czwartek, 23 maja 2013

mędrzec nie krzyczy..., czyli kilka myśli na temat Krystyny Pawłowicz

Karmel:

Krystyna Pawłowicz po raz kolejny się zbłaźniła. Żadna to nowość, że jest dla internautów tworzących memy pożywką niemal numero uno. Dziwię się, że PiS trzyma ją nadal w swoich szeregach, ponieważ ta kobieta ewidentnie zraża swoimi chamstwem i zacietrzewieniem wielu niezdecydowanych wyborców.
Kto obejrzał ten materiał: Pawłowicz znowu agresywnie szczeka, a uważa się za człowieka inteligentnego, ten odczuje niesmak. Dlaczego? Moje zdanie:

1. Odrzuca mnie i zniechęca ton, wydźwięk i poziom retoryki Pawłowicz. Jako polityk jazgocze, przekrzykuje, używa słownej przemocy, daje upust swoim emocjom - reasumując, robi coś, czego rasowy polityk robić nie powinien (nie jest w tym stylu niestety odosobniona). O czymkolwiek by nie mówiła - taki sposób mówienia w przestrzeni publicznej jest niedopuszczalny. Nawiązując do tematu mojego tekstu - mędrzec nie krzyczy. Nie jazgocze. Pawłowicz poprawia dziennikarza: nie chce być posłanką, chce być posłem. Dobrze, mnie też drażnią na siłę czynione formy żeńskie, które brzmią groteskowo. Ale akurat do Pawłowicz groteska pasuje jak ulał.
Po 1. Obruszając się na formę "posłanka" uderza w środowisko feministek, które - w bardziej lub mniej udany sposób - jest spadkobiercą emancypantek, sufrażystek, bez działalności których Pawłowicz dzisiaj zasuwałaby przy garach zamiast wytrząsać się przed mikrofonem. 
Po 2. Jej napastliwość i kategoryczność wyklucza jakikolwiek dialog. Nieważne, komu zdecydowała się udzielić wywiadu. Mogła przecież odmówić stacjom, dziennikarzom, które i których uważa za niewiarygodne. Ale jeśli zdecydowała się podjąć dyskurs - powinna zastosować się do podstawowych wytycznych dotyczących prowadzenia dialogu. Jakież to kurewsko polskie - przekczyczeć, stłamsić, zagadać do granic cierpliwości... 
Po 3. Mędrzec nie krzyczy - panuje nad sobą, dlatego jest mędrcem. Przewyższa tym skołtunione pospólstwo, które musi wykrzyczeć, co mu na wątrobie leży. Mędrzec przygląda się z boku i ironizuje. I dostrzega rzeczywistość z dystansu - jakże go potrzeba temu krajowi!
Po 4. Pawłowicz albo nie chce, albo nie potrafi zauważyć, że treść zaproszenia na happening, która niemal postawiła jej przylizane na babcię włosy na głowie, została przez twórców ujęta w ironiczny i zdystansowany cudzysłów! Że nie należy traktować dosłownie zestawienia "cyklistów" i "dewiantów" - że należy podejść do tego z dystansem (sic!), zapytać siebie, co twórcy chcą osiągnąć, co mają na myśli. Że być może jest to prowokacja, która ma wywołać jakieś przemyślenia...
Po 5. Pawłowicz pogardliwie mówi o kobietach, które zdjęły ubranie i pokazały swoje piersi - fakt faktem - obwisłe, ale jakie to ma znaczenie? Pawłowicz niemal z obrzydzeniem wyraziła się na ten temat. To jest wprost nie do pojęcia. Kobieta otyła, w babcinych okularach, z babciną fryzurą, beznadziejnie szara - ostrymi słowami przeciwstawia się młodszym kobietom, które odkryły część swojego ciała w przekonaniu, że o coś walczą, i rzuca pełne pogardy słowa dotyczące ich cielesności. Po prostu niesamowite.

2. Slut walk nie pojawił się w Polsce znikąd. Takie happeningi miały miejsce na Zachodzie Europy. I pewnie nadal mają miejsce, i będą miały. Moje zdanie: nie przekonuje mnie taki rodzaj manifestowania w jakiejkolwiek sprawie. Nie popieram tego. Ale jako człowiek tolerancyjny, uważam, że jeśli są ludzie, którzy czują potrzebę, aby w ten sposób działać i uzyskają na to zgodę - ja nie mam nic przeciwko. Na pewno zgodzę się z jedną z myśli przewodnich organizatorów: niezależnie od tego, co kobieta na siebie włoży, w co się ubierze - może to być kusa spódniczka i wyzywający dekolt - NIE OZNACZA TO, że jej winą będzie, jeśli zostanie ofiarą gwałtu! Mężczyźni nie są bezmózgimi robotami i nie mają w centrum nerwowym prącia. A nawet jeśli chcieliby, aby w ten sposób usprawiedliwiać przestępstwo tych nielicznych (na szczęście), to absolutnie jestem przeciw. Jesteśmy przede wszystkim ludźmi. 


Grzech:
Do wypowiedzi Pani Pawłowicz odnosić się nie chcę, ale mikroskopijny komentarz na temat sensu Marszu Szmat stworzyć muszę. I wydaje mi się, że nic mądrzejszego i inspirującego nie wymyślę niż zacytowanie słów pewnego amerykańskiego pisarza,który skomentował prosto "Czy kiedykolwiek tłumaczono gwałt na mężczyźnie jego zbyt wyzywającym strojem? I argumentowano, że sam się doigrał nakładając na przykład obcisłe szorty"?


niedziela, 19 maja 2013

paradoksy snu

K

Lubię spać. Lubię zakopywać się w sen. Pod warunkiem, że stanowi gościnny dom złożony z przyjemnych irracjonalnych fabuł. Ciągoty w kierunku sennego eskapizmu są ponoć domeną ludzi nadwrażliwych i skłonnych do depresji. Może też być tak, że - nie komplikując faktu - człowiek czuje owe ciągoty, ponieważ ma tego snu za mało? Hej, to ja!
Jestem zdecydowanym przeciwnikiem popołudniowych drzemek. Nasilają migrenowe bóle  i "wyrywają" z dziennego rytmu. Dziś jednak skusiłam się na odpłynięcie - w założeniu miało ono trwać "godzinkę". Trwało zaś nieco dłużej, ale nie to jest problematyczne. Moim celem popołudniowej drzemki było nadrobienie braków w wypoczynku i zregenerowanie sił. Co za bzdura.
Obudziłam się, zresztą nie pierwszy raz, zniesmaczona i jeszcze bardziej zmęczona, niż byłam wcześniej.
Na intensywną treść mojego snu (faza raczej REM, nie sądzę abym odpłynęła głębiej) składały się sceny, w których próbowałam nakarmić zagłodzone kocięta - jedno (wydawało mi się) już nie żyło, ale później okazało się, że jednak żyje, bo zaczęło wykonywać agonalne ruchy, jakby nagle wyrwało się z jakiejś katatonii; następnie próbowałam ratować poranione ptaki z długimi dziobami - wyglądały jak pelikany. Dwa z nich siedziały w misce z wodą, jeden kichał, stąd wywnioskowałam, że jest przeziębiony. Wszystko działo się w lesie. Jak się przekonałam, musiałam być kimś ważnym, ponieważ miałam służbę - lokaj w stroju sprzed 200 lat odmawiał wykonania mojego polecenia - kazałam mu dobić kocię w agonii, aby skrócić cierpienie tego zwierzątka. I sen się urwał, przebudziła mnie konieczność pozbycia się z organizmu nadmiaru płynów.
Gdy wróciłam do sypialni, nie byłam już przekonana co do tego, czy nadal chcę "regenerować siły".
Zadałam sobie w myślach pytanie - dlaczego (do jasnej i ciemnej cholery) nie mogę śnić o czymś przyjemnym, co pozwoliłoby mi odpocząć -  na przykład o nurkowaniu w czystym jeziorze?! 
Często śnią mi się.... zakonnice i często w sytuacji, w której mnie gonią a ja przed nimi uciekam. Czasami mają karabiny i chcą do mnie strzelać. Tak, wiem, śmiejesz się, czytając to, ale wierz mi, że gdy zrywam się z łóżka - nie jest mi do śmiechu.
Innym paradoksem związanym ze snem jest to, że gdy wracam z pracy, to mam ochotę położyć się do łóżka i obudzić się następnego dnia. Nie czynię tego jednak, zakładając, że jak przeczekam ten czas, to zmęczenie nasili się około 22-23.00 i będę mogła położyć się spać wcześniej niż wczoraj, przedwczoraj, tydzień, miesiąc i pół roku temu... Przeczekuję zatem ów kryzys. Następnie około 22.00 całe moje zmęczenie i senność odchodzą, umysł zaczyna pracować na wyższych obrotach i właściwie mogę nie spać do 1-2.00 w nocy. Dzięki temu doświadczam nieustannie Dnia Świstaka! 
Problemy ze snem mają również zdecydowanie negatywny wływ na moją wiarę. Mianowicie zawsze rano, po wyłączeniu budzika nie potrafię uwierzyć, że to już. Że muszę wstawać. I niemal na kolanach odbywam pielgrzymkę przed ołtarz, na którym stoi ekspres do kawy.
Jakieś rady?
;-)



wtorek, 30 kwietnia 2013

Gra o Tron zamienia się w Grę o Wszystko

G

To może być cudowna wiadomość dla fanów książek i serialu "Gra o Tron", ale będzie zdecydowanie gorsza dla całego świata. Bo serial rozrasta się i pochłania rzeczywistość.
Forpoczta to Jaimie Lannister.
Zaobserwowałem to w ciągu kilku ostatnich dni

Poniedziałek. Oglądam najnowszy odcinek "Gry o Tron". I zwracam szczególną uwagę na rewelacyjnie oddaną relację Brienne i jej więźnia Jaimiego Lannistera

Sobota. Grypa i konieczność walki z nią umożliwia mi obejrzenie horroru o tytule raczej niespotykanym w przypadku tego typu filmów -  "Mama". W jednej z głównej ról Jaimie Lannister. Chodzi w dzinsach i ma dziewczynę, która gra na basie w zespole metalowym. Olaboga!

Poniedziałek. Kino. W widowisku sf  "Niepamięć" Tom Cruise broni instalacji pobierającej wodę przed Padlinożercami. Ale jak mu pozwoli na to scenariusz to zza jego ramienia wyskakuje Jaimie Lannister i strzela (celnie!) ze snajpierki. Olaboga!

Wtorek. Boję się otworzyć puszkę sardynek...



wtorek, 23 kwietnia 2013

Trzy wariacje na temat konsternacji

K

Wracam po prawie miesięcznej przerwie spowodowanej moją nową pracą - mianowicie obecnie jestem z zawodu dyrektorem, parafrazując żonę - dziunię z zacnego filmu "Poszukiwany, poszukiwana", i to zajęcie dostarcza mi nowych wrażeń pod tytułem: "myślenie o zawodowych obowiązkach 24 h/dobę 7 dni w tygodniu".
Ad rem:
Konsternacja (łac. consternatio) zażenowanie, zakłopotanie, zmieszanie lub uczucie paniki wywołane zaistnieniem niepomyślnej sytuacji lub zbiegu okoliczności.
Zdarzyło mi się kilka razy odczuć ją z własnej winy. Na przykład na spotkaniu z szanowanym profesorem - historykiem literatury, przed którym chciałam się pochwalić tym, że przeczytałam jego ważną książkę, a gdy zapytał, patrząc mi prosto w oczy, którą, ja, w wyniku stresu, zapomniałam tytułu i, co gorsza, desperacko odparowałam: "tę w różowej okładce". Ale to było dawno temu, w czasach studenckich.
Jednakże tak zwane wtopy towarzyszą człowiekowi nieustannie i niezależnie od wieku. Oto kilka z najświeższych, w których brałam udział:

1. W czasie spotkania ze znanym w kraju pasjonatem historii oraz księdzem wyznania greckokatolickiego - dialog:
moja towarzyszka, przeglądająca książkę owego pasjonata: 
- co znaczy "filaktyczny"? Nie znam tego słowa - "filaktyczny".
Biorę od niej książkę, zerkam i pokazuję jej palcem linijkę wyżej, z prawej strony człon "pro-".
Moja towarzyszka:
- Ale nie powiesz nikomu?!?!?
Obie wybuchamy intensywnie stłumionym śmiechem i się krztusimy.

2. W szpitalu, w którym musiałam mieć wykonany rentgen klatki piersiowej, woła mnie pani do gabinetu i mówi:
- Proszę się rozebrać.
Stoję w korytarzu za - fakt faktem zamkniętymi - drzwiami i się rozglądam za jakąś "rozbieralnią".
Po czym desperacko pytam:
- Tutaj?!
- Tak, tutaj - pani spogląda na mnie ze zdziwieniem.
- A jak ktoś wejdzie?!?!?! - wołam oburzona.
- Proszę pani, te drzwi z zewnętrznej strony nie posiadają klamki.
Otwieram gębę i zastygam w samym środku wzbierającego tsunami konsternacji.

3. Na zjeździe dyrektorów szkół, w wypasionym, czterogwiazdkowym hotelu, w pokoju, który dzieliłam z dwiema towarzyszkami - dialog:
- Te drzwi się nie zamykają! - powiedziała jedna z moich towarzyszek.
- Jak to się nie zamykają? - odparłam zdziwiona - przecież są zamknięte i nikt nie wejdzie.
- Jak to nikt nie wejdzie?! - moja towarzyszka żywo ruszyła w stronę drzwi, złapała za klamkę i je otwarła, po czym rzuciła triumfalne: A NIE MÓWIŁAM? A NIE MÓWIŁAM??
- Weź kartę, wyjdź i zamknij drzwi. Spróbuj otworzyć dzrzwi bez karty a potem z kartą.
Tak też zrobiła. Gdy drzwi się otworzyły, ujrzałam w nich misiowatą minę mojej towarzyszki:
- Ale nie powiecie nikomu??

Rok temu, z racji nastąpienia wiosny pisałam o zmianach (a pisałam tak) - nadal uwielbiam ową zmianę powietrza z ostrego zimowego w łagodny wiosenny, ale dotarło do mnie dobitnie: zmiany są różne. Są dobre, są złe. Taka oto równowaga, żeby nie było zbyt słodko. I nie jest to żadna odkrywcza myśl. Ale w tym momencie jest mi potrzebna.
A Wam? Czego potrzebujecie?




poniedziałek, 25 marca 2013

Wierzba smocza, malinowe kalosze i strumień świadomości

K


Czy można dać się oczarować przez gałąź? Można. Uległam jej dzisiaj. Tak, gałęzi. Ale po kolei.
Wybrałam się z moimi domownikami na duży targ. Zasadniczo w celu zrobienia zakupów spożywczych przed świętami. Ale ze mną nie robi się takich po prostu zakupów. W drodze powrotnej do domu w aucie leżała owa gałąź, której tożsamość pojawi się za parę zdań, oraz malinowe kalosze. Bo, Szanowni Czytelnicy, nie ma udanych świąt bez gałęzi i kaloszy. To jest całkowicie zrozumiałe.
Mijając kolejne stragany i wpatrując się w mnogość wszystkiego, szczególnie w rzeczy i przedmioty absolutnie niezbędne do życia, jak na przykład kiczowate i przeurocze wełniane kury zrobione na szydełku (jedna już stoi u mnie w pokoju na półce), natrafiłam na wielkie wiaderko a w nich na TE gałęzie. I stanęłam jak zaczarowana. 
- Prawda, że piękne? - odezwała się pani sprzedająca owe cuda.
- Taaaak - wyskrzypiałam, nie odrywając wzroku od nich.
Pani sięgnęła po najbardziej okazałą, ponad metrową sztukę i mi wręczyła.
- Ta jest najładniejsza. Jeśli nie włoży się ją do wody, będzie służyć jako ozdoba przez lata. Ale jest też najdroższa.
- Ile kosztuje?
- 7zł.
W myślach pojawiło mi się mniej więcej coś takiego: ?!?!?!?!?. Byłabym skłonna za nią dać dużo więcej.
Wyciągnęłam dwie monety z kieszeni i po chwili gałąź była już moja. 
Po powrocie do domu, udałam się do wujka google, aby sprawdzić, co to za rodzaj wierzby (tak, bo to wierzbowa gałąź), nie było to takie łatwe, wpisywałam "dziwna wierzba", "złączone gałęzie wierzby" itp. W końcu dotarłam do właściwych zdjęć i dowiedziałam się, że to cudeńko, które teraz zdobi mi ścianę, jest integralną częścią drzewa o nazwie wierzba sachalińska sekka, inaczej smocza! i pochodzi z Azji. 
A tutaj jej fragment na mojej żółtej ścianie (pod podanym linkiem kryją się ładniejsze zdjęcia):
Z kaloszami łączy ten fragment rośliny to, że zostały kupione w tym samym dniu. Udało mi się namówić moją prawie siedemdziesięcioletnią Mamę na to, aby kupiła sobie wellingtony jako gwarancję nieprzepuszczalności wilgoci w deszczowe dni. Mama przymierzała pierwej czarne. 
- Pogrzebowe - powiedziałam - nie ma pani innych kolorów?
- Są, ale raczej nie dla starszej osoby.
- Ale jaki to kolor?
- Malinowy.
- To jest idealny kolor dla starszej osoby - powiedziałam do pani, akcentując słowo "starszej".
Pani chyba nie uwierzyła i zapytała moją Mamę:
- To przynieść pani te malinowe?
Ale Mama nie zdążyła odpowiedzieć, ponieważ ją ubiegłam:
- TAK, poprosimy.
W malinowych kaloszach moja Mama wyglądała jak ktoś, kto ma poczucie humoru. W ubiegłe wakacje kupiłam jej słoneczne okulary z czerwonymi oprawkami. 
- Idealnie skomponują się z czerwonymi okularami - powiedziałam.
- Jak pada deszcz to nie świeci słońce - odpowiedziała Mama.
Fakt. Nie pomyślałam o tym. Kupiłyśmy owe kalosze w kolorze malinowym, co Mama skwitowała jednym zdaniem "zgłupiałam przez ciebie" i miała oczywiście na myśli mnie. Nie szkodzi, pomyślałam, ludzie głupieją na mniej przyjemne sposoby.
W domu rozpakowałam owe buty, aby sprawdzić, czy będą pasować również na moje stopy. I gdy wykładałam je z reklamówki, uderzył mnie ich intensywny zapach. 
Gumowy zapach, który zdał mi się bardzo znajomy. Wścibiłam pół twarzy do cholewy kalosza i zaczęłam energicznie niuchać. Mama już nawet nie komentowała mojego zachowania.
I nagle do mnie dotarło!!! Tak pachniała głowa mojej pierwszej wymarzonej i upragnionej lalki - tzw. bobasa! Miałam wtedy pięć lat. Były to czasy schyłkowego socjalizmu, choć moi Rodzice jeszcze nie przewidywali tego, co nastąpi w 89. roku. Ja tęsknymi oczami powodziłam za reklamami zabawek na niemieckim programie RTL. Wręcz dostawałam wytrzeszczu pełnego łakomstwa, gdy przede mną roztaczał się nieosiągalny świat klocków Lego, domów dla lalek w pastelowych kolorach, kucyków z długimi włosami, lalek barbie, bobasów, które wydawały dźwięki płaczu i śmiechu oraz mnóstwa rozmaitych kuszących gadżetów.
Moja Mama wiedziała o moich tęsknotach, jednakże zasobność naszego budżetu domowego nie pozwalała na zakupy w socjalistycznym eldorado, czyli Pewexie. Aczkolwiek, po paru miesiącach, w dniu gdy przychodził do domu Gwiazdor (nie święty Mikołaj a właśnie Gwiazdor), zadając przerażające pytanie, na które gorączkowo odpowiadałam "tak, tak, tak, tak!", byleby szybciej dostać to, co trzymał w worku; w ten właśnie dzień, po rozpakowaniu prezentu dla mnie, do uszu moich Rodziców i reszty rodziny dotarła cała gama pisków i kwików, jakie tylko mój aparat mowy był w stanie wydobyć. Przede mną leżał bobas!!! Miał gumową głowę i gumowe kończyny, środek jedynie był z materiału. Pamiętam, że chwyciłam ową lalkę i zaczęłam skakać po całym pokoju, pokrzykując "mam bobasa, mam bobasa!" a potem wyściskałam moich Rodziców, Gwiazdora mając już głęboko gdzieś, ponieważ zdążyłam się zmiarkować rok wcześniej, że był to po prostu sąsiad w przebraniu. 
Niestety, nie cieszyłam się tą lalką zbyt długo. Moja dociekliwa natura nie pozwoliła mi na nierobienie rozmaitych eksperymentów. Po kilku kolejnych miesiącach wpadłam na pomysł, aby bobasowi zrobić nożyczkami otwór gębowy. Wycięłam go dość nieudolnie tam, gdzie były zaznaczone na różowo usta.
Efekt mojej pracy niezbyt mi się spodobał; postanowiłam go ukryć przed Mamą. 
Po kilku dniach od tegoż czynu, gdy byłam w trakcie pochłaniania obiadu, spontanicznie postanowiłam podzielić się częścią posiłku z moją lalką. Poprzez otwór gębowy, który przypominał raczej zwieracz, nawrzucałam kilka kawałków mięsa i surówki. Zadowolona z tego, że nakarmiłam moją lalkę, dokończyłam swój obiadowy przydział.
Po następnych kilku dniach nie tylko mi coś zaczęło przeszkadzać. Mianowicie mój bobas zaczął po prostu śmierdzieć. Moja Mama, próbując zlokalizować w pokoju ów przykry zapach, odkryła nie tylko to, że lalka miała na twarzy otwór gębowy w kształcie zwieracza, ale również to, że w środku gumowej głowy rozkładały się kawałki mięsa i surówki. Ku mojej rozpaczy i nie bacząc na moje desperackie błagania, postanowiła bobasa wyrzucić. Płakałam przeraźliwie, jednakże nic nie wskórałam. Znowu zostałam ze swoimi plastikowymi lalkami o smutnych jak epoka, w której spędzałam dzieciństwo, obliczach. 
Wracając do rzeczywistości z 2013 roku, uśmiechnęłam się ciepło do zupełnie obojętnych na ten gest malinowych kaloszy. I poczułam się przez ten moment jak Proust, jak Woolf, jak Joice. I było mi przyjemnie......



sobota, 16 marca 2013

O odżywianiu się jeszcze nie pisałam....

K

Do napisania tego, lightowego jak na mnie, tekstu skłoniła mnie sytuacja w punkcie krwiodawstwa. 
Otóż, udałam się, jak zwykle co trzy miesiące, oddać krew. W przychodni oprócz mnie były dwie dawczynie: starsza, jak na moje oko, miała trzydzieści pięć lat, młodsza dwadzieścia parę. Obie z bardzo widoczną nadwagą, starsza z nich niesłychanie wręcz otyła. Po oddaniu krwi spotkałyśmy się w "pokoiku" na kawie (dla niewtajemniczonych - powinno się napić kawy lub przyjamniej mocnej herbaty, ponieważ po oddaniu krwi spada jej ciśnienie w organizmie). Okazało się, że panie były bardzo rozmowne.
- Ile ci schodziła?
W pierwszej chwili nie skojarzyłam, o co zostałam zapytana. Ale szybko zmiarkowałam się i odpowiedziałam:
- pięć minut i kilka sekund.
- ooo, popierdalała! nom szła wincy niż sześć minut.
Już mi się odechciało rozmawiać. Pomyślałam, że obie kobiety - siostry, jak się potem okazało - mieszkają na wsi, ale nie, mieszkają w tym samym mieście co ja.
Do pokoiku weszła pani pielęgniarka z informacją do młodszej ze sióstr:
- pani ma za niską hemoglobinę. wprawdzie mieści się w normie, ale jest na granicy. Proszę o siebie zadbać.
I wyszła. Szkoda, że nie powiedziała, na czym owo zadbanie ma polegać, ponieważ następnie usłyszałam:
- no to bydziesz musiała wincy mjynsa jeść!
Zerknęłam na nie ze zgrozą w oczach i postanowiłam się włączyć:
- żelazo, oprócz czerwonego mięsa, jest również w warzywach, a te wiadomo, są zdrowsze.
Uśmiechnęłam się do nich, oczekując odpowiedzi, którą usłyszałam od starszej ze sióstr:
- a co jo królik jestem? - i obie w śmiech.
Uśmiechnęłam się raz jeszcze, tym razem z zamiarem zamilknięcia na dobre.

Od kilku lat poziom mojej hemoglobiny waha się od 13,7 do 14 g/dl; za każdym razem przed oddaniem krwi a po badaniu słyszę od pani pielęgniarki: "ale ma pani piękną krew" albo "ale ma pani dobrą krew". Gdybym miała w procentach określić, co stanowi moje pożywienie, wyglądałoby to mniej więcej tak: warzywa 75%, owoce 5%, produkty zbożowe 15%, owoce morza 5%, mięso 0%. Słodyczy z racji tego, że ich nie lubię, nie jem w ogóle, z cukrem mam do czynienia jedynie przy piciu kawy - nieosłodzonej nie wypiję. Z tłuszczów spożywam głównie oliwę i olej roślinny. I czuję się świetnie.
Gdy polegałam na kuchni mojej Mamy, czyli przez wiele lat, miałam problemy z anemią; raz było na tyle nieciekawie (wynik: 5,4 g/dl), że miałam robione dodatkowe badania wykrywające białaczkę. Na szczęście skończyło się na kuracji żelazem w tabletkach. Nie wiem, jak wielki jest związek jednego (kuchni Mamy) z drugim (anemią), ale nie ulega wątpliwości, że kuchnia ta mi nie służyła. Trochę Mamę rozumiem, ponieważ musiała przyrządzać posiłki również dla trzech facetów: Taty i moich dwóch braci. Zatem priorytetem dla Niej było to, aby były one kaloryczne. Zupy mocno zaciągane śmietaną, zawiesiste sosy, warzywa polane masłem i oczywiście dużo mięsa. Dziś dla mnie opcja nie do wyobrażenia. Co najśmieszniejsze, w oczach Mamy jestem osobą wiecznie się odchudzającą. Nie rozumie, że to jest mój styl żywienia. Często słyszę "jak ty się możesz tym najeść? ja byłabym ciągle głodna".
Zdarza się również, że gdy wracam do domu po oddaniu krwi, Mama mnie urabia: "najedz się przyzwoicie chociaż ten raz!".

Jak się okazuje, nie tylko starszych ludzi trudno przekonać do zmian nawyków żywieniowych; gdy zaczęłam na ten temat czytać rozmaite artykuły, obserwować, co ludzie biorą jako śniadanie do pracy itp. itd., stwierdziłam ze zdumieniem, że młodzi powielają wzorce starszych.

Kiedyś wydawało mi się to powiedzenie utartym frazesem, ale dzisiaj wiem z doświadczenia, że to prawda:
"Jesteś tym, co jesz"
A Wy? ;-)

czwartek, 14 marca 2013

Mówcie mi pustelnik


G

Chociaż nigdy sam nie byłem telemarketerem albo pracownikiem call center, to miałem już na swoim koncie prace w podobnym charakterze i mocno szanuję ludzi, którzy w ten sposób próbują zarabiać na  bułkę z masłem.
Gdy więc wczoraj usłyszałem w słuchawce prośbę od miłego Pana o wzięcie udziału w ankiecie dotyczącej rozpoznawalności stacji radiowych (co ciekawe, unikanie radia od pół roku nie było przeszkodą w tymże badaniu), zdecydowałem się poświęcić cenny czas na taką rozmowę. Pytania dotyczące stacji radiowych były raczej nudne i oczywiste, ciekawie się zrobiło natomiast, gdy trzeba było określić mój status majątkowy za pomocą pytań dodatkowych. Na długą listę osób i przedmiotów, które mógłbym posiadać - żona, dzieci, osoby na utrzymaniu, samochód, radioodbiornik, telewizor plazmowy, telewizor lcd, tablet, konsola do gier, wieża hi-fi, laptop, notebook i zmywarka do naczyń (!), odpowiadałem znudzonym słowem "nie" a w głowie pojawiały się ciekawe wnioski. 
A mianowicie takie, że dosyć uroczo jest nie należeć do społeczeństwa, które prawdopodobnie swój poziom zadowolenia z życia właśnie pokazuje za pomocą posiadania tak istotnych przedmiotów (i osób). Przez synapsy przeskoczyła też myśl, że w takim wypadku najlepiej mnie żartobliwie określić mianem pustelnika. Niestety, twórca ankiety nie przewidział takiej możliwości, zostałem więc niskozarabiającym kawalerem ze średniego miasta. Ehhhh....

wtorek, 12 marca 2013

Błazen, komik i pajace na innej scenie

K

Są wśród nas ludzie z niedomagającym poczuciem humoru, takąż wiedzą ogólną i takimż dystansem do siebie oraz m.in. do pojęć religii, kraju, które to pojęcia traktują śmiertelnie arbitralnie. To są ci ludzie, którzy Gombrowicza widzieliby na liście ksiąg zakazanych za jego "Transatlantyk" i "synczyznę" a Peszkównę na stosie (choćby symbolicznym) za jej światopogląd wyrażany w muzyce. 
Znowu spadły prawicowe gromy. Tym razem na showmana, który w swoim stand up'ie poruszył tematy newralgiczne dla wspomnianych środowisk. Mam nadzieję jednak, że sąd, który będzie rozpatrywał jego "grzechy", zachowa zdrowy rozsądek. Ja staję w obronie Abelarda Gizy, którego poniższy skecz tak bardzo wstrząsnął ekipą przeciwdziałającą szalejącemu w naszym kraju ateizmowi:
Niestety, występ tego komika został już usunięty z youtube, choć jeszcze przedwczoraj w nocy można go było tam obejrzeć. Udało mi się go znaleźć na innej stronie.
W świetle powyższych zdarzeń chciałabym Szanownym Czytelnikom powiedzieć parę słów o błaznach, karnawalizacji, komikach i kabaretach. I przypomnieć te tematy tym z Was, którzy już się z nimi zetknęli.

KARNAWALIZACJA jest pojęciem, które dotyczy czasu ludowego śmiechu i zabawy, której specyfika polega na tymczasowym odrzuceniu wszelakich norm rządzących codziennością danej społeczności i zorganizowaniu "świata na opak", w którym jest miejsce na profanację, bluźnierstwo, swobodę obyczajów. Termin ten nie dotyczy wyłącznie świata przedstawionego w powieści, ale również życia społeczeństw.
"Ów antrakt dopuszczający wszelki zamęt, jakim jest święto,
występuje także jako okres, gdy zawieszony zostaje porządek
świata. Dlatego właśnie dozwolone są wówczas wszelkie
wybryki i nadużycia. Idzie o to, by działać na przekór
normom. Wszystko należy robić odwrotnie niż zwykle."
Załączam artykuł, z którego pochodzi ów cytat: Karnawalizacja a inność i obcość. Chciałam jedynie zasygnalizować istnienie takiego zjawiska; jeśli zaś kogoś zainteresował ten temat i ma chęć go zgłębić, niech zacznie od publikacji Michaiła Bachtina pt. "Problemy poetyki Dostojewskiego".
Jeśli chodzi o określenie KARNAWAŁ, to jego geneza jest dość ciekawa; mianowicie pochodzi ono od carne - mięso i vale - żegnaj lub też valere - obowiązywać, królować. Chodzi zatem o czas przed chrześcijańskim postem. W ogólnoświatowej nomenklaturze karnawał oznacza czas szaleństw, zabaw, przepychu i feerii rozmaitych bodźców atakujących ludzkie zmysły (kolory, zapachy, kakofonia dźwięków, dynamizm ruchów ciał itd.).
BŁAZEN. Dziś określenie pejoratywne, dawniej niekoniecznie. Błazen na dworze królewskim był bodaj jedyną osobą, która mogła obrazić króla, papieża, damę, rycerza itd. I nie ponosił z tego tytułu żadnych konsekwencji właśnie z powodu roli, jaką pełnił, i z tego powodu, że konwencja żartu mu na to pozwalała. Nikt nie traktował poważnie jego słów. To właśnie błaznowi przysługiwały karnawalizacyjne prawa - kreować świat na opak, wywracać porządek społeczny do góry nogami. Był on mędrcem á rebours. Nie oznacza to jednak, że wszystko, co mówił, było nielogiczne czy nieprawdziwe. Bardzo często to właśnie błazen wypowiadał prawdę. Najsłynniejszym przedstawicielem tej roli w naszej kulturze był Stańczyk, nadworny błazen trzech królów z dynastii Jagiellonów. Słynął ze swojej inteligencji i ciętego języka.

Dlaczego piszę o karnawalizacji i błaznach? Ponieważ nie mam wątpliwości, że współczesnymi spadkobiercami tych zakorzenionych w wielowiekowej tradycji kultury europejskiej zjawisk są komicy.
KOMIK jest artystą uprawiającym komedię. Może być artystą kabaretowym i / lub standupperem. Różnica polega na tym, że pierwszy występuje w grupie a program kabaretowy obfituje w skecze złożone m.in. z wierszy, piosenek i scenek rodzajowych. Natomiast drugi, czyli standupper, przedstawia swój monolog, mając na celu rozbawić publiczność poprzez swoją charyzmę i błyskotliwość. Jego program nie zawiera wierszy ani piosenek. Standupper idealnie odzwierciedla historycznego błazna.
KABARET zaś jest rodzajem sztuki widowiskowej szczególnie eksponującym satyrę. Satyryczność kabaretowych skeczy dotyczy wszystkich sfer życia: społecznego, religijnego, politycznego, interpersonalnego itd.  Nie ulega wątpliwości, że w przypadku naszego państwa w okresie PRL, kabarety takie jak TEY stanowiły rodzaj ucieczki od szarej i trudnej rzeczywistości. Pozwalały odetchnąć.
I tu przechodzimy do tego, że ROLA ŚMIECHU w życiu społeczeństw jest niezwykle istotna. Śmiech ma funkcję oczyszczającą, dystansującą; nie jest niczym złym.

NIESTETY, okazuje się, że dawni królowie polscy byli bardziej tolerancyjni od współczesnych polityków, którzy nie potrafią zrozumieć i zaakceptować tego, jaka jest rola komika, dawniej błazna. Nie sądzę, aby mieli oni pojęcie o zjawiskach kulturowych, o których pisałam powyżej.
Jednakże ignoracja nie usprawiedliwia niczego. A pozywanie Gizy do sądu za obrazę uczuć religijnych czy szerzenie (w ich mniemaniu) ateizmu  mieści się w granicach postsarmackiej ciasnoty umysłu.
Panowie i panie bluzgający na Abelarda Gizę, 
zamiast szabelki, dałabym Wam kosę i zagnała do ścinania łąki. 

Na koniec:




piątek, 8 marca 2013

Romantyczność? A co to za choroba?

K


Tekst ów został zainspirowany przez Grzecha po wczorajszej naszej rozmowie na temat damsko-męski, na temat podrywania i randkowania. Jeszcze dzisiaj dostaję gęsiej skóry i w myślach wołam "o jezusicku drogi!".

1. Pośród wielu zarzutów, jakie bezlitośnie stawia mi Grzech, jest ten, że bardzo rzadko wychodzę z domu w celach towarzyskich. O ile Grzech potrafi weekend za weekendem przebalować i przerandkować, o tyle dla mnie wyjście na koncert albo spotkanie się z kimś raz na dwa, trzy miesiące jest oznaką niezwykłej towarzyskiej aktywności. Zaś randkowanie czy podrywanie nie mieści mi się w ogóle w głowie. Pierwszą rzecz wprowadzającą w temat mam za sobą.

2. Tytułem drugiego wprowadzenia - szczególnie nie lubię uogólnień typu: każda kobieta lubi..., każda kobieta pragnie... bo my, kobiety wszystkie.... Najczęściej w takich sytuacjach dochodzę do hipotezy, że najwidoczniej nie jestem kobietą. Ale nie nie nie, jestem kobietą, owszem. Po prostu nie jestem "każdą" i nie jestem "wszystką" i przypuszczam, że nie jestem w tym odosobniona. Otóż nie lubię: kwiatów (dostawać), biżuterii (poza dwoma wyjątkami), pomadek, szpilek i w ogóle butów na obcasach, słodyczy pod wszelaką postacią itp. dupereli. Na liście słów działających na mnie jak zapach cytryny na kota znajdują się: kochanie, koteczku, misiu, króliczku, pączuszku - dalej nie wyliczam. Wiadomo, o jakie słowne 'kwiatki' chodzi. 

Ad 1. Randkowanie? Podrywanie? 
Cała słowna "obudowa" (złożona najczęściej z banalnych, lukrowanych i nieautentycznych zwrotów), jaką facet sprzedaje dopiero co poznanej dziewczynie / kobiecie na dyskotece, w kawiarni i nie wiem, gdzie jeszcze, jest po to, aby uprawiać z nią seks. I nikt mi nie wmówi, że jest inaczej. Oczywiście, ludzie inteligentni wiedzą, że jest to rodzaj gry, w jaką dwie osoby świadomie zaczynają grać, bo postrzegają to jako przyjemne. Ok, rozumiem to! Nie bronię! Niestety albo stety, ale ja należę do tego rodzaju osób, które w takich sytuacjach użyłyby zwrotu "nie pierdol i przejdź do rzeczy". Trudno, nazwijcie mnie chamem, pozbawionym wyobraźni, wrażliwości, romantyczności i co tam jeszcze. Ale nie ja jedna spośród kobiet ległam ze śmiechu, patrząc na ten obrazek:


Grzech zapewne powie: no i w ten sposób 2000 lat ewolucji poszło na marne - tylko za włosy ją i do jaskini.
Otóż nie :-) To, że uważam takie gry i czcze rozmówki za stratę czasu wynika z tego, że jestem bardzo wrażliwa na słowa kierowane do mnie i bardzo wyczulona na ich autentyczność. Moja Siostra Zet opowiadała mi kiedyś o doświadczeniu tzw. podniecenia intelektualnego. Otóż facet, z którym rozmawiała, tak potrafił oddziaływać na jej umysł, nie grając w żadną grę pt. podrywanie i nie stosując żadnych banalnych technik podrywania, że Siostra Zet doznała czegoś w rodzaju intelektualnego orgazmu. Jednakże do takiego przeżycia potrzeba faceta o nieprzeciętnej inteligencji. I tu zaczyna się problem polegający na tym, że trudno na takiego trafić. Trudno trafić na faceta, który będzie biegle operował aluzją, ironią i autoironią, potrafił bawić się słowami i wchodzić w błyskotliwe słowne interakcje na tym poziomie ze swoją rozmówczynią.

Ad. 2
Co widzicie gdy pomyślicie o słowie "romantyczne", "romantyczny", "romantyczna"? Facet z bukietem czerwonych róż. Czerwone coś (poduszka, serduszko itd.). Kolacja przy świecach. Zachód słońca nad morzem. Trzymanie się za ręce w czasie spaceru na plaży. Myślę, że każdy z Was poszerzyłby tę listę o co najmniej kilka innych przykładów. Wydaje się Wam, że to byłyby Wasze pomysły? Może Wam się wydawać, ale nie należą one do Was. Należą one do ludzi napędzających wielką światową machinę marketingową, która ma spowodować w ludzkich umysłach to, że jak w takt zaklętej muzyki 14.02 będziesz zapierdzielał do kwiaciarni po konkretny i ten jeden kwiat, ale już 08.03 zamiast czerwonej róży popędzisz po tulipanki. O romantycznych kolacjach przy świecach można przeczytać w babskich pisemkach, w internecie, usłyszeć w TV itd. Pokłóciłeś się ze swoją partnerką? Przyjaciel doradzi Ci kupno kwiatów + kolację przy świecach. Mylę się? Zachody słońca, trzymanie się za ręce, długie spojrzenia w oczy - to wszystko zostało wyeksploatowane przez popkulturę, obejrzysz to w filmach (szczególnie komediach romantycznych) i popteledyskach.
To są KLISZE powielane przez zbiorową świadomość. I tak jak Gombrowicz uciekał przed pupą, gębą i łydką, tak ja nie mam zamiaru ulegać temu ustrojstwu - właśnie z tego powodu, że ktoś mi każe, nabija mnie w butelkę i jeszcze chce za to kasę. NIET.
Tak samo jest w przypadku wszystkich słodkich zwrotów typu kochanie, króliczku, misiaczku. Ludzie nauczyli się ich z seriali i filmów. Mnie osobiście szczególnie razi, gdy para publicznie obnosi się z czułością względem siebie. Włącza mi się wtedy radar wykrywania nieautentyczności. Szczególnie kobiety lubią takie popisówki: kochanie, misiaczku, przy innych. Znam związek ze sporym stażem, w którym ona uwielbia w towarzystwie miziać swojego misiaczka i torpedować go kochaniami. Zupełnie jej to nie przeszkadza za parę godzin pokłócić się z nim - nadal w towarzystwie - i wyzwać go od palanta i durnia.
Koniec i bomba a kto czytał, ten trąba!


Ps. Żeby nie było, że ze mnie zimna sucz, na właściwe podsumowanie i zakończenie
wrzucam pieśń szczególnie mi bliską, posłuchajcie:








G

Czytanie wynurzeń Karmel na temat spraw okołoromantycznych przyprawiało mnie o wrażenia wszelakie. Czasem na głupi śmiech mi się zbierało, czasem złośliwy uśmieszek pojawiał się na nieogolonej gębie a czasem moje zawzięte usta mówiły "niedoczekanie!". Być może uważny obserwator także jakiś szatański śmiech by usłyszał podczas tejże lektury.
Jako że wrażeń wiele to i komentarz będzie w punktach.

1. Karmel pisze, że z domu wychodzi rzadko a potem delikatnie żali się (albo też stwierdza ze smutkiem), że mało jest błyskotliwych facetów na świecie. Nietrudno zrozumieć, że te dwie sprawy się łączą. A jeśli się z domu nie wychodzi to li tylko na błyskotliwego listonosza liczyć można, co cytatem z Miłosza lub innego Palahniuka opóźnienie listu wyjaśni.

2. Karmel postuluje autentyczne inspirowanie intelektualne. Pomysł dosyć dobry, lecz trudno wykonalny w barze, gdzie niewiasta oczekuje słów "Postawić ci drinka mała" a nie "Coś nowego się dzieje w sprawie Bozonu Higgsa, bejbe?"

3. Karmel romantyczność kojarzy z banalnymi tekstami, które nic nie znaczą. Zapominając, że to słowo (przypominam nierozgarniętym - "romantyczność") może też oznaczać błyskotliwe i dalekie od banału słowa i gesty ludzi, którzy sie kochają. Ja je widziałem, ja je stosuję i swoją wątłą piersią stanę naprzeciw atakom ludzkich niedowiarków.
To mi też nasuwa ciekawy sposób trollowania na randkach internetowych. A można np. podkreślać swoją romantyczność, a niewiastę oczekującą na kwiaty i oglądanie księżyca zaskoczyć pomysłem innym, czyli walką o niepodległość wyspy Wolin! Pewnikiem wzbudzi to zamieszanie wielkie. A wtedy jurny romantyk powinien wyjaśnić, że i walka patriotyczna o sprawę przegraną była onegdaj symbolem romantyzmu...



poniedziałek, 25 lutego 2013

Perspektywa artystyczna cz. I. Artistic perspective part I..

K

Lubię pojęcie perspektywy artystycznej. W moim słowniku dotyczy ona sytuacji, w której artysta wszystko może i nic nie musi. Perspektywa to również sposób, droga, środek, dzięki którym może on, poprzez swoje dzieło, dać odbiorcy niepojętą ilość wolności skojarzeń, uruchomić lawinę myśli. To ważne narzędzie.
Warto dodać, że perspektywa, którą wybiera twórca, aby artystycznie przemówić, na każdego człowieka może oddziaływać w inny sposób. Nie ma bowiem czegoś takiego, jak obiektywne spostrzeganie w kontakcie ze sztuką. 
I like the concept of artistic perspective. According to my notion, it allows the artist to do everything and denies him nothing. Perspective is his way, means, manner to offer, through the work of art,  loads of unfettered associacions and to provide an avalanche of thoughts. It's an important device. Moreover, perspective chosen by an artist to speak his work, may influence everybody in completely different ways. Since there is no objective perception during the contact with art.

O perspektywie zaczęłam intensywnie myśleć, gdy wpatrywałam się w zdjęcia znajomego artysty fotografa oraz obieżyświata, Macieja Malika. Ma on bowiem doskonałe wyczucie chwili, momentu połączone z godnym uznania dziennikarskim wszędobylstwem. Potrafi wyciągnąć z chwili jej esencję, dając odbiorcy jego fotografii komfort rozkoszowania się tym, co przedstawia. Sporo z tych dzieł mogłoby być namalowanymi obrazami. Odnajduję w nich metaforyczne igranie, nasycenie nostalgią, odpowiednią dozę humoru i dystansu. Są one w pewnym sensie taktowne - nie atakują treścią, lecz kurtuazyjnie zapraszają do myślowej interakcji.
Maciej należy do młodych artystów - z ciekawością będę śledzić rozwój jego artystycznej ścieżki. Zaś dotychczasowe jego prace polecam uwadze Szanownym Czytelnikom. 
I intensively started thinking about perspective while I was staring at the work of my acquaintance photographer, artist and a globetrotter,  Maciej Malik. He has this rare ability of capturing the moment followed by admirable journalist-sort of ubiquity. He wrings the essence out of the moment, giving, through his photographs, the comfort to contemplate their gist. Lots of these works could be painted pictures. I find in them metaphorical playing, nostalgia atmosphere, proper doze of humour and distance. Somehow, they are tactful - they don't attack with their content, but gently invite to thinking interaction.
Maciej is a young artist - I will follow his art path with interest. For now - I recommend his present works to all of you. 

street artist in Paris
place de la Concorde, Paris
Theseus and Minotaur sculpture, Paris
boys jumping into water, Blanes, Spain
Muktinath, Nepal
Kathmandu, Nepal
Kathmandu, Nepal

*********
Myśli o specyficznej perspektywie nie opuszczają mnie również, ilekrość wracam do dzieł mojego przyjaciela i wielkiego artysty, grafika, fotografa, istoty niezwykłej - Fernanda ForeroZdaję sobie sprawę z tego, że próbując przekazać Wam kilka moich przemyśleń na temat jego sztuki, mogę w pewnym momencie nie znaleźć odpowiednich słów. Jest ona bowiem nasycona skomplikowaną metaforyką, niezwykle uduchowiona. Przypuszczam, że zawiera również symbole, których rozszyfrowanie należy wyłącznie do ich autora. Wiele razy chciałam zapytać Fernanda, dlaczego jego postaci mają podwójne oczy itd. Ale potem dochodziłam do wniosku, że jednak wolę nie wiedzieć i rozmyślać, próbować zrozumieć i przeżyć. Bo Fernando jest artystą niesłychanie tajemniczym. Jego perspektywa artystyczna jest perspektywą osobistą, nastawioną na własne przeżycia, drążenie własnej wyobraźni, których wielką inspiracją jest niewątpliwie m.in. jego żona, również artystka - fotograf i malarka Weronika (o jej pracach planuję osobny tekst). 
Thoughts about specific perspective accompany me whenever I get back to the works of my friend, great artist, graphic, photographer and an extraordynary spirit -  Fernando Forero. As a matter of fact, I'm not sure if I'm able to find right words while trying to materialize my thoughts about his art. 
It's overflowing with metaphors and is extremely spiritual. I think, it also conceals symbols known only to their author. I've wanted many times to ask Fernando e.g. why his characters have double eyes etc. but all in all, I prefer not to know and keep on thinking, contemplating, trying to understand and to experience. Cause Fernando is a misterious artist. His artistic perspective is a personal one, directing to his own feelings, scooping his own imagination, being inspired, no doubt, also by his wife - Weronika, artist as well, photographer and painter, about whom I'm going to write next article.

Zarówno Fernando jak i Weronika, używają w tworzeniu sztuki swoich ciał, nie tylko w celu tworzenia autoportretów. Patrząc na poniższe artystyczne fotografie, nie mam wątpliwości, że gloryfikują skomplikowane, uduchowione człowieczeństwo oraz indywidualność jednostki:
Both Fernando and Weronika use their bodies for creating art, not only for self-portraits. Contemplating the artistic photographs below, I have no doubt they glorify complex, spiritual human nature and its individuality:
Fernando Forero himself

Jego zagadkowe postaci o podwójnych oczach stanowią ważny, kluczowy i rozpoznawalny element jego sztuki. Dla mnie fascynujący i dający mi możliwość wędrówek w myśli o człowieku, o jego istocie, zmysłowości, możliwości poznania:
His misterious double-eyed characters are a part of important, fundamental and recognizable element of his art. For me so fascinating and opening the way of thoughts about human beings, their essence, sensuality and possibility of recognition:


Sztuka Fernanda stanowi dla mnie inspirację. Jej treść ma charakter głębinowy. Jego kreska, tak bardzo charakterystyczna, tworzy mity. Nie znać tej sztuki - to żyć duchowo w połowie.
Fernando's work and its depth influences me with inspiration. His line, so distinctive, creates myths. 
Not knowing this art means leading a spiritual half-life.



Kim jest? Skąd przyszedł? Dokąd zmierza? O czym myśli?  ...................
Who is he? Where did he come from? Where is he going? What thinking about? .................