czwartek, 12 września 2013

Ludzie głupieją.

K

Nie podoba mi się tytuł tego wpisu. Ani to, że tak bardzo chce mi się przeklinać. Że tak bardzo polubiłam siarczyste i dźwięczne słowo "kurwa". Szczególnie właśnie to. Aczkolwiek nie pogardzę także czasownikiem "jebać" oraz "pierdolić" w odmianie przymiotnikowej, rzeczownikowej, obracanym przez wszystkie przypadki i żeniony z rozmaitymi prefiksami. W sytuacjach newralgicznych lub takich, kiedy nie chwycę po broń palną, bo: 1) jej nie mam, 2) za strzelanie do ludzi idzie się do więzienia, 3) jestem pacyfistą, te słową stają się rodzajem werbalnego kompresu przykładanego do mojego układu nerwowego, który coraz mniej odporny jest na ludzką głupotę i, jak się - zaskakująco dla mnie - okazuje, na ludzką niestałość tudzież zmienność.
Stali czytelnicy tego bloga wiedzą, że, w przeciwieństwie do Grzecha (o, oburzy się, oburzy, może nawet będzie kontra?) lubię porządek, zatem nie zdziwi ich to, że wrzucę moje myśli w punkty. A właściwie w przypadki.

Przypadek jeden: kocham koty miłością najlepszą na świecie, bo rozsądną; z tego też powodu m.in. biorę udział w rozmaitych akcjach prokocich.
Jeśli ktoś z moich fejsbukowych znajomych ma tego dość, to przypominam, że istnieje opcja usunięcia mnie z grona. Przeżyję. Ale nie o tym chciałam
- tak więc biorę udział też w różnych dyskusjach. Starając się nie dać się wciągnąć w prowokacje internetowych trolli - parę razy się dałam i żałowałam, że straciłam czas. Uczę się jednak na błędach. Ale dziś... dziś w sumie to nie był troll. To była młoda mamusia, która na koncie na fb (tak, chamsko podejrzałam, żeby wiedzieć z kim mam nieprzyjemność) wrzuca rozmaite obrazeczki na tle pociągniętym tanim różem pt. "dziś ja nie tańczę do tego, co śpiewasz, dziś ty tańczysz do moich słów". MM (czyli młoda mamusia) postanowiła pod zdjęciem schorowanego, bezdomnego kota (12 lat, koci katar, ledwie widzi na oczy) umieścić komentarz, z którego wynikało, że u niej pod oknem są podobne koty bezdomne, które stresują jej dziecko, bo polują na ptaki i je zabijają i chociaż żal jej tych kotów, to jednak przecież cierpi jej dziecko, bo się stresuje i boi, i ona, czyli MM, traci już cierpliwość i powoli ma dość. Kurwa. 
(Nie, nie kurwa MM, tak tylko przeklinam, przecież wyjaśniłam na początku, i wcale nie jestem z tego faktu /z przeklinania/ dumna, zwłaszcza, że obiecałam, że tu, na blogu, nigdy tego nie zrobię. Nigdy nie mów nigdy.)
Ja już wielokrotnie przekonałam się o tym, że kobietom po urodzeniu dziecka odjebuje (tfu! że głupieją!). Dla równowagi dodam, że znam, na szczęście, wiele takich, którym nie odjebuje. Opisany powyżej przypadek nie wymaga komentarza, choć ja dwukrotnie próbowałam wytłumaczyć MM, że naraża się na śmieszność. Że zdjęcie skrzywdzonego zwierzęcia nie jest i nie może być okazją do tego, aby narażać się na śmieszność, pisząc takie głupoty. I po co mi to było? Pięć "kurw" i dwa "pojeby" poleciały w powietrzu na ekran laptopa... Na szczęście jeszcze nie zaczęłam pluć ani toczyć piany. 

Przypadek dwa: pracuję w szkole. W naszej szkole nasi słuchacze oraz przyszli słuchacze mogą kontaktować sie z nami m.in. przez gg. Scena z przedwczoraj:
Sekretarz szkoły mnie woła:
- chodź, coś zobaczysz!
Idę, aczkolwiek bez przekonania.
- zobacz, co ktoś napisał.
Patrzę w monitor na gg, a tam zapytanie od niezidentyfikowanego kogoś: "na jakich kierunkach morzna u was studjować?". Palce robią mi się długie i jak wampir z wyciągniętymi kieruję je w stronę klawiatury.
Sekretarz szkoły:
- odejdź od klawiatury, ja tylko chciałam ci pokazać, żebyś się pośmiała! A co chciałaś napisać?
- chciałam napisać: "spjerdalai".

Przypadek trzy: nadal w szkole. Przyszła słuchaczka złożyć deklarację przystąpienia do egzaminu potwierdzającego kwalifikacje w zawodzie. Generalnie miła. W przedziale wiekowym, którego szczerze nie cierpię, może dlatego, że w myślach świta mi maksyma "to se ne vrati Pane Havranek". A może dlatego, że to wiek głupi. 
Wszystko ładnie i sprawnie idzie, podałam kod cyfrowy zawodu itepe, aż tu nagle:
- a wrzesień to dziewięć jest czy dziesięć?
Osłupiałam. A właściwie w pierwszej chwili nie załapałam. Więc tylko spojrzałam, przypuszczam, wytrzeszczem na panią, która:
- a bo ja nigdy nie pamiętam, haha, to dziewiątka czy dziesiątka?
Dałam za wygraną, spuściłam oczy i powiedziałam:
- dziewiątka, dziewiątka. 

Biorąc pod uwagę powyższe, jakoś coraz mniej potrafię się we współczesną rzeczywistość wpasować. Czuję się jak dinozaur, jak odmieniec. A przecież to nie ze mną jest coś nie tak. Przynajmniej nie w ww. kwestiach.
Reasumując, kurwy latają w powietrzu gęsto, nawet zaczęłam je materializować w wyobraźni jako hybrydy wampira i czarownicy. Latają w mojej głowie na miotłach i od czasu do czasu wylatują przez moje usta. 
Koniec końców, lepiej tak - niż bić, zabijać. Chyba?

Piosenka nieprzypadkowa, wielce wymownie wymowność swoją podkreślająca:



niedziela, 25 sierpnia 2013

Gdy sztuka przegrywa..

G
Sobotni,upalny wieczór w Gdańsku.

Razem ze znajomymi wchodzę do Zbrojowni, żeby zobaczyć prace najlepszych absolwentów gdańskiego ASP. Wystawa jest darmowa a sezon w pełni, więc w środku tłumy spacerowiczów i turystów. Podziwiam więc obrazy o klimacie gier komputerowych z lat 80 tych, podobają mi się też inne obrazy, które sprytnie przerobiono i udziwniono na komputerze. Rzeźby, instalacje nie robią na mnie i na innych widzach specjalnego wrażenia.
Przebojem parterowej ekspozycji jest jednak sztuka efekciarska (tak, to bardzo dobre słowo). Pewna Pani z ASP prezentuje tam bowiem gołe cycki atrakcyjnej babki. "Artyzm" (proszę to słowo czytać z dużym przekąsem) polega jednak na tym, że na ciele modelki znajduje się jakaś biżuteria i....chodzą pomiędzy jej piersiami... robaki. Słysząc komentarze typu "fuj", "obrzydliwe" zdążyłem przyuważyć tam jakieś dwie dżdżownice i inne robale, które na pewno  przegrałyby w robalowym konkursie piękności.
To "dzieło" potwierdza także moja roboczą teorię, że właściwie każda osoba, która potrafi poświęcić kilka dni na obejrzenie najbardziej nowoczesnych i kontrowersyjnych dzieł i jest jej nieobca sztuka kreatywnego kopiowania może zostać artystą.
Na piętrze wystawy kolejna porcja sztuki. Ciekawe wydają się figurki inspirowane Edwardem Nożycorękim, w głowie na dłużej zostaje prace składająca się ze zdjęć przedstawiających zwyczajne życie zwyczajnej rodziny.
Jak się okazuje widzowie wystawy na pierwszym piętrze masowo oblegają jednak...okno. Bo właśnie z niego można zobaczyć ciekawy i wcześniej niedostępny zwyczajnym zjadaczom chleba widok na zapchaną turystami ulicę Piwną.
Oglądam widok z okna i  uśmiecham się wychodząc z budynku. Bo to oblegane okno chyba jest najlepszym obrazkowym podsumowaniem tego jak bardzo ludzie są (nie)zainteresowani nowoczesną sztuką.
I dobrze nadawałoby się na następny celny rysunek pana Raczkowskiego.



*być może pójdę tą drogą, a Wy - moi Drodzy Czytelnicy o efektach dowiecie się pierwsi

piątek, 23 sierpnia 2013

Lubię stare kurwy

K

Kilka dni temu znalazłam się w sytuacji, w której miałam tylko jedną możliwość nietracenia czasu. Mianowicie możliwością tą była książka. Z uwagi na to, że na pierwszego kogoś gdzieś długo czekałam, poprosiłam drugiego kogoś o gazetę. Na widok kolorowych okładek czasopism o dietach cud, przedłużaniu orgazmu, zwalczaniu pryszczy i zapiekance z sezonowych warzyw, zapytałam, czy to wszystko, co jest do czytania. W odpowiedzi dostałam do ręki książkę. I chociaż okładka wzbudziła moją nieufność, po chwili wahania wzięłam ją i poszłam gdzieś. 
Po 35. minutach książkę (ok. 250 stron) uznałam za przeczytaną. Są takie publikacje i takie filmy, z którymi zapoznaję się w trybie - nazwijmy umownie - przyspieszonym. I nigdy nie żałowałam swojej decyzji. Tym razem też nie.
Ekspresowo potraktowana lektura, to "Rok na Majorce" Anny Klary Majewskiej. Jest to sztampowa opowieść o typowej, lansowanej masowo w mediach, kobiecie sukcesu. Wszystko tu się znajduje - wszystko, co pojawia się na łamach poczytnych babskich czasopism: jest nieudane małżeństwo, jest i kochanek, jest dziecko, jest kariera i modny zawód, podróże zagraniczne; nie zabrakło też wątku geja i romantycznych widoków. Oraz - do czego się ta książka sprowadza - odnalezienia swojej true love, bo przecież, prędzej czy później, dwie połówki jabłka (lub innego owocu, nie pamiętam) muszą się  spotkać. Przeczytałam "od deski do deski" 38 stron tej wypocinki, pocieszając się, że co dziesiąte lub piętnastne zdanie zdarza się jakieś sprawne i w miarę błyskotliwe wyrażenie. Potem czytałam już tylko wybiórczo, czyli ekspresowo. Autorka, pomijając to, że wpisuje się w nurt grocholszczyzny, w nurt powieści z kwiatkami czy wisienkami na okładkach ( jak ta: ), posługuje się równie sztampowym co fabuła, językiem. Wyświechtane porównania, naiwność narracji i silenie się na intelektualizm tworzą razem powieściową menażerię tandet, przewidywalności i aurę enklawy tego, co "dla nas, kobiet", co "pomiędzy nami, super babkami" - w sam raz dla Agat Młynarskich i innych Hanien Bakuł, które doceniły błyskotliwość pisarskiego tworu Majewskiej.

"W owczym pędzie giną owce a ja schodzę na manowce" - śpiewa Maria Peszek. I choć to nie w tym kontekście, pozwoliłam sobie przytoczyć ten cytat odnośnie mnie. Czytając książkę Majewskiej, poczułam się obrażona jako człowiek, który przynależy do rodzaju żeńskiego. Że baby mogą tak babom szkodzić. Z jednej strony potężna machina feminizmu, która chula w naszym kraju, z drugiej strony sztab równych kobitek, które piszą o tym, że hej! właściwie o to nam chodzi: znaleźć chłopa i być szczęśliwą u jego boku! I, hej!, właśnie o tym chcemy pisać! ... Virgina Woolf się w grobie przewraca.

Ja wolę niż. Dzisiaj autentyczność znajdzie się w pijaku Zdzisławie, który pamięta wódkę na kartki i który szarmancko mówi: dzień dobry, chociaż "d" myli mu się z "c". W pani Iksińskiej, która zapierdala na kasie w Biedronce, podczas gdy jej dzieci marzą o wakacjach w Boszkowie. Wreszcie, owa autentyczność znajdzie się w starych kurwach, które więcej filozofi życiowej w sobie noszą niż wszystkie piczki karierowiczki razem wzięte. Stara kurwa prawdę ci powie. Albo że w życiu "piniondz" się liczy (i racja), albo że w życiu ludzie się liczą (też prawda). Stare kurwy są fine. Lista osób autentycznych mogłaby się, oczywiście, wydłużyć.
A w ogóle, o co mi chodzi?
O to, że wolę czytać powieści o ludziach autentycznych. O ludziach z "nizin". O mięsie, o brudach.

Konkludując, robię to za pomocą tego wiersza:

"Czyści"  — Stanisław Grochowiak
Wolę brzydotę
Jest bliżej krwiobiegu
Słów gdy prześwietlać
Je i udręczać

Ona ukleja najbogatsze formy
Ratuje kopciem
Ściany kostnicowe
W zziębłość posągów
Wkłada zapach myśli

Są bo na świecie ludzie tak wymyci
Że gdy przechodzą
Nawet pies nie warknie
Choć ani święci
Ani są też cisi.



poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Upadłe księżniczki i smerfy

K

Długa przerwa, chyba wyszłam z pisarskiej wprawy. I za dużo spraw, o których chciałabym napisać, więc mogę wypaść chaotycznie.

Tym razem trochę o bajkach chciałam. I chciałam wyrazić swoje oburzenie. Na artystkę, która ośmieliła się dokonać transformacji historii tak dobrze znanych i uwielbianych, jak bajka o królewnie Śnieżce czy Roszpunce. Nie mogę się otrząsnąć z bardzo niemiłego zaskoczenia tym, że autorka tych prac miała odwagę wyrwać bohaterki z kart wzruszających opowieści i przenieść je w świat okrutny, w twardą rzeczywistość i jeszcze skłania nas do refleksji i interpretacji, które mogą prowadzić na niebezpieczne i mętne wody poglądów feministycznych, racjonalnych i ......... lewackich (?). Jakież to pogwałcenie cennych wspomnień z dzieciństwa!
W tym kontekście nie ma się co dziwić oburzeniu pana Terlikowskiego i innych wyznających jemu podobne poglądy na świat, jakie zostało wywołane niesłychanie kontrowersyjnym filmem Smerfy 2. Pan Terlikowski, biorąc pod uwagę jego wrażliwość i otwarcie na świat, słusznie nie ma pojęcia, co twórcy tej obrazoburczej pseudobajki mieli na celu, powołując do kinematograficznego istnienia twór wielce niebezpieczny i zagrażający naszym dzieciom. Poczciwe Smerfy, które pamiętamy z telewizyjnych wieczorynek, przeobrażone zostały w kompanię stworów siejących niebezpieczne dla pociech treści, uderzające w fundamenty prawi(c)(dł)owo pojmowanej rodziny,  propagujące piosenki przesycone seksem (!). Przecież każdy pięciolatek ma na tyle rozwinięty intelekt, aby wiedzieć i rozumieć szereg abstrakcyjnych pojęć, jak rodzina, orientacja seksualna i seksualność w życiu człowieka. Zdecydowanie godne potępienia jest uczestnictwo w tym zepsutym seansie frywolnych rozmów i zdarzeń z życia Smerfiozów wyśpiewujących przesycone sensualizmem piosenki popowych gwiazd. 

Konkludując, należy zadać sobie pytanie: do czego ten świat zmierza? Co chce osiągnąć? O tempora! O mores!

niedziela, 21 lipca 2013

Nie czytasz, nie marudź

G

Popularna i efekciarska akcja społeczna "Nie czytasz, nie idę z Tobą do łóżka" to wyjątkowo celny przykład dobrych chęci, zacnych założeń i nieprzemyślanej do końca koncepcji i realizacji. W efekcie inicjatywa, która miała celnie i nietypowo promować czytelnictwo, jest strzałem w płot. Albo Panu Bogu w Skrzynkę Pocztową.


Największy kłopot (przy założeniu, że twórcom akcji brak dystansu i naprawdę liczą na to, że oczytanie będzie drogą do burzliwego życia seksualnego) polega na założeniu, że czyta się po coś i w jakimś konkretnym celu; i że owo czytanie jest jakimś tam środkiem do celu. Tymczasem według mej skromnej osoby i (mam nadzieję) według całego oświeconego świata, czytanie jest automatyczną czynnością, która pojawia się bez specjalnych zachęt u osób inteligentnych, ciekawych świata i dalekich od powierzchownego podejścia do rzeczywistości. Taka osoba w którymś momencie swego życia zaczyna czytać i jeśli już pozna uroki dobrze dobranej lektury, to nigdy nie będzie chciała łatwo z niej zrezygnować. Wreszcie, osoba o takich cechach właśnie z ich powodu jest atrakcyjna dla inteligentnych przedstawicieli płci przeciwnej a jej oczytanie może być w tym przypadku przysłowiową "wisienką na torcie". Namawianie do czytania w takim przypadku można porównać do pokazywania zdjęć porzuconych samochodów na poboczu i zachęcania w ten sposób do...częstego tankowania benzyny. Mało to odkrywcze i absurdalne ogromnie. A i posiadaczy silników diesla ignoruje :)

Kosmiczne może być też potencjalne założenie, że w wyniku akcji osoby nieczytające nadrobią braki i rzucą się pędem podrywać przedstawiciela płci przeciwnej, licząc na to, że znajomość książek Prousta, Hłaski lub innego Palahniuka sprawi, że kobietom / mężczyznom zadrgają nogi, zmysły prysną i rozepnie się automatycznie biustonosz tudzież rozporek. Widzieliście np. w bibliotce okularnicę podrywającą okularnika słowami "A więc znasz wszystkie książki Jelinek? Nie traćmy czasu, rzuć te periodyki, pędźmy raźnie uprawiać seks oralny w bibliotecznym schowku na miotły"? Ja nie. A szkoda.

Akcja jest też w swoimi wydaniu wielce niesprawiedliwa i ignoruje miłośników nowoczesnych technologii. Opiera się bowiem na słowach reżysera thrashowego, który powiedział "We need to make books cool again. If you go home with somebody and they don’t have books, don’t fuck them".
Właśnie! A czemu w takim przypadku łóżko ucieknie sprzed nosa osobnikowi, co to jest w trakcie przeprowadzki i z tego powodu jego półki święcą li tylko kurzem? Albo co z czytelnikami, co to książek przeczytali mnóstwo, ale nie czują żadnej potrzeby trzymania ich w domu po wsze czasy? No i wreszczie, co jeśli ktoś czyta ebooki albo audiobooki i zamiast pełnych półek ma zapchany dysk twardy czytnika? Jemu też w ramach akcji społecznej pójścia do łóżka odmówić trza? 

Na koniec obawy natury technicznej. Jeśli już Grzech da się namówić na łóżko jakiejś miłośniczce lektur wszelakich, to czy nie będzie problemu, że na tymże łóżku będzie więcej książek niż pościeli? 
.
.
.
Albo owa kobieta będzie miała ogromną wiedzę na temat spraw łóżkowych. Ale tylko książkową! Brrr

sobota, 15 czerwca 2013

Motyl lata też koło hotelu

G

To było kilkanaście lat temu w redakcji jednej z gazet lokalnych. Czytelniczka, która pojawiła się na miejscu, była elegancko ubrana, ale efekt psuł rozmazany z powodu płaczu makijaż. 
Na początku straszyła gazetę strasznym procesem i adwokatem znanym ze swojej skuteczności, później powiedziała, że "redaktorzy nie mają serca i beztrosko psują innym życie" a jeszcze później po prostu płakała. Całą historię i powód wizyty udało się ustalić kilkanaście minut później.
Okazało się, że gazeta opublikowała typowy materiał o rozpoczęciu sezonu turystycznego, który zilustrowano zdjęciem wjazdu do hotelu. Standardem w przypadku takich publikacji jest zamazywanie tablic rejestracyjnych samochodów. W tym przypadku tablice były jednak odkryte.
Taka pomyłka czy też zwyczajne niedopatrzenie dla kobiety okazały się jednak  wyjątkowo gorzkim końcem małżeństwa. 
Bo kilka tygodni wcześniej małżonek jej wyjechał na wyjątkowo trudne i wymagające trzytygodniowe szkolenie do Hiszpanii. Facet tłumaczył też, że będzie cieżko się z nim 
przez ten czas skontaktować. Czytelniczka znalazła jednak artykuł, zobaczyła zaparkowany przed hotelem samochód swojego męża i ustaliła, że "szkolenie" było tak naprawdę trzytygodniowym pobytem w hotelu z kochanką.
Małżeństwo się rozwaliło, nie wiem jednak co było dalej. I czy cokolwiek było.
Dla mnie cała sytuacja była natomiast wyjątkowo wymowną wersją Efektu Motyla. W tej anegdocie pokazującej obrazowo chaos deterministyczny: trzepot skrzydeł motyla, np. w Ohio, może po trzech dniach spowodować w Teksasie burzę piaskową.
W tym konkretnym wydaniu zaniedbanie fotoedytora rozwaliło komuś małżeństwo.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Ślimak i wiedza tajemna

K

Jest już wieczór, ja zaś w jakimś szczególnym nastroju niedającym się nazwać. Zeszłam do ogródka zapalić papierosa, umościłam się wygodnie na poduszce położonej na schodku i zaćmiłam. Deszczowe powietrze wkradło się we włosy, skręcając końcówki jeszcze bardziej niż za dnia. Lubię to powietrze. Lekkie, wilgotne, chłodne. Łatwo oddychać. Siedząc we wyjściu na ogródek, na patchworkowej poduszce, kątem oka zauważyłam ślimaka, który spokojnie, sobie tylko znanym rytmem, wspinał się po trzonie od łopaty. Niewiele myśląc, wzięłam go i położyłam sobie na kciuka. Ślimak, zrażony tą bezczelnością, szybko schował swoje czułki, aby po chwili z powrotem je wychylić i badać teren. I nagle ogarnęła mnie szatańska myśl, aby dmuchnąć ślimakowi dymem papierosowym prosto w jego ślimacze oblicze. Robiłam tak wcześniej, dmuchając w stronę pajęczyn i złowrogo wyglądających czarnych pająków, które bardzo szybko biegają. Zawsze uciekały. Tymczasem ślimak, otoczony smugą trującego dymu, niewzruszenie wyciągał swoje czułki, jakby zupełnie był odporny na jego działanie. Co mnie  zaskoczyło, ponieważ spodziewałam się, że je schowa i w ogóle cały schowa się w swoim efemerycznym domku a nawet, że z tego powodu zsunie się z mojego kciuka. Nic podobnego się nie wydarzyło. I równie nagle pomyślałam: "jesteś świnia". I runęła lawina empatii połączona z wyrzutami sumienia. Odłożyłam ślimaka z powrotem na trzon łopaty.
I przypomniałam sobie o wiadomościach, jakie dziś czytałam w internecie, m.in. o tym, że jakiś pijany facet rzucał kocięta pod koła nadjeżdżających samochodów. 
I pomyślałam, że empatia to dar dla elit. 
I że w tym przypadku jestem za demokracją bez granic a wręcz przymusową.

Na dobranoc dla Ciebie, mój Czytelniku coś nietypowego dla mnie:





wtorek, 4 czerwca 2013

Mam nowotwór złośliwy


K

Nie, nie mam nowotworu złośliwego albo przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. Ale skoro zajrzałaś / -łeś tutaj nie tylko z ciekawości, to zostań, doczytaj do końca (jak z ciekawości - też zostań i doczytaj).

Kupiłam sobie dzisiaj dwie książki - wyczekiwany dziennik Gombrowicza "Kronos" oraz "Chustkę" Joanny i Piotra Sałygów. Nie sądziłam, że ta pierwsza lektura przegra z drugą, jeśli chodzi o kolejność czytania. Właściwie, to "Chustkę" kupiłam na prezent, ale po kilku przeczytanych stronach wiedziałam już, że to będzie moja książka a jutro kupię jeszcze jeden egzemplarz na rzeczony prezent. 

Z historią Chustki zetknęłam się jakiś czas temu poprzez bloga, którego prowadziła. To właśnie Joanna Sałyga miała nowotwór złośliwy. I odeszła. Celowo nie piszę "umarła" - gdybyś przeczytał/-ła jej bloga lub sięgnął/-ęła po książkę, zrozumielibyście, dlaczego. Joanna już drugi raz zainspirowała mnie do napisania tekstu (pierwszy był ten). 

Jako - przyznaję chyba po raz pierwszy - człowiek ze skłonnościami depresyjnymi, żyjący od wielu wielu lat w bliskim związku z hipochondrią, zawahałam się, myśląc, czy powinnam sięgać po książkę, w której autorka opisuje swoje zmagania z ciężką chorobą. Pamiętam, jakim psychicznym impaktem  była dla mnie publikacja Tamary Zwierzyńskiej-Matzke "Czasami wołam w niebo". Mimo obaw, postanowiłam czytać. Jestem w połowie lektury i nie mogę wyjść z zachwytu....

Joanna Sałyga miała tę rzadką umiejętność formułowania błyskotliwych zdań, celnych ripost i miała ironiczno-serdeczne poczucie humoru. Była niesłychanie silnym człowiekiem - czytając jej przemyślenia, ma się tą pewność. Nie spodziewałam się zupełnie, że w trakcie lektury roześmieję się tubalnie. I że TAKA książka może zawierać zabawne fragmenty. Postanowiłam zacytować jeden przykład - Joanna była po poważnej operacji usunięcia żołądka i śledziony:
"otóż połknięcie choćby maleńkiego kęsa czegokolwiek (...) bez polania (...) dużą ilością picia skutkuje makabrycznie bolesnym zatkaniem się. gdy rurka klopsuje, wyję z bólu, łapiąc rozpaczliwie powietrze i toczę pianę z pyska, kręcę młynka rękami, zwijam się w kłębek oraz rzucam kurwami. remedium stanowi intesywne klepanie po plecach, tak aby odblokować rurkę. mam już odbite plecy od walenia. wczoraj zatkałam się kawałeczkiem jabłka. popicie go nie pomogło. ani popicie picia większą ilością picia. byłam sama w domu, nie było nikogo, do kogo mogłabym dopełznąć, błagając o ratunek. postanowiłam uratować się sama. nieoceniona okazała się wielka warząchew, której zwyczajowo używam do mieszania bigosu. kilka ciosów w plecy drewnianą łychą odblokowało rurkę. 
w związku z powyższym rozpatruję możliwość noszenia w torebce utensyliów kuchennych, którymi w razie potrzeby mogłabym się na ulicy pierdolnąć w plecy - bo przecież nie będę zaczepiać przechodniów, charcząc prośbę: czy mógłby mnie pan postukać po plecach, ponieważ nie mam żołądka "
Wiem, że druga połowa tego pamiętnika będzie najtrudniejsza. Ale nie mogę i nie chcę wycofać się z czytania i jednocześnie towarzyszenia myślom kogoś, kto w tak niesamowity sposób walczył w życiu z potworem zżerającym od środka. 
"Chustka" jest też bardzo wzruszającym świadectwem miłości rodzinnej - matki do synka, synka do matki ("mamusiu, miej ten odruch, ja będę cię masował po pleckach (...) jesteś chora, przyszedłem cię potrzymać za rączkę. mogę trzymać delikatnie albo ściskać, jak wolisz?) oraz miłości dwojga ludzi, którzy się odnaleźli i spędzając ze sobą niespełna trzy lata, przeszli przez ogień cierpienia, przekuwając w nich to, co ich łączyło, w głębokie uczucie i porozumienie dusz.

Nie napiszę nic odkrywczego, jeśli przypomnę, że tego rodzaju książki powodują w człowieku lawinę pytań, pozwalają na dokonanie własnego rachunku sumienia. Oswajają ze słowem "umieranie" - współcześnie budzącym coraz większy strach. Joanna umierała, walcząc. Walczyła, umierając. Bez patetyczności, bez religijnych wtrętów. Ale niesprawiedliwe byłoby sprowadzenie jej drogi do znaku memento mori czy też vado mori. Wiele razy przewija się w tym pamiętniku myśl: carpie diem. Oraz postulat czerpania radości ze wszystkiego, co nas otacza. I nie chodzi o to, że osobom dotkniętym terminalną chorobą zmienia się punkt widzenia rzeczywistości, bo wiedzą, że umierają. Wszyscy umieramy. Ja też. Ty też. I jutro może nas już tu nie być. Więc naprawdę nie w tym rzecz. Rzecz jest w tym, że czerpanie radości, ale takiej głębokiej, prawdziwej, ze wszystkiego, co nas otacza, jest sztuką. Tej umiejętności nikt nie dostał w nagrodę za ciężkie życie. To jest zadanie. Które, jeśli zaczniemy wykonywać, poczujemy pełnię. Zdarzyło mi się kilka razy ją czuć. W trakcie czytania "Chustki" przypomniałam sobie, że zbyt rzadko. 

Na koniec wrzucam okładkę książki z gorącym poleceniem kupna i przeczytania tego niezwykłego świadectwa człowieczeństwa. Oraz film, w którym możecie zobaczyć Joannę. Do tematu jeszcze powrócę.


czwartek, 23 maja 2013

mędrzec nie krzyczy..., czyli kilka myśli na temat Krystyny Pawłowicz

Karmel:

Krystyna Pawłowicz po raz kolejny się zbłaźniła. Żadna to nowość, że jest dla internautów tworzących memy pożywką niemal numero uno. Dziwię się, że PiS trzyma ją nadal w swoich szeregach, ponieważ ta kobieta ewidentnie zraża swoimi chamstwem i zacietrzewieniem wielu niezdecydowanych wyborców.
Kto obejrzał ten materiał: Pawłowicz znowu agresywnie szczeka, a uważa się za człowieka inteligentnego, ten odczuje niesmak. Dlaczego? Moje zdanie:

1. Odrzuca mnie i zniechęca ton, wydźwięk i poziom retoryki Pawłowicz. Jako polityk jazgocze, przekrzykuje, używa słownej przemocy, daje upust swoim emocjom - reasumując, robi coś, czego rasowy polityk robić nie powinien (nie jest w tym stylu niestety odosobniona). O czymkolwiek by nie mówiła - taki sposób mówienia w przestrzeni publicznej jest niedopuszczalny. Nawiązując do tematu mojego tekstu - mędrzec nie krzyczy. Nie jazgocze. Pawłowicz poprawia dziennikarza: nie chce być posłanką, chce być posłem. Dobrze, mnie też drażnią na siłę czynione formy żeńskie, które brzmią groteskowo. Ale akurat do Pawłowicz groteska pasuje jak ulał.
Po 1. Obruszając się na formę "posłanka" uderza w środowisko feministek, które - w bardziej lub mniej udany sposób - jest spadkobiercą emancypantek, sufrażystek, bez działalności których Pawłowicz dzisiaj zasuwałaby przy garach zamiast wytrząsać się przed mikrofonem. 
Po 2. Jej napastliwość i kategoryczność wyklucza jakikolwiek dialog. Nieważne, komu zdecydowała się udzielić wywiadu. Mogła przecież odmówić stacjom, dziennikarzom, które i których uważa za niewiarygodne. Ale jeśli zdecydowała się podjąć dyskurs - powinna zastosować się do podstawowych wytycznych dotyczących prowadzenia dialogu. Jakież to kurewsko polskie - przekczyczeć, stłamsić, zagadać do granic cierpliwości... 
Po 3. Mędrzec nie krzyczy - panuje nad sobą, dlatego jest mędrcem. Przewyższa tym skołtunione pospólstwo, które musi wykrzyczeć, co mu na wątrobie leży. Mędrzec przygląda się z boku i ironizuje. I dostrzega rzeczywistość z dystansu - jakże go potrzeba temu krajowi!
Po 4. Pawłowicz albo nie chce, albo nie potrafi zauważyć, że treść zaproszenia na happening, która niemal postawiła jej przylizane na babcię włosy na głowie, została przez twórców ujęta w ironiczny i zdystansowany cudzysłów! Że nie należy traktować dosłownie zestawienia "cyklistów" i "dewiantów" - że należy podejść do tego z dystansem (sic!), zapytać siebie, co twórcy chcą osiągnąć, co mają na myśli. Że być może jest to prowokacja, która ma wywołać jakieś przemyślenia...
Po 5. Pawłowicz pogardliwie mówi o kobietach, które zdjęły ubranie i pokazały swoje piersi - fakt faktem - obwisłe, ale jakie to ma znaczenie? Pawłowicz niemal z obrzydzeniem wyraziła się na ten temat. To jest wprost nie do pojęcia. Kobieta otyła, w babcinych okularach, z babciną fryzurą, beznadziejnie szara - ostrymi słowami przeciwstawia się młodszym kobietom, które odkryły część swojego ciała w przekonaniu, że o coś walczą, i rzuca pełne pogardy słowa dotyczące ich cielesności. Po prostu niesamowite.

2. Slut walk nie pojawił się w Polsce znikąd. Takie happeningi miały miejsce na Zachodzie Europy. I pewnie nadal mają miejsce, i będą miały. Moje zdanie: nie przekonuje mnie taki rodzaj manifestowania w jakiejkolwiek sprawie. Nie popieram tego. Ale jako człowiek tolerancyjny, uważam, że jeśli są ludzie, którzy czują potrzebę, aby w ten sposób działać i uzyskają na to zgodę - ja nie mam nic przeciwko. Na pewno zgodzę się z jedną z myśli przewodnich organizatorów: niezależnie od tego, co kobieta na siebie włoży, w co się ubierze - może to być kusa spódniczka i wyzywający dekolt - NIE OZNACZA TO, że jej winą będzie, jeśli zostanie ofiarą gwałtu! Mężczyźni nie są bezmózgimi robotami i nie mają w centrum nerwowym prącia. A nawet jeśli chcieliby, aby w ten sposób usprawiedliwiać przestępstwo tych nielicznych (na szczęście), to absolutnie jestem przeciw. Jesteśmy przede wszystkim ludźmi. 


Grzech:
Do wypowiedzi Pani Pawłowicz odnosić się nie chcę, ale mikroskopijny komentarz na temat sensu Marszu Szmat stworzyć muszę. I wydaje mi się, że nic mądrzejszego i inspirującego nie wymyślę niż zacytowanie słów pewnego amerykańskiego pisarza,który skomentował prosto "Czy kiedykolwiek tłumaczono gwałt na mężczyźnie jego zbyt wyzywającym strojem? I argumentowano, że sam się doigrał nakładając na przykład obcisłe szorty"?


niedziela, 19 maja 2013

paradoksy snu

K

Lubię spać. Lubię zakopywać się w sen. Pod warunkiem, że stanowi gościnny dom złożony z przyjemnych irracjonalnych fabuł. Ciągoty w kierunku sennego eskapizmu są ponoć domeną ludzi nadwrażliwych i skłonnych do depresji. Może też być tak, że - nie komplikując faktu - człowiek czuje owe ciągoty, ponieważ ma tego snu za mało? Hej, to ja!
Jestem zdecydowanym przeciwnikiem popołudniowych drzemek. Nasilają migrenowe bóle  i "wyrywają" z dziennego rytmu. Dziś jednak skusiłam się na odpłynięcie - w założeniu miało ono trwać "godzinkę". Trwało zaś nieco dłużej, ale nie to jest problematyczne. Moim celem popołudniowej drzemki było nadrobienie braków w wypoczynku i zregenerowanie sił. Co za bzdura.
Obudziłam się, zresztą nie pierwszy raz, zniesmaczona i jeszcze bardziej zmęczona, niż byłam wcześniej.
Na intensywną treść mojego snu (faza raczej REM, nie sądzę abym odpłynęła głębiej) składały się sceny, w których próbowałam nakarmić zagłodzone kocięta - jedno (wydawało mi się) już nie żyło, ale później okazało się, że jednak żyje, bo zaczęło wykonywać agonalne ruchy, jakby nagle wyrwało się z jakiejś katatonii; następnie próbowałam ratować poranione ptaki z długimi dziobami - wyglądały jak pelikany. Dwa z nich siedziały w misce z wodą, jeden kichał, stąd wywnioskowałam, że jest przeziębiony. Wszystko działo się w lesie. Jak się przekonałam, musiałam być kimś ważnym, ponieważ miałam służbę - lokaj w stroju sprzed 200 lat odmawiał wykonania mojego polecenia - kazałam mu dobić kocię w agonii, aby skrócić cierpienie tego zwierzątka. I sen się urwał, przebudziła mnie konieczność pozbycia się z organizmu nadmiaru płynów.
Gdy wróciłam do sypialni, nie byłam już przekonana co do tego, czy nadal chcę "regenerować siły".
Zadałam sobie w myślach pytanie - dlaczego (do jasnej i ciemnej cholery) nie mogę śnić o czymś przyjemnym, co pozwoliłoby mi odpocząć -  na przykład o nurkowaniu w czystym jeziorze?! 
Często śnią mi się.... zakonnice i często w sytuacji, w której mnie gonią a ja przed nimi uciekam. Czasami mają karabiny i chcą do mnie strzelać. Tak, wiem, śmiejesz się, czytając to, ale wierz mi, że gdy zrywam się z łóżka - nie jest mi do śmiechu.
Innym paradoksem związanym ze snem jest to, że gdy wracam z pracy, to mam ochotę położyć się do łóżka i obudzić się następnego dnia. Nie czynię tego jednak, zakładając, że jak przeczekam ten czas, to zmęczenie nasili się około 22-23.00 i będę mogła położyć się spać wcześniej niż wczoraj, przedwczoraj, tydzień, miesiąc i pół roku temu... Przeczekuję zatem ów kryzys. Następnie około 22.00 całe moje zmęczenie i senność odchodzą, umysł zaczyna pracować na wyższych obrotach i właściwie mogę nie spać do 1-2.00 w nocy. Dzięki temu doświadczam nieustannie Dnia Świstaka! 
Problemy ze snem mają również zdecydowanie negatywny wływ na moją wiarę. Mianowicie zawsze rano, po wyłączeniu budzika nie potrafię uwierzyć, że to już. Że muszę wstawać. I niemal na kolanach odbywam pielgrzymkę przed ołtarz, na którym stoi ekspres do kawy.
Jakieś rady?
;-)