wtorek, 25 kwietnia 2017

zapominanie się

K

chcę. zapomnieć się. miewam takie chwile. chcę tak po prostu być prostą istotą. choć na chwilę. wzruszającą się do granic możliwości. słuchając utworu stworzonego na potrzeby melodramatu, którego wartość na co dzień wpakowałabym w ramy cukierkowo-monotonnego gniota. chcę słuchać go i buczeć w poduchę. może się starzeję. możliwe. a może po prostu trzeba mi prostych wzruszeń, bo zaczynam cenić w sobie to, że stać mnie na wiele, o wiele, wiele więcej niż bycie zimną, twardą suką. wzruszeń takich podstawowych, takich pierwotnych niemal. bez większych refleksji, bez pieprzonego analizowania, oceniania, metkowania, porządkowania. mam to na co dzień w sobie. i raz na jakiś czas chcę słuchać zawodzącego głosu "hoooooold oooon to me" i słyszeć jedynie emocje oraz ich moc, a nie wartość artystyczną owego wykonania. chcę poczuć się prostym człowiekiem. nieskomplikowanym. niezłożonym z kolaży miliona możliwości i racji własnego istnienia. chcę być tu i teraz. w odbiciu lustrzanym chcę na swojej twarzy widzieć łzy. wzruszenie. nie prowadzące do niczego więcej. będące sobą, esencją w tym jednym momencie. chcę patrzeć sobie w oczy i widzieć to, że zapomniałam się. że nie ma ram. że codzienność, moje znoszone jestestwo z pękniętymi szwami na mankietach, majaczy sennie w perspektywie jutra. nie dziś. dziś się zapominam. i słyszę skrzypiące "hooooooold on to me". nic więcej. 


środa, 19 kwietnia 2017

kobieta z grabiami albo verweile doch! du bist so schön!

K

kobieta z grabiami 
w rozkołysanych wielkich biodrach 
leniwie trwa szurając po chodniku 
smutnymi obcasami patrzy na beton 
zerka na boki grabie pod pachą 
poprawiając tymczasem palę papierosa 
ukradkiem na boku i patrzę 
na kobietę z grabiami która patrzy 
na boki obie tkwimy 
w bocznych rzeczywistościach 
w kokonach swoich sekund 
przeszła szurała popiół 
spadł na wełniany płaszcz ja 
to wciąż ja to ja
po prostu trwam


sobota, 18 marca 2017

Córka

K

- Yhhhymm  yhhhymm yhhhymm yhhhymm yhhhymm yhhhymm yhhhymm yhhymm…
Respirator pracuje bezbłędnie. Miarowe, przerywane oddychanie.
Poprawiła mu poduszkę.
- Ty skurwielu. Dziesięć lat zmarnowałam.
Zerknęła w bok. Na sterylną, wyjałowioną z życia ścianę.  Odbiła się o nią sekwencja pytań, które nie zakotwiczyły do żadnej odpowiedzi. Spojrzała na jego twarz.
- Ojciec. Prędzej ja tu zdechnę niż ty przejdziesz na drugą stronę.
Pił tyle czasu. Ruchał panienki. Jeździł po świecie. Złote lata siedemdziesiąte. Cały świat u jego stóp. Partia. Wpływy. Kasa. I usrana po pachy córka w łóżeczku, o której zapominał. Tak jak o matce kilka lat wcześniej, zanim pojechała do sanatorium.
- Ojciec, nie wkurwiaj mnie. Chcesz umrzeć, to umieraj, tu, teraz, bez scen i tego rzępolenia z płuc. Ile razy będą po mnie dzwonić???
Tariraram tariraram tariraram. Urlop na Lofotach. Zimne, proste i bezlitosne klimaty. Gdy wpadła jej większa premia, poleciała właśnie tam. Tam, gdzie świat  zdawał się kończyć. Gdzie, prócz kilku domów i wszechmocnej ciszy, nie ma już nic. Tylko obojętne wzgórza. Tylko obojętne lesiste tereny. Tylko obojętna rzeczywistość. Tariraram tariraram. Pieczołowicie rozpakowywała zawartość walizki. Dom se zrobię tu na chwilę. Dom se zrobię. Se zrobię. Ustawiła na nocnym stoliku Dostojewskiego. Dwa tomy, które nie zdążyła okiełznać w Polsce. Idiota. Trzeba przeczytać. Ramkę ze zdjęciem. Zdjęcie czarno-białe, stoi na nim w sukience ledwo zakrywającej uda, ktoś ją trzyma za rękę a minę ma taką jakby patrzyła na ostrą siekierę, ociekającą krwią. Po drugiej stronie stał fotograf z aparatem. A ona widziała w nim Kubę Rozpruwacza. Drgały jej drobne, kościste kolana obleczone w ażurowe kolanówki. Chciała krzyczeć, ale nie zrobiła tego, ponieważ ojciec obiecał jej czekoladę, jeśli tylko będzie grzecznie stać. To jedyne zdjęcie, które poświadcza to, że kiedyś była dzieckiem. Matka spaliła resztę. Zanim pojechała do sanatorium.
- Zesrał się. No kurwa, zesrał się jeszcze. Haaaloooo! – wyszła na korytarz. Z daleka majaczyło stanowisko pielęgniarek – haaaloooo! Poproszę panią! Tak, panią, poproszę.
- Pani wyjdzie. - Wyszła chętnie. Nie będzie pomagała. Nie dlatego, że nie mogłaby. Nie chce. Świadomie. Twardo i zdecydowanie. Zasłużył sobie. Niech poczuje zapach własnego gówna. Ona czuła go aż nadto, gdy była dzieckiem. Koło zatacza się i zamyka. Los się finalizuje. Wąż zjada swój ogon. Na korytarzu poczuła ukłucie. Gdzieś w okolicy skroni. Nagłe, gwałtowne. Jak igła chamsko wbijająca się do środka.

- Gdzie tatuś jedzie? – dziesięcioletnie oczy dziewczynki  zrobiły się wielkości sarnich. Lęk ogarnął młody umysł. Taty znowu nie będzie. Tylko ta pani, która śmierdzi potem i cebulą i każe się nazywać ciocią. Brak odpowiedzi. Szybki pocałunek w czoło, obojętny głask po włosach. Pies by się pewnie ucieszył. Strach. Nie ma taty, nie ma mamy. Mamusia pojechała do sanatorium.

poniedziałek, 27 lutego 2017

Rozpadlina

G
Rozpadlina
Człapanie słychać na całym korytarzu. Te dźwięki są charakterystyczne a wizyta nieuchronna, czekam więc pod drzwiami.
Po piętnastu człapnięciach słyszę mocne uderzenie. Nie jest to delikatne "puk, puk" sąsiadki z czwartego piętra tylko donośne "łup, łup". Coś w stylu walenia kolbami w drzwi.
No dobra, takie walenie jest trochę niższego kalibru.
- Kto tam? - pytam trzymając dłoń na klamce.
- Depresja - odpowiada ochrypły głos z klatki schodowej.
- Zapraszam - mówię zrezygnowanym tonem.
Kobieta ma na sobie ortalionową, błękitną kurtkę, szarą i uwaloną błotem spódnicę. Pomarszczona dłoń ciągnie mocno napakowaną walizkę na kółkach. Gdy wchodzi do środka, dostrzegam napis "Intersport 1982".
Ironicznym gestem zapraszam kobietę na pokoje. Mimo późnego popołudnia, lipcowe światło podkreśla niewyjściowe rysy twarzy mojego gościa - szarą skórę, odbarwienia i złośliwe oczy. Nietrudno zauważyć, że Depresja spędziła ostatnie lata paląc groszowe papierosy w słabo wentylowanym pomieszczeniu.
Znowu łapię się na myśli, że właśnie tak wyglądała kucharka z podstawówki, która nigdy nie dała mi dokładki. Podobne spojrzenie i zrezygnowanie widziałem też w twarzy urzędniczki z Koszalina, która nie chciała mi podpisać bardzo ważnego dokumentu. Bo mogła...
To nie jest pierwsza wizyta, wiem więc, że za chwilę usłyszę historię. Nie pytając, zabieram się do robienia herbaty w kuchni i otwieram okno w dużym pokoju. Woda się zaczyna gotować a ja piszę esemesa do Anastazji, że nici z naszej sobotniej imprezy.
Chuj w bombki strzelił, takiego gościa łatwo się nie pozbędę.
Dziewczyna odpisuje "Ok" i chyba po raz pierwszy, w historii nowoczesnej telefonii komórkowej, w tych dwóch literach znajduje się także uczucie. Szkoda, że w tym przypadku jest to rezygnacja. Tym bardziej, że interpretuję ją jako ostatnie podrygi naszego związku. Sama mi mówiła, że ma ogromne pokłady cierpliwości. Ale żebym nie zakładał, że są one niewyczerpane.
Kobieta siedzi w pokoju i spokojnie patrzy przez okno. Pewnie się jej podobają białe dymy z elektrociepłowni.
Siadam obok niej w fotelu. Podaję herbatę. Po pięciu łykach rozpoczyna się obowiązkowe opowiadanie historii.
Depresja opisuje wszystkie moje możliwe sukcesy, spokojne życie rodzinne i radosne pasmo spełniania marzeń. W przekonujących i barwnych słowach obrazuje sławę, pieniądze, frajdę i spełnienie, które według niej są całkiem blisko mnie.
Potem psuje cały efekt, podkreślając, że to wszystko znajduje się po drugiej stronie rozpadliny, której nie da się przeskoczyć.
Po mojej stronie znajduje się natomiast lenistwo, brak pomysłów, zniecierpliwienie i wyjątkowo nierealne oczekiwania.
Kobieta wyraźnie lubi mówić to, co jest oczywiste.
- Ni chuja. Nie przeskoczysz - podkreśla i uśmiecha się. Szeroki uśmiech zmusza zmarszczki na jej twarzy do zrobienia karkołomnych fikołków.
Milczymy.
Milczymy.
W końcu Depresja zaciera ręce z radości i otwiera walizkę. Pewnie planuje dłuższy pobyt, bo wyjmuje swoją szczoteczkę do zębów.
I właśnie wtedy uświadamiam sobie, że kumpel z liceum uczy chodzenia na szczudłach.

wtorek, 21 lutego 2017

chwile

K

dzianie się. wszystkiego, co jestem percepcyjne w stanie objąć.
fascynujący spektakl rzeczywistości. mój środek.
obracam w palcach minuty jak cenny kruszec.
materializują się przed oczami.
abstrakty odarte z upostaciowienia pocieszam w moich dłoniach i głaszczę jak bezradne pisklęta. skubią miękkimi dziobami opuszki. niecierpliwią się. chcą odlecieć. niedoskonałe w swojej postaci, niepewnie rozpościerające efemeryczne skrzydła.
jeszcze je smakuję, trzymając na krawędzi, jeszcze się wahają, szukają pewności.
w końcu odlatują.
trwam w zadziwieniu. to już?
i ciągle, nieustannie praktykuję pożegnania. małe dramaty lotów bez powrotu.
niezauważalnie niszczycielskie. niezachwianie obecne.
bezlitośnie niedotykalne ale dotykające.
póki zegar tyka.


wtorek, 31 stycznia 2017

śląskie melancholie i koncepcja przyjaciela

K


jestem ponownie w Rybniku. spowalniam. szukam smoga oraz znaczeń upływających dni. godziny snują się między drzewami jak ryby w zbyt dużym stawie. niepewne, którędy minąć i czy aby na pewno teraz. zdałam sobie sprawę z tego, że każde miejsce może mieć swój urok, jeśli za pobytem w nim stoi właściwa motywacja. wycinek Rybnika, w którym codziennie znaczę swoje ślady na śnieżno-zapiaszczonych chodnikach, jest naprawdę piękny w swojej surowości; aczkolwiek nie sądziłam, że kiedykolwiek zaprzyjaźnię mój wzrok z ogromnymi kominami elektrowni i dzień po dniu będę sentymentalnie szukać dymnych znaków, jakie pozostawiają na umęczonym niebie. zanim tu przyjechałam, snułam w wyobraźni wizję ogromnej, złowrogiej fabryki, rodem z kart powieści Reymonta lub Gaskell. okazuje się, że każdego potwora można oswoić, filtrując swoje wyobrażenia przez pryzmat sentymentalizmu. dlaczego w sumie nie. tak rzadko mi się to zdarza.....
nieopodal elektrowni znajduje się sporych rozmiarów jezioro, Zalew Rybnicki. lubię odbywać spacery wzdłuż brzegu. dzisiaj spędziłam ponad godzinę, wpatrując się w nawodną symbiozę łabędzi, łysków i kaczek. niepozbawiona konfliktów, zhierarchizowana, oferuje swoisty teatr pierzastych aktorów. ujmujące i imponujące biegi łysków po powierzchni jeziora, sterczące kupry kaczek poszukujących pod wodą pożywienia, rozpiętość łabędzich skrzydeł, gdy je energicznie rozprostowują.... momenty i migawki. smakowanie ich stanowi dla mnie kwintesencję carpe diem. jestem. tu i teraz. właśnie w tym momencie. tym jednym, który za chwilę minie. istnieję, oddycham, obserwuję. wysysam soki życia. kradnę dla siebie wycinek jakiejś harmonii i spokoju, które dzieją się na tle pędzącej rzeczywistości tuż obok. wciskam stop-klatkę w moim trwaniu..........
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
fejsbuk przypomniał mi, że dzisiaj jest międzynarodowy dzień przytulania. dzień uwalniania endorfin. dzień, w którym można - poprzez ten gest - podziękować przyjacielowi i / lub komuś, z kim jest się w związku. bliskiej osobie. ja zaś uświadomiłam sobie z tej okazji, że istotnie mam w swoim życiu przyjaciela. od wielu lat. i gdybym miała ku temu okazję, dziś bym go wyściskała, we wspólnej drodze do knajpy, na dobry trunek i rozmowy o życiu, filmach i tysiącu innych spraw. ponieważ nie mam teraz takiej możliwości, postanowiłam poroztrząsać trochę ideę przyjaźni. 
1. etymologia (za prof. Bańkowskim)
przyjaźń - przyjaciel
Wyraz przyjaciel należy do grupy słów rodzimych, ogólnosłowiańskich. Etymologicznie związany jest z prasłowiańskim czasownikiem *prьj-a-ti o znaczeniu ‘lubić, sprzyjać komu, przyjaźnić się’. Zatem budowa tego rzeczownika wyglądałaby następująco *prьja+telь. Interesujący nas wyraz – poświadczony w języku polskim już od XIV wieku – często występuje w Biblii, gdzie staje się odpowiednikiem łacińskich leksemów amicus i cognatus (...)
2. koncepcja przyjaźni subiektywna na wskroś i zupełnie
jestem przekonana, że aby o niej móc mówić, należy mieć na uwadze przynajmniej kilkuletnią relację. ponieważ upływający czas jest najskuteczniejszym weryfikatorem tejże. 
nie wiem, czy przyjaźń jest relacją opartą na bezinteresowności, czy też na wzajemnych oczekiwaniach. być może proporcje tego zjawiska leżą gdzieś pośrodku. wiem jednak, że gesty czynione z własnej woli, bez proszenia czy upominania się o nie, działają w dwójnasób. jak buddyjska karma. otrzymywanie ich generuje we mnie nie tylko radość i ciepło wewnątrz, ale też sprzyja potrzebie odwzajemnienia tego gestu. doświadczyłam w życiu takiej przyjaźni tylko raz. i jestem szczęściarzem, ponieważ trwa ona do dzisiaj. nie potrafię opisać wartości sms czy wiadomości na messengerze, otrzymywanych po długich interwałach czasowych,  o treści "nie odzywasz się, co u Ciebie?", "kiedy napiszesz tekst na bloga?", "widziałem ciekawy film (...)". świadomość, że ktoś o mnie myśli, ktoś o mnie pamięta, ktoś chce wiedzieć, czy u mnie wszystko w porządku, że komuś brakuje mojej pisaniny,  jest po prostu bezcenna. pompuje baloniki pod stopami. 
kolejna, acz niesłychanie rzadko spotykana, pozytywna cecha relacji przyjacielskiej, to zrozumienie. ale takie prawdziwe. które powoduje, że nie czuje się potrzeby grania, udawania, można po prostu czuć ulgę i mówić o sobie tak, jak się przedstawia nasze psychiczne, emocjonalne, uczuciowe i właściwie każde inne status quo. wiedząc jednocześnie, że po drugiej stronie nie napotka się fałszu. mając w świadomości fakt, że zaufanie, którym się obdarzyło w końcu tego człowieka, kiełkowało ostrożnie i stopniowo, narastało wraz z biegiem czasu i  wraz z nim się utrwalało. 
pozostałe cechy przyjaźni pokrywają się nieco z relacjami o innym charakterze - jeśli jest się inteligentnym, wskazane jest dla dobra przetrwania przyjaźni, by przyjaciel był równie; ponadto istotne są: zbieżność zainteresowań i poczucia humoru, podobna umiejętność dozowania urbi et orbi ironii i autoironii, nieco mądrości życiowej, odrobina pokory,  i coś jeszcze.... jakaś doza serdeczności w postrzeganiu siebie nawzajem. 
co więcej, należy mieć na uwadze starą mądrość życiową, która brzmi: kto się czubi, ten się lubi. postrzegam to jako jedno z najbardziej zaskakujących doświadczeń w moim życiu. człowieka, który na początku drażnił mnie i nieco irytował, mogę po wielu latach nadal nazwać swoim przyjacielem.
i jest to budująca, napędzająca do życia myśl.

:-)

piątek, 16 grudnia 2016

Innego piekła nie będzie, czyli paroksyzmy Beksińskich

K


tytułowa parafraza jednego zdania z wiersza Miłosza jest jednocześnie myślą, która przemykała przeze mnie w trakcie oglądania Ostatniej rodziny. na marginesie dodam, że jestem miło zaskoczona, że ów film jest pełnometrażowym debiutem reżysera.

agnostyczny klimat, który wyłania się z utworu noblisty, daje się odczuć również na ekranie.
wprawdzie Beksiński unikał raczej deklaracji dotyczących wiary czy niewiary, jednak zdecydowanie łatwiej jest rozpoznać agnostyczne - ze skłonnością do ateizujących - akcenty w jego twórczości, wyczytać z publikacji poświęconych artyście a teraz również i z filmu. mistrzowska scena wigilii, podczas której przy jednym stole kobiety się modlą a ojciec z synem rozpakowują prezenty, pokazuje dodatkowo rodzaj kuriozalnej harmonii pomiędzy domownikami - pani Zofia grzecznie pod nosem ucisza męża i syna, jednakże nikt nikogo nie strofuje, każdy robi swoje po swojemu.

Ostatnia rodzina jest sprawnie poskładanym dramatem, w którym akcja ledwie pulsuje, przedstawiana rzeczywistość powoli toczy się przez kolejne dni a kamera przemierza obszar głównie dwóch mieszkań i drogę pomiędzy nimi. ten zdarzeniowy ascetyzm soczyście pogłębia dramatyczność relacji między bohaterami i krystalizuje dogłębnie ujętą problematykę tego, co tkwi w człowieku - artyście. obecność płaskich i "fizycznych" babć w domu buduje cenny kontrast pomiędzy nimi a skomplikowanymi mężczyznami z rodu Beksińskich. owa nietuzinkowość osobowości w przypadku ojca, dzięki doskonałemu warsztatowi Seweryna, ukazana jest nie "na tacy", lecz w sposób zawoalowany. pozornie bowiem Zdzisław jest zwykłym facetem, przy którym trudno zjeść obiad, nie odwracając głowy z lekkim niesmakiem.
laur za arcygrę należy się jednak w pierwszej kolejności Ogrodnikowi. w autentyczność jego Tomasza nie sposób nie uwierzyć od pierwszej sceny, w której się pojawia. neurotyczny, schizujący i depresyjny socjopata spoglądający z pogardą na świat, którego ani on nie rozumie, ani też ów świat zdaje się nie znajdować w sobie miejsca dla niego. i braku tego miejsca bohater jest cały czas świadomy. jego egzystencja jest jak nitka - do ochoczego przerwania w każdym momencie i z byle powodu. jakby z definicji urodził się po to tylko, aby odejść a odejście ulokowane jest w głowie Tomasza jako nagroda.

fabuła Ostatniej rodziny zawiera coś jeszcze. redefinicję piekła jako części składowej, które żyje w każdym człowieku, choć nie każdy ma tyle umiejętności i/lub odwagi, by je okiełznać i przyjąć. rzucić wyzwanie potworowi. każdy z głównych bohaterów wyraźnie się mierzy ze swoim. 
matka, bo chce być dobra i troskliwa wobec syna, ale zupełnie nie wie, jak to zrobić i tkwi w bezradności, ciesząc się drobiazgami, jak napływ apetytu u niego. zaś scena, w której Tomasz demoluje kuchnię rodziców na znak buntu przeciwko nadopiekuńczości matki, urasta niemal do symbolicznej. jest desperacką próbą zapanowania nad swoim życiem i jednocześnie krzykiem rozpaczy z powodu świadomości, że jest w tej mierze skazany na klęskę. fabularny finisz opowieści również skłania do infernalnych skojarzeń. i potwierdza fatalizm złowrogiego losu, który zaprojektował tragiczny egzystencjalny finał dla każdego bohatera.

wreszcie, należy wspomnieć o obecności dzieł Beksińskiego w kadrach filmowych. ich surrealistyczny kunszt, znany wielbicielom, idealnie komponuje się z fabularną rzeczywistością i stanowi rodzaj dodatkowego, niemego bohatera zdarzeń.




wtorek, 29 listopada 2016

Iluminacje w Rybniku

K

Motta z fejsbuków:
-Why do you look so sad?
- Because you talk to me with words and I look at you with feelings.
…………………………………………………………………………………………………………..
Czasem człowiek zmienia zdanie, czasem zdanie zmienia człowieka.


Powyższe mogą pasować do poniższych przemyśleń, ale nie muszą. Spodobały mi się, więc postanowiłam tu je uwiecznić.

W Rybniku znalazłam się przez przypadek. Albo nie przez przypadek. W każdym razie znalazłam się. I dziś pomyślałam, że w pewnym sensie lubię Śląsk. Za jego surowość i autentyczność. A może to pora roku? A może to suma myśli? A może wszystko razem?

Spacer leśnymi ścieżkami sąsiadującymi z elektrownią. Industrialność i naturalność pejzażu w jednopaku. Cisza. Wszędobylska, gromniczna cisza. Przejeżdżające auta raz po raz jak nagłe przecinki w nieskończonym zdaniu. Każdy krok stawiany po zmarzniętej ziemi nabiera znaczenia. Przestaje być jedynie mechanizmem ciała, napędzanym przez procesy myślowe. Idę. Martwa i prawie martwa roślinność uparcie trwa na przekór demonicznym kominom i majestatycznemu dymowi. Pokornie obejmuje czas wygasania i zamierania. Nie wiem, dokąd prowadzi droga. Drzewa nie mówią w moim języku. Choć posyłam im pozdrowienia spojrzeniami długimi jak smutek zagubionego psa.

Cisza w pustym mieszkaniu. W budynku i w stanie ducha. Minimalizm wyposażenia jednego i drugiego. Szumienie wina. W głowie. Szumienie wody. W starych rurach i kaloryferach. Cisza ma swoje dźwięki. Bezlitosne wokalizy.  Przeobraża się w wizje. Wyciąga z umysłu wszystko, co mieści się w obrębie jej nieskończonej woli. Strumień świadomości prowadzi z nią kolokacyjne romanse. Są za pan brat. W wielkim tyglu trwania.
Kroki na klatce schodowej. Zbiegają rozedrgane dzieci. Hałas urasta do wojny napoleońskiej. I nagle ustaje. Dzieci doświadczają właśnie wczesnozimowego powietrza poza blokiem. Zniknęły. Chwilowe jak niezapominajki. Wiertarka piętro wyżej. Uderzenia młotka. Remonty tego, co między ścianami. Remonty w sobie.

Trwanie. Jego sens. Przypominają mi się przemyślenia i tezy Brach-Czainy ze „Szczelin istnienia”. Składanie jedynych w swoim rodzaju klocków i puzzli dla dorosłych. Mozolne łatanie pajęczej sieci codzienności. Momenty, wyrywki, migawki, olśnienia. Drobiazgi.
Trwanie.
Jestem. Cokolwiek się zdarzy, jestem. Świadoma, nieświadoma. Pewna, niepewna. Własna, nie własna. Zapętlona.

Jestem.

Potwierdzają to wszystkie lustra wszechświata. 







czwartek, 17 listopada 2016

Trzy sny


G



1. Okazałem się szczęśliwym posiadaczem rodziny i całkiem eleganckiego domu na wyspie w ciepłych krajach. Sielankę przerwała poważna kłótnia z sąsiadem - bucowatym Bogaczem o twarzy Petera Sellecka. Bogacz zapewnił, że mnie zabije.
Przygotowywałem się jak do inwazji zombie, okna zabiłem deskami, w piwnicy zgromadziłem zapasy jedzenia, skompletowałem naboje do dwulufowej strzelby myśliwskiej. Bronią przyboczną został łom i komplet noży kuchennych w piwnicy.
Do obrony dołączyły się (#logikasnu) Żona i Córka Bogacza.
Nie musieliśmy długo czekać. Napastnicy próbowali wyrwać deski z okien, udało im się przedostać do piwnicy. Dźgałem nożem, waliłem po dłoniach łomem, włożyłem też lufę strzelby w drzwi do piwnicy i wypaliłem z dwóch rur. Cieszyłem się z odgłosów bólu powstrzymanego napastnika.
Potem była cisza i otarłem spocone czoło.
Na końcu pojawił się Morgan Freeman. Powiedział, że wszystko będzie dobrze,że nic strasznego się stało. W mądrych i rozważnych słowach opisał morał z całej historii.
Ale ja go nie usłyszałem bo się obudziłem.


2. To był krótki i dziwaczny sen. Coś pomiędzy "cholercia, czemu nie mogę zasnąć" a "całą noc nie spałem i nie wiem czemu ten różowy hipopotam z szafy tak boleśnie gryzł mnie w łydkę". W każdym razie odnotowano::rozkołtunioną pościel, spocone czoło i ból głowy.
A rano, dodatkowo - wielkie rozczarowanie
Bo uświadomiłem sobie ze smutkiem, że był casting na ochroniarzy w Gwieździe Śmierci a ja się nie pojawiłem.



3. Byłem nieszczęśliwym widzem koncertu Madonny (tak, TEJ Madonny) w Hali Gryfia w Słupsku.
Stałem z tyłu i nudziłem się jak Mops. Miałem ze sobą miotłę i zmiotkę w kolorze jaskrawozielonym (#logikasnu) i wykorzystałem ją do zabicia czasu i radosnego wygłupiania się. Zamiatałem więc radośnie podłogę, używałem miotły jak ulubiony bohater z dzieciństwa, czyli Amerykańskie Ninja, wykorzystałem ją także jako środek transportu. Dla niezorientowanych - radośnie udawałem, że udaje mi się na miotle latać.
Mój entuzjazm i zapał do wygłupów przyniósł efekt - pół sali oglądało mnie zamiast Madonny. A Madonna? Miała kwaśny uśmiech.
Planowanie kariery scenicznej przerwał jednak jeden przykry fakt - obudziłem się.

poniedziałek, 14 listopada 2016

Zamieranie, czyli część czasu kolistego

K


Nie pamiętam już, kiedy pierwszy raz zaczęłam fascynować się zagadnieniem czasu cyklicznego, zwanego też potocznie kolistym. Być może wtedy, gdy po raz pierwszy miałam w rękach dzieła Bachtina i Eliadego. Być może wtedy, gdy w kolejną noc z rzędu, z wypiekami na twarzy, składałam w całość moją pracę magisterską, w której to pojęcie stanowiło istotny składnik jej treści. A może wtedy, gdy wgłębiając się w koncepcje cykliczności i linearności czasu, jednocześnie roztrząsałam w myślach fascynujące założenia homeostazy czy teleologii. Niezależnie od tego, kiedy uwiódł mnie pojemny zbiór określeń próbujących uchwycić istotę czasu, ten romans trwa w mojej głowie do dzisiaj.

Nie ukrywam, że przylgnęłam do koncepcji czasu cyklicznego jak do wodopoju dającego nadzieję. Ponieważ póki istniejemy, to właśnie zdarzenia budujące ten czas, pozwalają zachować ten stan ducha. Wieczne odejścia i powroty, zamieranie i odradzanie się tworzą koło, w enklawie którego nietrudno jest zachować pogodę ducha oraz sankcjonować istnienie wszystkiego: od cierpienia po radość, od bólu po błogość. Czas kolisty łagodzi i godzi, wycisza i powoduje radość. 
Za Eliadem idąc i parafrazując go, czas ten dotyczy mitu. Praistnienia. Schodzi do głębi tego, co stanowi wielką tożsamość ludzkiego istnienia. Ma swoje odzwierciedlenie w przyrodzie - w cykliczności i porządku pór roku, które w sposób wieczny i trwały przemieniają naszą rzeczywistość i nią w pewnym sensie rządzą.

Gdy dzisiaj spacerowałam po lesie, który ucieleśnia wyżej wymienione założenia, w którym nikogo nie było, który otoczony mgłą zdawał się jedynie zaklinać moje oczy szronowatością pożółkłych i jeszcze płomiennych liści, uśpieniem sosnowych igieł poruszających się tylko wtedy, gdy wiatr niespodziewanie zbudził je swoją istotą; gdy stałam pośród tego zadziwiającego teatru, weszłam w sferę głębokiego spokoju, który pozwolił mi na wędrówkę myśli w stronę czasu. Pozwolił mi na odczucie harmonii i porozumienia z leśnym wycinkiem rzeczywistości. Miałam wrażenie, że czasoprzestrzeń zagięła się i trwam pośrodku czegoś, co zastygło zupełnie i trwać będzie wiecznie. 

Czas cykliczny nie tylko odzwierciedla się w przemianach pór roku, ale, można rzec, też się w nich przegląda. Jeśli ma jakąkolwiek twarz, to będzie to oblicze zmienne, malowane specyfiką każdego sezonu tworzącego rok kalendarzowy, A więc teraz będzie to antropomorficzna postać zamierania.
Rozumiem, że można nie lubić ani jesieni, ani zimy, ponieważ spada temperatura, pada deszcz, śnieg, czasem jedno i drugie. Ale nie można odmówić tym zjawiskom racji bytu. Przychodzą i odchodzą według ustalonego porządku, na który nie mamy wpływu. (pomijam problematykę ekologiczną związaną m.in. z globalnym ociepleniem
Zamieranie, stan hibernacji, zatrzymania, wreszcie uśpienia - ma sens. Z obserwacji tych zjawisk rodzi się pokora. Umacnia się nadzieja. I można bardzo łatwo przetransportować ten porządek natury do sfery pragmatyzmu życiowego, w którym metafora zamierania i odradzania się znajduje regularne potwierdzenie. Jakkolwiek sloganowy mają charakter te przemyślenia, są prawdą: aby dobrnąć do etapu odradzania się, trzeba przejść przez zamieranie. To zagadnienie zahacza zresztą również o istnienie przeciwieństw: dobra / zła, radości / smutku, zdrowia / choroby itd. Jedno jest warunkiem istnienia drugiego. Aby naprawdę doceniać to, że można coś zacząć budować, trzeba przejść przez etap burzenia, doświadczyć smaku ruin. Aby zacząć wierzyć w optymistyczną wersję nadchodzących dni, trzeba przejść przez pesymizm zacieśniających się ścian i poczuć, jak się kurczy oddech.
Przemian tego rodzaju nie zrozumie się bez ich składowych, które tworzą wyżej wymienione przeciwieństwa. Brak pokory i zgody na nie powoduje w człowieku sytuację bez wyjścia - czymże bowiem jest nasz marny bunt wobec wyższego porządku czegoś zdecydowanie potężniejszego od nas?  ..........................

Na koniec zamieszczam zdjęcia z dzisiejszego spaceru oraz link do płyty pewnej kobiety o anielskim głosie, którą to płytę uważam za jedną z najpiękniejszych, jakie kiedykolwiek wydał przemysł muzyczny.