przeczytać poniższy tekst - mogą się nie obawiać - moje przemyślenia nie zawierają spoilerów.

Trzecią cześć o Batmanie widziałam w ubiegłą niedzielę; potrzebowałam dwóch dni żeby przetrawić ów film. Z pewnością nie napiszę, że nie warto pójść do kina na kolejne dzieło Nolana. Ale wiem już, że ci, którzy spodziewają się poziomu "Mrocznego Rycerza" sprzed czterech lat, będą zawiedzeni. Nie ukrywam, że podjadała mnie niemała ciekawość, czy uda się reżyserowi "Memento" stworzyć kolejny, trzymający w napięciu, dynamiczny a jednocześnie pogłębiony psychologicznie obraz o człowieku - nietoperzu, jego przyjaciołach i wrogach Gotham City. Tegoroczny Batman, niestety, względem poprzedniego wypada gorzej. Postaram się wyjaśnić, dlaczego. Ale najpierw mała przerwa - kawałek świetnej muzyki Hansa Zimmera i Jamesa Newtona Howarda :


Pierwszy film "Batman - początek" z 2005 roku, do którego scenariusz Nolan napisał wraz z Davidem S. Goyerem, mającym na swoim koncie scenariusze m.in. do serii "Blade (...)" oraz do animowanej wersji "Batman: Rycerz Gotham", jest niewątpliwie 'najspokojniejszą" częścią trylogii. Ale ma też inne zadanie: jako reboot wszystkich filmów o człowieku - nietoperzu, wyjaśnia, jak doszło do tego, że Gotham City wzbogaciło się o mrocznego rycerza - strażnika. Poznajemy tragiczną historię małego Bruce'a Wayne'a,  perypetie dorosłego Bruce'a na Wschodzie i jego reakcje na bezprawie szerzące się w rodzinnym mieście, do którego postanawia wrócić i którego decyduje się strzec jako Batman. Co więcej, poznajemy drogę Bruce'a, którą przemierza, przekuwając swój lęk i swoją słabość w oręż i siłę.
I właściwie więcej od tej części nie oczekiwałam; zatem byłam po jej obejrzeniu zadowolona. Uważam ów film za przyzwoicie dobry.

Gdy w 2008 roku do kin wszedł "Mroczny Rycerz", wpadliśmy w podziw przede wszystkim z powodu roli Jokera, którą niebywale autentycznie i przekonująco zagrał Heath Ledger. (Na marginesie - świat spekulował, czy praca nad tą rolą nie przyczyniła się w jakiś sposób do śmierci Ledgera). Uważam, że Ledger zbudował tę rolę  lepiej niż Nickolson. Joker Jacka jest komiksowy - bierzemy go w cudzysłów. Jokerowi Ledgera wierzymy: jest schizofrenicznym, psychopatycznym, maniakalnym, sprytnym i inteligentnym mordercą. Dla porównania:


Nie ulega wątpliwości, że Ledger bardzo intensywnie pracował nad rolą Jokera - pod każdym względem: mimiki twarzy, poruszania się, mówienia oraz śmiechu. Tego ostatniego nie sposób zapomnieć. Demoniczny
przykład śmiechu Jokera '2008..... i tego z 1989. Oczywiście, nie sposób nie zwrócić uwagi na rozdźwięk czasowy, w którym oba filmy powstały. Z pewnością współczesny Joker nie mógłby prezentować komiksowego zła bo nikt takiego by nie kupił. Ot - taki 'urok' naszych czasów... Nie zmienia to faktu, że Joker Ledgera jest przedstawicielem realnego zła, którego schematy mamy zakodowane w głowach, po przerobieniu chociażby tematyki zamachowców - terrorystów ujawniających swoją destrukcyjną działalność co jakiś czas w różnych częściach naszego kontynentu (i USA). 
Ale nie tylko ta postać zwraca uwagę widza. Obok Jokera mamy jeszcze Harveya Denta - Dwie twarze, którego zagrał Aaron Eckhart. Aktor dobrze dobrany do roli - oblicze prawnika, stróża sprawiedliwości - blondyn z pociągłą twarzą, której połowa w drugiej części filmu zniekształcona ujawni przemianę owego stróża w żądnego zemsty i zaprzeczającego dotychczasowym wartościom buntownika. 
Można uznać, że dwie powyższe postaci dynamizują ten film na równi z wydarzeniami, w które fabuła obfituje. O ile "Batman - początek" był wyczerpującą genezą człowieka - nietoperza, o tyle "Mroczny Rycerz" jest opowieścią, w której dzianie się, akcja i jej intensywność z powodzeniem wiodą prym. Dajemy się porwać bohaterom jak i złoczyńcom - indywidualnym i zbiorowym oraz wyśmienitej muzyce, którą przy obydwu częściach o Batmanie stworzyli wspomniany już Zimmer i Howard. 
Zapadają w pamięć poszczególne sceny - jak chociażby ta z hasłem Jokera "Why so serious?":


Wciąga gra, jaką Joker prowadzi z Batmanem, prowokując go do złamania swoich zasad...
"Mroczny Rycerz" kończy się interesująco, zapowiadając kontynuację. Po obejrzeniu byłam bardzo ciekawa, jak Nolan pokaże drogę głównego bohatera do odzyskania dobrego imienia i uznania mieszkańców Gotham.

Nad scenariuszem do trzeciej części pt. "Mroczny Rycerz powstaje" pracował Nolan ze swoim bratem (podobnie jak przy części drugiej). Muzykę robił już tylko Zimmer, ale poradził sobie świetnie bez Howarda. Nie będę opowiadać fabuły - w powyższym linku jest wszystko, co potrzeba wiedzieć zanim się przystąpi do oglądania. Skupię się na tym, co mi się nie spodobało.
1. O ile "Mroczny Rycerz" był 'na serio', o tyle ma się takie wrażenie jakby (chcący - niechcący) Nolanowie powrócili za bardzo do konwencji komiksowej. Nie ma już psychologicznego pogłębienia, przekonująco-wciągającego napięcia. Są efekty specjalne. Których w drugiej części również nie brak ale jej inne zalety pozwalają się skupić właśnie na nich, nie na efektach. Ale przecież Amerykanie kochają eksplozje, zamachy, strzelaninę. Nie zapominajmy o tym.
2. Za mało w tym filmie postaci. Za mało Batmana, Bane'a, Kobiety-Kota. Akcja, wydarzenia zostały postawione przez Nolanów na plan pierwszy. Oczekiwałam, że po Jokerze i Harveyu, podobnie zostaną poprowadzone role nowych złoczyńców i pół-złoczyńców. Tymczasem ledwo 'liźnięta' zostaje postać Seliny - a szkoda, bo Anne Hathaway zagrała zgrabnie i zwinnie i zasługiwała na większą ilość filmowego czasu.
Jeśli chodzi o Batmana / Bruce'a to w poprzedniej części zakończenie podyktowało w moim odczuciu rodzaj zobowiązania względem następnej części - mianowicie, że droga odkupienia nieswoich win będzie tematem numer jeden. Tymczasem tak nie jest. Albo niby jest. Bo wątek ów jest co najmniej jednym z wielu. Wplątany w sieć innych. Batman jest jedną z wielu postaci.
Zaś co do Bane'a to nie jest już ten złoczyńca rangą przypominający Jokera. Jest właśnie komiksowy. Sztampowo zły. Sztampowo okrutny i bezwzględny. Odczuwalny jest cudzysłów komiksu. I ma się to wrażenie, że Bane jest tylko jednym trybikiem w całej machinie tej opowieści.
3. Zakończenie filmu. Oj, jak ja nie lubię tego rodzaju zakończeń. Marzenie Alfreda się spełnia. Bruce idzie drogą, którą wierny i lojalny Alfred chciałby i której dla niego pragnął. Jak dobrze, jak miło, jaka ulga, jaka landrynka. Mroczny Rycerz powstał i krótko po kilku efektywnych (efekciarskich?) akcjach oddał 'zabawki' na zawsze. A na horyzoncie pojawił się zakochany w jego czynach następca.
Wszystko cacy.

Reasumując, powrócę do mojego początkowego twierdzenia: z pewnością nie napiszę' że nie warto pójść do kina na kolejne dzieło Nolana. Obniżcie tylko oczekiwania.











środa, 25 lipca 2012

Magnes na dziwaków, czyli efekty uboczne intensywności kreowania


G


Całkiem niedawno Grzech doświadczył intensywnego urlopowania w miejscu, gdzie kończą się linie kolejowe a upał leci z nieba jak szalony i przy okazji wrócił do świata nadmorskiego z dziwną przypadłością, zwaną roboczo magnesem na dziwaków.


A wszystko zaczęło się od pomarańczy. A dokładnie od teorii, gdzie ów owoc cytrusowy miał zaszczyt główną rolę zagrać.Bo kilka lat temu Grzech, rozmawiając ze swoją ówczesną niewiastą na temat różnic osobowościowych, swoje pragnienia i pomysł na życie (a właściwie głód życia) porównywał do łapczywego pożerania pomarańczy i uśmiechu demonicznego gdy sok spływa po brodzie. Teoria dosyć infantylna, ale tedy rolę swoją spełniała.


I gdy na początku lipca Grzech pojechał sobie z Siostrą Zet w odwiedziny do Pani Karmel to starał się stosować ów pomysł na życie w każdej sytuacji. Na stacji benzynowej szacownego małżonka Pani Karmel więc udawał, Panią w sklepie z prasą terroryzował wizją całodniowego przesiadywania pod klimatyzatorem. Inaczej mówiąc - próbował każda sytuację codzienną zamienić w jakieś rubaszne i absurdalne dziwactwo.

Intensywne i udane urlopwanie w Wielkopolsce ( brawo dla Czytelników, którzy domyślili się, że to właśnie owa kraina z początku niniejszego wpisu) zakończyło się turbointensywną podróżą* do mazowieckiego miasta, gdzie Grzech spotkał się Panią Leną i spędził z nią nieomal cały dzień w opustoszałym centrum handlowym. Ale kierując się do owego centrum taksówką uroczo dziwaczną rozmowę z taksówkarzem miał **.

No i tu docieramy do tego magnesu tytułowego. Bo okazało się, że kreowanie takich sytuacji po pewnym czasie je przyciąga. A Grzech przekonał się o tym kilka dni później, gdy przyszło mu o 2 w nocy pomagać Dwóm Uroczym Paniom przestawić lodówkę na stacji benzynowej i jeszcze później, gdy Pani 40 letnia, ubrana jak 17 letnia dziewoja, prosiła go o odczytanie smsa na małym ekraniu jej telefonu. Ku zaskoczeniu Grzech zareagował jednak rumieńcem i burknął "tam jest wyraz brzydki". Bo okazało się, że Pani otrzymała najbardziej treściwego i staropolskiego smsa ze słowem "spierdalaj"




* Podróż była intensywna i szalona. Bo początkowo Grzech jechał jednym pociągiem i oglądał o 4 rano wschód słońca nad Jarocinem, potem przesiadał się na drugi pociąg; jeszcze później jechał inszym pociągiem w siną dal a 322 zdrowasiek później i za pomocą taksówki dotarł do celu swej podróży. W trakie Grzech się czuł jak insza wersja "psa co koleją jeździł".




** Z historyjki taksówkarza warto zacytować końcówkę, czyli to, że nie lubi swojej żony bo jest (tzn. żona) z Gdańska, humorzasta i na dodatek "mordziata"

poniedziałek, 23 lipca 2012

Ignoranci, piczki karierowiczki i inne stworzenia precz od Festiwalu w Jarocinie

K

Dzisiaj przez cały dzień próbuję odnaleźć trzy poprzednie. Ładuję się muzyką. Jedyną w swoim rodzaju. Grzech zaczepił mnie, czy nie mogłabym napisać na naszego bloga relacji z pobytu w Jarocinie na Festiwalu. Ależ mogę. Mogę. Jakże. Cały dzień czynię sobie "after party" po Jarocinie.
Wiecie co? Nie wybierajcie się do Jarocina jeśli lubicie TAKĄ MUZYKĘ, jaka jest grana w Jarocinie.
Jarocin Wam skradnie serce a myśli wywróci do góry nogami. To nie jest impreza dla wrażliwych.
To jest impreza dla starych punków, brudasów bez domu, którzy w rowie będą się zalewać tanim winem albo denaturatem. Nawet panienki żadnej nie zbałamucą bo po całej tej toksycznej aplikacji im nie stanie. Nic. Prócz włosa na głowie, który stoi i tak. Jak to irokez.
Słuchajcie, idę zapalić i robię przerwę. A w przerwie - TEN KAWAŁEK, który mnie wzrusza, a jak komuś się nie podoba to do widzenia albo glan na czoło jako "jarocińska henna naturalna" :
Jestem. Napalona. Więc jeśli muzyka dla ciebie to coś więcej niż dźwięki to... nie jedź do Jarocina. Tam cię nakarmią przewspaniałą muzyką do syta, ale w zdradliwy sposób. Na drugi dzień po festiwalu poczujesz dojmujący głód tej muzyki i zapragniesz ponownie poczuć ją w sobie - w trzewiach, w umyśle, w duszy.
Na przykład Kazik, który młode lata dawno ma już za sobą, a jednak daje z siebie WSZYSTKO, całą swoją autentyczność, siłę, energię, głos, dźwięki, wszystko...
Słyszałeś to na żywo?? To zrozumiesz...    :
W Jarocinie trzeba pić. Piwo, wino, wódkę - cokolwiek. Dlaczego? Wyobraź sobie trzy dni stania, skakania, pogowania, potrząsania głową, kręcenia biodrami przez kilka godzin (dziennie oczywiście). Pewnie, że nie musisz. Nie musisz przeżywać tego 'na fali'. Możesz też spożyć coś innego. Trawę na przykład. Cokolwiek, ale warto się 'wspomóc'. Bo w Jarocinie skaczą straceńcy. Ale jeśli nie byłeś (a nie bądź!) to nie wiesz. Że trzeba być straceńcem w Jarocinie. Jakbyś już nic nie miał tylko tę muzykę dla siebie.. Bo jak tylko muzyka zostaje to już masz WSZYSTKO, co potrzebne w Jarocinie. 
W tym roku, tj. 2012, - Illusion, Biohazard, KSU, Voovoo, Lao Che, Coma, Luxtorpeda, Kult, Jelonek i wiele innych...
Przerwa! Ze skrzypcami:

Możesz przecierpieć niedogodności związane z życiem namiotowym (zwłaszcza jeśli masz do czynienia z 'przepełnionym' WC... i to, że obok w namiocie ktoś nieludzko chrapie...)
i to, że ktoś stojący blisko ciebie na koncercie puszcza intensywne bąki...
Po prostu nakładasz arafatkę na nos. I wczuwasz się:
Reasumując - nie wybieraj się do Jarocina na Festiwal. Za dużo tam dobrej muzyki, za dużo energii, za dużo porywającego entuzjazmu. Wracasz do domu i po krótkim odpoczynku chcesz wracać na pole... i zdajesz sobie sprawę, że następna impreza dopiero za rok.... MASAKRA.




niedziela, 1 lipca 2012

"Nie ugryzą?" - "Nie wiem, może pani śmierdzi?" oraz o Jarocin Festiwal 2012 i niedzielnym upale

K

na początek piosenka:

żeby nie było, że nie niedzielnie jest. O Noem trochę. Gorzko poniekąd: "Utopię waszą utopię w potopie..."

Ad rem:

Odkąd mam dwa duże psy ras wiadomych (niewiadomych? no tak, skąd czytelniku masz wiedzieć, że mam psy śmiertelnie groźne, zabójcze wręcz, dobrze, wrzucam zdjęcia; zdjęcia nie byle jakie, robiła je dusza człowiek, niezwykła artystka, której tożsamości nie zdradzam, bo nie wiem, czy sobie tego życzy)


Więc odkąd mam dwa duże psy, skupiam się podwójnie, gdy zabieram je na spacer. Po pierwsze z powodu bezdomnych psów, które mogą przejawiać nadmierną chęć podejścia do moich psów; po drugie z powodu innych ludzi wyprowadzających swoje psy. Od wczoraj wiem już, że muszę skupiać się potrójnie.
Wczoraj. Idę sobie polami, łąkami, psy już wymęczone. Aż tu nagle mija mnie kobieta. Nic w tym nie byłoby ciekawego ani wyjątkowego, gdyby nie fakt, że owa kobieta nie minęła mnie tak po prostu jak inni mijacze. Ta kobieta (wiek mniej więcej 50 lat choć może to mniej istotne; chociaż nie mniej istotne, gdyby była młodsza, pewnie posłużyłabym się powiedzeniem praktykowanym przez pewną osobę publiczną, mianowicie powiedzeniem "spieprzaj dziadu" w tym przypadku przerobionym na "spieprzaj babo"); ta otóż kobieta zerknęła na moje psy i ruszyła z kopyta z rękami wyciągniętymi, wypowiadając niepokojące mnie słowa "ale pięknie pieski, mogę pogłaskać??". Gdybym była psem, sama skoczyłabym do niej z zębami obnażonymi na taką poufałość - było nie było - obcego mi stworzenia! Ale ja, jako człowiek, wyglądałabym co najmniej dziwnie, pokazując swoje, niezbyt proste poniekąd, uzębienie gorliwej kobiecie. Powiedziałam do niej natychmiast:
- proszę się wstrzymać z wylewnością. Psy różnie reagują na ludzi, których nie znają.
Kobieta przystanęła zaskoczona:
- ale ja się nie boję psów! Chyba nie ugryzą? - i banana na twarz sadzi.
- ale psy mogą się pani bać. Nie wiem, czy nie ugryzą. - odpowiedziałam ze stoickim spokojem.
- jak to?
Obejrzałam się w lewo, w prawo, do tyłu. Żywej duszy oprócz nas nie było. Więc jadę:
- proszę pani, moje psy pani nie znają.
- ale ja kocham psy! - kontynuacja banana - a pani nie zna swoich psów? jak zareagują?
Psy zajęte były wywąchiwaniem tylko im wiadomych zapachów z wysokich traw.
- proszę pani, ja znam swoje psy, nie znam zaś pani.
- nie rozumiem. - banan się obniżył.
- proszę pani. może pani śmierdzi?
- słucham?!?!
- może pani wydziela drażniący psy zapach. może pani żywi niechęć do innych zwierząt, może w pani podświadomości gnieździ się ukryta agresja?
- a pani to jest nienormalna i nie powinna mieć żadnych psów!
Już nie zdążyłam odpowiedzieć bo kobieta obrażona wypaliła do przodu. Może lepiej?
Gregory House powtarzał swoją mantrę "everybody lies" ('wszyscy kłamią'); ja zaś mam swoją "generalnie ludzie są głupi". Niestety, im dłużej żyję, tym więcej dowodów dostarczają mi ludzie na potwierdzenie tego przekonania....

Reasumując, tak, proszę pani, pies może ugryść. Nawet mój (moje).

Ale co tam, są przyjemniejsze tematy. Pod koniec lipca rusza kolejny festiwal w Jarocinie (http://www.jarocinfestiwal.pl/). Nie sposób nie być w tym roku. Kult będzie świętował swoje 30-lecie działalności artystycznej. Oprócz tego zespołu równie przekonujące argumenty: Lao Che (Spięty aj low ju!!), Voo voo, Nosowska, Coma, KSU.....
Nie sądziłam, że mając ponad trzydzieści lat będę się cieszyć jak dziki królik z powziętego planu wystylizowania się na ów festiwal na Lisbeth Salander ;-) Moje białe, 24-dziurkowe glany już piszczą w szafie! Dla tych, którzy nie wiedzą, jak wygląda bohaterka tej serii filmów: jedna z trzech części Millenium, wrzucam zdjęcie:
Mam nadzieję, że Lao Che zaprezentuje choć kilka utworów poświęconych Powstaniu Warszawskiemu. Czy słyszeliście głos Spiętego na żywo? Nie sposób opisać tej siły, tej energii jeśli się nie słyszało.
Wyobraźcie sobie taką muzykę na żywo:
Eeeeehhhhhhhhhh..........

Tymczasem jest niedziela pełna ciężkiego, zastanego powietrza, bezruchu, upału... Jak można lubić lato i upał? Giną bezdomne zwierzęta, ptaki z wycieńczenia i braku wody, chorzy na serce ludzie przeżywają swoje ostatnie dni... Ludzie pocą się, męczą... 
Czekam na obiecany deszcz.....

środa, 13 czerwca 2012

Rozmowa i teatrzyk. Czyli jak rzeczywistość komentuje poważne tematy


G

Nie dalej jak kilka dni temu szedł sobie Grzech po Gdańsku ze swoją Przyjaciółką. I spacer uprzyjemniał sobie rozmową na tematy poważne. A były to sprawy związane z macierzyństwem, rodzicielstwem i nawet czymś takim jak odpowiedzialność ciążąca na rodzicach. Pojawiły się tam nawet takie hipotetyczne i nieśmiałe rozważania na temat tego, kiedy, gdzie i w jakich potencjalnych sytuacjach jeden i drugi spacerowicz byłby gotowy ewentualnie powiększyć populacje ludzi na świecie….
Nagle rozmowa została przerwana pojawieniem się w oknie na 3 piętrze zrujnowanej kamienicy czerwonej ( pewnikiem ze złości) kobiety w wieku średnim. Rozległ się krzyk skierowany do nastolatka w dresach, który razem ze swoim kolegą zmierzał do kamienicy.
- Przemek! Kurwa! Masz moje 5 złotych? – krzyczała Pani z okienka
- Mam. Biedronka była zamknięta. Zaraz oddam – odpowiadał rezolutny młodzieniec.
- No kurwa! Bo potrzebuję kasy. I już do domu wracaj, bo trzeba bluzę ci wyprać – informowała całą dzielnicę matka nastolatka.
- Ja pierdolę….- głośno ale zrezygnowanym tonem komentował młodzieniec.


I w taki oto sposób rzeczywistość dała prztyczka w nos rozważaniom teoretycznym i tematom poważnym.

środa, 30 maja 2012

chwasty i drugie dno rozmyślań

K


Od kilku dni pieczołowicie zajmuję się likwidacją chwastów na moich działkach (dwóch obok siebie, 800 m kw. więc jest co robić). Z uwagi na to, że moje życie zawodowe zawsze kręciło się przede wszystkim i głównie wokół myślenia i mówienia, jestem człowiekiem, któremu prace fizyczne, a więc takie, które nie wymagają zbyt dużo myślenia (i mówienia), sprawiają niekłamaną przyjemność. Podobnie jak zbieranie grzybów. 
Jednakże usuwając chwasty czy zbierając grzyby - nadal myślę. Co więcej - rozmyślam. A to bardzo przyjemne zajęcie. Jeśli ktoś lubi rozmyślać, szukać w sobie nowych myśli a na przykład nie lubi pielić chwasty lub popełniać grzybobranie - ten po prostu nie wie, co traci.
Zbliżam się całkiem niepowoli do lat chrystusowych i owe zajęcia postrzegam jako objaw starzenia się lub, eufemistycznie ujmując, pogrążania się w wieku dorosłym. Ale w pozytywnym sensie.
Rozmyślanie uważam za jedno z najbardziej twórczych zajęć. Dzisiaj na przykład cztery albo i pięć razy zdejmowałam rękawice ogrodowe, aby usiąść w fotelu, zapalić papierosa i spisać myśli nagromadzone w trakcie odchwaszczania działki. Oto one. Nazwałam je

DEKALOGIEM CHWASTOUSUWACZA:

1. Chwasty piją wodę za darmo.
2. Chwasty upodabniają się do roślin pożytecznych i kryją się pod nimi. Niskie uczepione wysokich.
3. Niektóre chwasty mają korzenie tuż pod powierzchnią ziemi; inne bardzo w niej głęboko.
4. Nie łudź się, że po wyrwaniu chwasta z korzeniem nie pojawi się na tym samym miejscu inny chwast. Chwasty są wieczne.
5. Jeśli nie można wyrwać chwasta z korzeniem - urywaj jego zielone części ponad powierznią ziemi. Może będzie cichaczem pił pod ziemią wodę ale nie będzie oczu drażnił a z czasem - padnie. Roślina potrzebuje swoich nadziemnych zielonych części (chlorofil).
6. Musisz znać się na chwastach, aby móc je wyrywać. Jeśli nie jesteś pewny/-na, czy chcesz wyrwać chwasta - dowiedz się tego od kogoś, kto je rozróżnia. Błąd popełniony z powodu niewiedzy jest umacnianiem ignorancji.
7. Czasem nie ma innego wyjścia i trzeba uszkodzić roślinę pożyteczną przy usuwaniu chwasta. Dlaczego? Vide punkt 2.
8. Czasem nie da się usunąć chwasta, mając nałożone na ręce rękawice ogrodowe. Czasem po prostu trzeba je zdjąć i się ubrudzić.
9. Nie męcz się z opornym chwastem rękami. Użyj haczki.
10. Chwasty młode, małe i słabo zakorzenione łatwiej usunąć z ziemi. Chwasty stare, duże i mocno zakorzenione trudniej z ziemi wydostać.

Prędko zdałam sobie sprawę, że przy tej prostej czynności, myśli, które tłoczyły się w mojej głowie, wraz z postępowaniem pracy, wykraczały poza świat chwastów, haczki i moich dłoni odzianych w rękawice ochronne. Dlatego postanowiłam je spisać. Dlatego postanowiłam je tu zamieścić. Ponieważ wierzę w to, że Ty, który/-ra właśnie czytasz ten tekst, odkryjesz dla siebie zupełnie inne znaczenia tego osobliwego dekalogu.
A może i znajdziesz czas, aby się podzielić swoimi skojarzeniami z resztą czytelników oraz z nami, tj. ze mną i z Grzechem.

Na zakończenie wrzucam piosenkę, która pośród tych wszystkich myśli, pojawiła mi się w głowie - nie wiem zupełnie, dlaczego. Śpiewałam ją w drugiej klasie LO z okazji jakiejśtam. Nie pamiętam. I po tylu, tylu latach moja podświadomość postanowiła, że ją odkopie. Mimo że nie jest to rodzaj muzyki, która jest "moja". Na co dzień. Z ukłonami w stronę mojej podświadomości:


sobota, 26 maja 2012

Grzecha ktoś ubiegł...

G

 Od dłuższego czasu Grzechu zbierał się, coby napisać na blogu co mu w trzewiach siedzi. Zbierał się, zbierał no i ktoś go ubiegł. Bo ten wpis Grzecha przyprawił o ciarki na plecach z powodu swej formy i treści. A treść niepokojąca jest zbieżna z przemyśleniami wyżej podpisanego.

http://pstraghi.blox.pl/2012/04/Tonight-we-are-old.html

sobota, 19 maja 2012

Romantyzm polski, czyli reumatyzm romantyczny

K

Zawsze miałam ambiwalentne podejście do tej epoki literackiej. Na studiach wprawdzie odkryłam ją dla siebie na nowo m.in. dzięki pracom Marii Janion, jednakże gdy po latach podjęłam zadanie nauczania innych, musiałam zweryfikować swoją wiedzę na temat romantyzmu z programami nauczania tejże epoki.
Właściwie mogę napisać, że nie przepadam za polską wersją romantyzmu. Za tym rodzajem "ciężkości patriotycznej", którą pozostawili w swoich dziełach Mickiewicz i Słowacki. Umęczenie, poświęcenie, taplanie się w przeszłości dzisiaj są anachronizmami. Ta tematyka w ogóle już nie przemawia do współczesnych nastolatków. Czy kształtujemy postawy patriotyczne, świadomość narodową? Szczerze? Tak nam się tylko zdaje. 

-Proszę pani, wieje nudą. 
-A co powiecie na Draculę i Frankensteina?
-Noooo już lepiej.
-Może być.

-Proszę Pani, czy my musimy się uczyć tylko o przegranych i poległych?

-Proszę Pani, ja nie chcę zbawiać kraju i nic mnie to nie obchodzi.

-Ja nie utożsamiam się z Konradem. Ani z Kordianem.

Zastanawiając się nad tym, co warto wyeksponować z tejże epoki, doszłam do rozważań na temat tożsamości narodowej. Krzyczą o niej środowiska prawicowe i odłamy fanatyków pełnych przemocy. Postrzegają europejskość nie jako wzbogadzenie wiedzy i wyobraźni ale jako zagrożenie polskiej tożsamości. Ale właściwie, którego ucznia to obchodzi? Najwięksi krzykacze tworzą niechcący swój groteskowy wizerunek. A młodzi są wyczuleni na obłudę.
Rzeczywistość się zmienia i mam takie odczucie, że należałoby również wprowadzić zmiany w podejściu do szkoły. Dawno już nie żyjemy w czasach, w których nasza tożsamość narodowa była zagrożona. A mimo to wciąż w programach nauczania języka polskiego dominuje literatura nastawiona na wartości narodowe i patriotyczne.
Uważam, że tę funkcję literatury powinniśmy zminimalizować i przy jej doborze kierować się następującymi wytycznymi:
- pobudzanie i rozwijanie wyobraźni
- źródło śmiechu i zabawy
- literatura, dzięki której można poruszyć współczesne problemy społeczne

Człowiek zapamiętuje to, co go interesuje. To, co go interesuje, staje się tematem rozważań. 
Dobro i rozwój szczególnie w przypadku młodych ludzi powinno być ważniejsze niż konieczność (kto zresztą nam ją narzucił?) odfajkowania patriotycznych 'perełek'.

Na zakończenie, dla przeciwwagi, wrzucam Fredrę dla odbiorców 18+ (poniższych zdecydowanie nie prezentujemy uczniom)
:-)





środa, 16 maja 2012

rodzic i Rodzic

K

Wczoraj przeczytałam kolejny artykuł o dzieciaku znęcającym się nad zwierzęciem a wieczorem obejrzałam reportaż o Aleksandrze Gietner w Ekspresie Reporterów, dałam też upust swojej frustracji poprzez użycie agresjii słownej na tablicy FB (co bardzo oburzyło Grzecha ale liczę, że nie będzie 'rozwodu' i bloga nadal razem prowadzić będziemy). Teraz postanowiłam popełnić wpis na temat rodzicielstwa. Nie mam dzieci i nie sądzę, że będę je miała (choć staram się nie używać słowa "nigdy" bo wiadomo, że nigdy nie wiadomo). Jeśli ktokolwiek czytający tego posta stwierdza, że z powodu nieposiadania dzieci nie mam prawa wypowiadać się na temat bycia rodzicem - proszę skierować kursor myszy w prawy górny róg i kliknąć "x"

[Mała dygresja: swoją drogą gdyby wprowadzić takie założenie, że ktoś tam nie ma prawa dyskutować na jakiś tam temat z tego powodu, że nie ma w tym temacie doświadczenia, byłoby całkiem nieźle - w pierwszej kolejności zamilkłby kler a potem politycy /ewentualnie na odwrót]

1. Z jakich powodów ludzie mają dzieci?
a) Z miłości. b) Z przypadku. c) Z potrzeby. d) W wyniku świadomie podjętej decyzji. e) W wyniku odczucia gotowości do bycia rodzicem. f) W wyniku przekonania, że małżeństwo = rodzicielstwo. g) Ponieważ wszystkie koleżanki są już matkami / wszyscy kumple sa już ojcami. h) Bo macierzyństwo jest sexi. i) Bo tylko matka może zwać się prawdziwą kobietą. j) Bo jak zajdę w ciążę to on się ze mną ożeni / on się zmieni. k) Bo jak zrobię jej dziecko to zaspokoję jej potrzebę bycia matką. l) Bo małe dzieci są takie słodkie. ł) Bo mam nieudane życie to chociaż dziecko nada mu sens. Etc...
Nie wymyśliłam tych powodów. Spotkałam się z nimi w rzeczywistości lub też w oglądanych / czytanych reportażach.
Pamiętam jeszcze z wykładów z psychologii uwagę naszego doktora, że ludzie niekiedy traktują związek z kimś (miłość) lub posiadanie dziecka (miłość) jak NAGRODĘ / REKOMPENSATĘ. Za ciężkie / trudne / nieudane życie, za brak kariery, za kiepską / niezadowalającą pracę etc... Tymczasem związek z kimś i / lub dziecko stanowi kolejne wyzwanie w życiu. Być może najważniejsze.
Czy można podchodzić do któregokolwiek z nich w myśl zasady "jakoś to będzie"? Jakoś tam się poukłada? Jakoś tam dziecko się odchowa? Zaimek zwrotny "się" jest nieprzypadkowo bardzo wygodnym zaimkiem. Dzięki niemu można wmówić sobie brak własnej winy w przypadku niepowodzeń i problemów.

Zgodnie z myślą Locke'a rodzimy się jako niezapisana tablica /tabula rasa/. [Obarczeni genetycznymi skłonnościami aczkolwiek niekoniecznie muszą one definiować nasze życie (dziecko osoby ze skłonnościami do alkoholizmu niekoniecznie w dorosłym życiu będzie alkoholikiem).] Gorzej jeśli po tablicy noworodka zaczyna bazgrolić ktoś, kto się nie nauczył dobrze pisać.
Jeśli masz lub chcesz mieć dziecko z innych powodów niż podpunkt a), c), d) lub e) -  udaj się do ginekologa po antykoncepcję / zacznij używać gum a następnie idź do psychologa.
Dziecko nie jest kolejnym kawałkiem, którego brakuje ci do prawie idealnie ułożonych puzzli; nie jest też tym, co pozwoli ci uwierzyć, że twoje życie jest trochę mniej do dupy niż jest.

Spotkałam się kilka razy w swoim życiu z określeniem używanym przez kobiety, które - mimo że wkroczenie w wiek dorosły mam już za sobą - sprawia mi do dzisiaj problemy. Mianowicie nie rozumiem, co kobiety mają na myśli, gdy mówią "zrobił mi dziecko". Pytam nieśmiało: to znaczy co, że zapłodnił cię wbrew twojej woli? zgwałcił cię? Odpowiedź: no nie... Pytam dalej: to znaczy, że cię zmusił do posiadania dziecka? Odpowiedź: to nie tak... Po prostu wyszło.
Po prostu wyszło. "Zrobił jej dziecko". W rzeczywistości chodzi o to, że "wpadli". Oboje. Ona też. Ale powiedzieć "zrobił mi dziecko" brzmi (chyba?) lepiej bo odpowiedzialność za beztroski seks spada na niego.

Ludzie, którzy mają dzieci - mają je tylko przez pewien czas dla siebie. Gdy dzieci te 'wędrują w świat' - tworzą społeczeństwo lub jego margines. W momencie, gdy rodzi się dziecko, rodzice oczywiście nie myślą o tym. Są na etapie "posiadania dzieci". Gdy owe dzieci zaczyna "posiadać" również społeczeństwo - za późno już jest na  uświadamianie rodzicom, co zrobili źle w wychowaniu dziecka i czy w ogóle je wychowywali.
Przywołam w tym miejscu wspomnianą Aleksandrę Gietner. Dziewczyna z poprawczaka znana filmolubom z "Cześć Tereska" Glińskiego (więcej szczegółów tutaj) Mimo wystąpienia w filmie, otrzymanej szansy na stypendium w USA, Ola nie potrafiła i nie potrafi do dzisiaj normalnie żyć (przeczytaj: Ola i Karolina - jak żyją 'aktorki' filmu "Cześć Tereska"). Motorem, który pchnął ją w margines społeczny, była przede wszystkim jej matka - kobieta, która matką być nie powinna. Zachęcam do obejrzenia reportażu:
 Magazyn Ekspresu Reporterów - Aleksandra Gietner
Ola urodziła dziecko, które również nie ma rodziców, wychowuje je babcia.
I tak historia zatacza koło.

2. Gdy dziecko dokonuje przemocy...
W rozwoju dziecka następuje etap, na którym może ono okazywać przemoc najczęściej wobec małych zwierząt. Psychologowie mówią o tzw. okrucieństwie z ciekawości.  Sama przypominam sobie, że w wieku 4 lat ucinałam ślimakom głowy za pomocą kawałka szkła i przyglądałam się z zaciekawieniem, co się dzieje. 
Takie zachowanie nie powinno niepokoić; nie jest ono objawem żadnej patologii w rozwoju dziecka.

Jednakże, w sytuacji, gdy dziecko ma za sobą okres przedszkolny i okazuje przemoc wobec ludzi i/lub zwierząt, dla rodzica powinien to być sygnał do interwencji. Jeśli dziecko ma takiego rodzica jak Ola - interwencja leży po stronie innych członków rodziny i/lub nauczycieli. Dziecko okazujące okrucieństwo ma problemy psychiczne! kliknij - krótki artykuł na ten temat
Niestety, informacje na temat przemocy a nawet morderstwa dokonanych przez nieletnich, mnożą się.
Kilka dni temu przeczytałam artykuł o tym, że ośmiolatek wrzucił do mrowiska kota i nakrył go wiadrem, aby ten nie mógł się wydostać. treść artykułu tutaj 
Najgorszą reakcją dorosłych jest BAGATELIZOWANIE problemu. Argument pt. "to tylko... (pies / kot / chomik etc..) wyprowadza mnie z równowagi. Świadczy po prostu o głupocie. O ciasności umysłu. O bardzo niebezpiecznej ciasności umysłu. Przemoc jest przemocą. Akt zadawania cierpienia dla zabawy jest bardzo niebezpiecznym zachowaniem u dziecka. Nieważne, czy dokonany wobec zwierzęcia czy człowieka. Pomijam fakt, że zwierzę odczuwa ból i strach w tej samej mierze co człowiek oraz ma swoje prawa. Nie ma żadnej pewności, że dziecko, które świadomie znęca się nad zwierzęciem, nie wyrośnie na człowieka, który skieruje swoją agresję w stronę drugiego człowieka. 
Gdy w dziecku przestaje się rozwijać empatia lub zostaje ów rozwój zakłócony, jest bardzo prawdopodobne, że społeczeństwo 'hoduje' sobie przyszłego kryminalistę. 

Mitem jest, że tylko dziecko pochodzące z rodziny ubogiej czy też dotkniętej alkoholizmem itp. wyrośnie na reprezentanta marginesu społecznego. Zachowania agresywne, przemoc, morderstwa dokonują również dzieci wywodzące się z rodzin zamożnych. więcej na ten temat choćby tutaj
Nie oszukujmy się. Przyczyny agresji upatrywane np. w internecie, grach komputerowych itp. to zasłony dymne i wygodna zamówka. ZAWSZE winien jest rodzic. Zawsze. Wydał dziecko na świat i jest za nie w 100% odpowiedzialny. 
Tymczasem, dla przykładu, na jednych z zajęć w szkole zaocznej, które prowadzę, słuchacze - rodzice zrobili wielkie oczy ze zdziwienia, gdy powiedziałam im o istnieniu programów zabezpieczających, które powstały w celu ochrony dzieci korzystających z internetu (np. Motyl 2010, Beniamin, LockitTight itd.)
Lenistwo, ignorancja i źle poukładane priorytety w życiu - oto rodzicielska wina. 

3. Dzieci i zwierzęta.
Nie będę pisała o takich oczywistościach, jak ta, że dziecko wychowywane w domu, gdzie jest zwierzę lub są zwierzęta, ma o wiele bardziej pogłębioną wrażliwość względem ludzi i zwierząt niż dziecko, które nie ma z żadnymi czworonogami kontaktu. Napiszę o przypadkach.
Przypadek 1. Jest pies lub kot zanim pojawi się dziecko. Pojawia się dziecko. Rodzice, szczególnie matka, ulegają paranoicznym lękom, że pies lub kot wyrządzi dziecku (jakąś) krzywdę. W rezultacie pies lub kot zostaje wydany innym ludziom lub oddany do schroniska lub wyrzucony na ulicę. Należy się medal za ignorancję i brak odpowiedzialności za zwierzę.
Mogłabym stworzyć listę rodzin, które mam przyjemność znać, a w których przyszłe na świat dziecko miało za towarzysza psa lub kota. Jeśli pies był wychowany i ułożony we właściwy sposób przez właścicieli, nie ma możliwości, żeby wyrządził dziecku krzywdę. O ile rodzice nie popełnią błędu. Jednym z błędów jest całkowite izolowanie psa od dziecka. Pies 'nie zna' dziecka, staje się o nie dodatkowo zazdrosny. Przy pierwszej okazji da o tym znać. Drugim błędem jest pozostawianie psa samego z dzieckiem. Pies, choćby nie wiem jak łagodny, jest drapieżnikiem i może, nawet nie chcąc zaatakować, np. ugryść gdy dziecko  zrobi mu krzywdę - należy o tym pamiętać. W przypadku kota - jeśli ma on przycięte pazury - w zasadzie nie stanowi dla dziecka żadnego zagrożenia.
Takie zabawy tylko w obecności dorosłych ludzi:

Przypadek 2. Jest pies lub kot. Pojawia się dziecko. Dziecko ma alergię na sierść. Pies lub kot  zostaje wydany innym ludziom lub oddany do schroniska lub wyrzucony na ulicę.
W pierwszej kolejności mam pytanie - czy jeśli dziecko miałoby alergię na pyłki roślin - rodzice zdecydowaliby się na usunięcie drzew, krzewów i kwiatów z najbliższego otoczenia? Czy też nie wychodziliby z dzieckiem z domu?
Najczęściej 'alergia dziecka' jest zamówką do pozbycia się zwierzęcia.
Jest to dolegliwość, którą się leczy. Gdy zażywane są leki - objawy alergii znikają niezależnie od tego, czy człowiek ma styczność z alergenami (poza paroma nielicznymi wyjątkami). Poza tym jest to dolegliwość, która może ustąpić - niekoniecznie ma się ją do końca życia. Znam przykłady z autopsji.
Przypadek 3. Jest kot. Jest ciąża. Pojawia się domniemana możliwość zarażenia się toksoplazmozą. Kot  zostaje wydany innym ludziom lub oddany do schroniska lub wyrzucony na ulicę. Należy się sto medali z buraka za ignorancję. Toksoplazmozą można się zarazić poprzez bezpośredni kontakt z kałem kota. Porzez niechlujność i brud - niemycie rąk przed jedzeniem, niemycie owoców i warzyw przed spożyciem. Mało tego! Toksoplazmozą można się zarazić, nie posiadając w domu kota!
Dobry początek do popadnięcia w psychozę.
Przypadek 4. Jest pies. Pojawia się dziecko. Mieszkanie okazuje się za małe dla obydwóch.  Pies zostaje wydany innym ludziom lub oddany do schroniska lub wyrzucony na ulicę. Krzywda dla zwierzęcia, strata dla rozwoju dziecka. Co to znaczy, że jest za mało miejsca dla psa? Jeśli masz mieszkanie o powierzchni 30-40 metrów kw. i sprawiłeś sobie charta albo doga to niezależnie od tego, czy pojawi się dziecko czy nie, od początku jest to za małe mieszkanie dla tak dużego psa! Jeśli zaś posiadasz yorka  - jaka różnica w tym, że pojawiło się dziecko?
Przypadek 5. Jest dziecko. Nie ma zwierząt. "Nie ma warunków" na posiadanie psa lub kota.
W takiej sytuacji, gdy dziecko będzie w wieku szkolnym, sprezentuj mu świnkę morską.
Przypadek 6. Jest pies. Jest dziecko. Pies pogryzł dziecko. Niezależnie od okoliczności i szczegółów zajścia zasada jest jedna. To jest ZAWSZE bezpośrednia wina właściciela psa i rodzica dziecka. Nie psa, nie dziecka! Właściciel jest odpowiedzialny za psa - za jego właściwe wychowanie i ułożenie, za jego komfort psychiczny i zrozumienie jego psychiki. Rodzic jest odpowiedzialny za dziecko - za jego bezpieczeństwo oraz za właściwy stosunek do zwierząt, opierający się na szacunku względem tychże.
Polecam artykuły: jak edukować dzieci, aby szanowały zwierzęta oraz pies i dziecko - zasady postępowania

4. Dyscyplina - bić czy nie bić?
Reprezentuję pokolenie, w którym metodą wychowawczą były m.in. kary cielesne. W 3. lub 4. klasie SP dostałam od księdza zeszytem po głowie. Nauczyciel historii (SP) za hałasowanie na lekcji "sadził kokoski" na głowie - to znaczy podchodził do delikwenta i pięścią jednorazowo stukał dość mocno w głowę. Mój Ojciec nigdy w życiu mnie nie uderzył a jego umiejętność bezgranicznego wybaczania wszystkich moich przewinień i błędów zawsze wprawiała mnie w zakłopotanie i ogromny wstyd, gdy coś zrobiłam źle. Za to Mama sadziła mi laczka na dupę za każdym razem gdy przyniosłam ze szkoły w dzienniczku uwagę (czyli często). Szczególnie pamiętam jeden dzień, gdy goniła mnie z laczkiem po mieszkaniu i wyzywała "ty małpo niemiłosierna, zaraz ci pokażę" a ja zwiewałam tak długo póki Mama się nie zmęczyła i nie odpuściła. Ale również pamiętam dzień (I klasa SP), gdy czytając uwagę w dzienniczku, roześmiała się i powiedziała "matko boska, co ja mam za córkę" - treść uwagi pamiętam do dzisiaj: "córka głośno rozmawia na lekcji i gryzie koleżanki". Poniekąd uwaga ta była niesprawiedliwa ponieważ ugryzłam tylko raz i tylko jedną koleżankę i zrobiłam to z bezsilności ponieważ owa koleżanka, dużo silniejsza ode mnie, dokuczała mi i biła mnie. Po ugryzieniu już tego nie robiła. A ja nie dostałam laczka gdy wyjaśniłam Mamie całe zajście.
Z perspektywy czasu nie mam wątpliwości, że mamowe laczki czy kokoski historyka w żaden sposób nie wpłynęły na mnie negatywnie. Mama przedstawiała swoje zasady jasno - masz być grzeczna w szkole. Jeśli dostaniesz uwagę - dostaniesz lanie (szumne słowo w tym przypadku oznaczało dwa klapy laczkiem po dupie i koniec).
Z opowiadań mojego brata pamiętam jeszcze jeden mamowy wyczyn. Kiedyś przyłapała go jak pociągnął papierosa, którego zostawiła w popielniczce na chwilę. Miał 6 lat. Mama zmusiła go do wypalenia całego papierosa. Zrobił to a następnie zwymiotował. Efekt? Dziś ma 41 lat i nigdy po tym incydencie nie wziął papierosa do ust.

Dzisiejsze tendencje pedagogiczno-wychowawcze w kwestii kar cielesnych są w moim odczuciu mocno przesadzone. Wymierzenie klapsa w tyłek dziecka a wielokrotne bicie go po całym ciele z użyciem przedmiotów typu pas to dwie różne kwestie, z czego druga jest przemocą i znęcaniem się.
Niewątpliwie w wychowaniu dziecka kluczową sprawę odgrywają miłość, czułość, troska, szacunek i zainteresowanie okazywane dziecku od momentu jego przyjścia na świat. Jednakże potrzebna jest również dyscyplina, konsekwencja i jasne reguły postępowania przedstawione i egzekwowane przez rodzica od momentu, gdy dziecko wkracza w etap dorastania. Nagłe 'przebudzenie się' i moralizowanie dziecku, gdy jest ono w wieku 15.-18. lat ma taki sens jak gonienie odjeżdżającego pociągu.

Na zakończenie podjętego tematu odsyłam Was do filmu "Pręgi" M. Piekorz na podstawie powieści W. Kuczoka "Gnój". Poniżej fragmenty:


Oraz także do filmu "Męska sprawa" S. Fabickiego.
Obydwa mocno dają do myślenia.