piątek, 28 września 2012

Granice żartu

K

Do napisania tego tekstu skłoniło mnie kilka wypowiedzi, na które natknęłam się na portalu społecznościowym.
Mianowicie jedna z osób udostępniła skecz dotyczący Holocaustu, dodając komentarz "Holocaust na wesoło". Rozwinęła się kilkuosobowa dyskusja. Część rozmówców była kategorycznie na nie, część zdecydowanie na - 'cool, spoko, luz, peace' - tak.
To pierwsza rzecz, która mnie skłoniła.
Pod koniec dyskusji natrafiłam na jedno z podsumowań o treści: "Poczucie humoru jest cenne, w każdej sytuacji" (cytat).
To druga rzecz, która mnie skłoniła.
I jak każda kategoryczna wypowiedź, dała mi sporo do myślenia. Zdanie jest proste i jasne:

"POCZUCIE HUMORU JEST CENNE, W KAŻDEJ SYTUACJI"

Otóż ja należę do osób, które uważają wprost odwrotnie - że poczucie humoru nie jest cenne w każdej sytuacji a wręcz w wielu sytuacjach jest niewskazane i niebezpieczne.
Postaram się to udowodnić, wykorzystując kilka tematów aktualnych w mediach.

1. Holocaust.
Poruszyłam ten temat jako pierwszy bo od niego cała rzecz się zaczęła. Grzebiąc w internecie i szukając odpowiednich stron, zauważyłam jedno - poziom polskich kawałów na temat Zagłady nie różni się (to znaczy nie jest bardziej prymitywny) od zagranicznych. Proponuję następujące: Holocaust jokes, których komentować nie trzeba (ani nie mam zamiaru).


Natomiast chciałabym w tym miejscu zwrócić uwagę na "leczniczą" właściwość śmiechu. Bowiem w kulturze może odgrywać rolę oswajania "złego". Śmiech niejako osłabia moc oddziaływania tego, co było lub może być przyczyną traumy. Oraz w pewnym sensie oczyszcza. To żadna nowość.
Na przykład: moja umierająca ciocia (cukrzyca od trzydziestu lat, kilka zawałów w przeciągu roku) bardzo mnie zaskoczyła, gdy odwiedziłam ją w szpitalu, ponieważ zażartowała, że jak nie zrobią jej przepychania żył to doktor piasek ją wyleczy. Ja w swojej naiwności nie zatrybiłam od razu i zapytałam zupełnie poważnie, kto to jest "doktor Piasek". Dwa miesiące później ciocia umarła.
Oczywiście miała prawo żartować z przeczucia, że niedługo umrze. To była jej choroba i jej śmierć. Ja zaś w tamtym momencie byłam zakłopotana. Wymamrotałam coś w rodzaju "niech ciocia przestanie", nieśmiało się uśmiechając. Wyobraźmy sobie odwrotną sytuację. To ja mówię cioci (nie wiedząc, jak to może odebrać), że jak jej nie przepchają żył to wyleczy ją doktor piasek. Czy mam do tego prawo? Czy poczucie humoru jest cenne w takiej sytuacji? 
Wracając do Holocaustu - w Polsce odbyło się spotkanie pt. "Holocaust jokes. Co komu wolno. Polska i izraelska perspektywa". Bardzo żałuję, że nie wzięłam w nim udziału, gdyż jestem ciekawa konkluzji.

Osoby, które ocalały z Holocaustu, nie były tymi samymi ludźmi, jakimi były przed tym doświadczeniem. Nie spotkałam żadnej, która żartowałaby z tego doświadczenia (miałam okazję rozmawiać z kilkoma oraz śledziłam rozmaite programy z udziałem ocalałych). Jednakże, to było ich doświadczenie więc uważam, że mogliby z niego żartować tak jak moja ciocia ze swojej śmierci.
Potrafię również zrozumieć, że potomkowie osób, które zginęły podczas Holocaustu, mogliby czuć potrzebę zmierzenia się z tym tematem poprzez śmiech. Być może uświadomienie sobie faktu, że należy się do narodu, który został uznany za gatunek podludzi i przez to skazany na eksterminację, jest dzisiaj dla młodego Żyda doświadczeniem traumatycznym, które może zostać oswojone i oczyszczone poprzez śmiech.
Jest jeszcze jeden kontekst, w którym wolno to robić. Mianowicie sztuka. Obszar artystycznego tworzenia powinien być wolny od wszelkich zakazów. Ponieważ tam, gdzie zakazy, tam kończy się sztuka. Ale to osobne, wielowątkowe i złożone zagadnienie - tym razem je tylko wymieniam.

Nie godzę się z tym i najczęściej radykalnie reaguję, gdy jestem świadkiem żartowania z Holocaustu w każdej sytuacji poza wymienionymi. Bo - na przykład - gimnazjalista powtarzający kawał "co śpiewają Żydzi idący do komory gazowej? - Nie zamykajcie drzwi", którego, jestem pewna, że nie rozumie tak naprawdę, nie oczyszcza siebie z traumatycznego doświadczenia lecz koduje w swoim umyśle, że "z Żydków jak ich palili żartować można".

Poniżej sugestie kreowania poczucia humoru w każdej sytuacji:
2. Rasizm.
Przedstawmy humorystycznie wyższość Polaków nad Cyganami i Rumunami. Albo czekoladowość Afrykanina mieszkającego w małym, polskim mieście.
3. Seksizm.

Przedstawmy humorystycznie czułość szefa, który swojej pracownicy wkłada rękę między nogi.
4. Homofobia.
Przedstawmy humorystycznie dwóch gejów trzymających się za ręce i spacerujących ulicami.
5. Dyskryminacja osób niepełnosprawnych.
Przedstawmy humorystycznie zafrasowaną osobę na wózku inwalidzkim, który stoi przed schodami bez podjazdu.
6. Przemoc wobec kobiet i dzieci.
Przedstawmy humorystycznie pobitą kobietę czy pobite dziecko, uznając, że dostali za swoje.
7. Przemoc wobec zwierząt.
Przedstawmy humorystycznie przekonanie wielu ludzi, że zwierzęta to tylko zwierzęta. 

Reasumując, jak należy odebrać postawę światłego (?) człowieka, z której wynika, że można się śmiać z powyższych tematów - zgodnie z zasadą, że "poczucie humoru jest cenne w każdej sytuacji"?
Otóż taka postawa jest rodzajem przyzwolenia na przemoc.

[Zaraz, zaraz, jak to przyzwolenia na przemoc? O czym ona pisze? Przecież mi chodzi o nieszkodliwe skecze?!
No dobra.
To pomyśl: przychodzi do Ciebie skin i mówi, że chce zabić trzech Żydów. Jaka będzie Twoja reakcja? Sięgniesz po telefon po tym, jak oddalisz się od skina na bezpieczną odległość?
Otóż - przemoc fizyczna nigdy nie zaczyna się od siebie. Najpierw rodzi się w słowach.
Skin musi uwierzyć, że zabicie Żyda to chwała i zasługa dla kraju, w którym żyje. 
Owa przemoc słowna nie zaczyna się ostro pt. "Jebać żydów" pisana na ścianach, lecz zaczyna się zupełnie niewinnie i z pozoru nieszkodliwie...
Czy już rozumiesz, do czego pisząca zmierza?]

Dobra, prościej. Skoro już się tych Żydów uczepiłam:
Jeśli skecze na temat Holocaustu są ok - to może w ogóle ten cały Holocaust to była ściema?
Jeśli skecze na temat Holocaustu są ok - to dlaczego skecze o 'Żydkach' [oparte na stereotypach] nie mają być ok? 
Jeśli skecze o 'Żydkach' są ok - to dlaczego hasło 'Polska tylko dla Polaków', potraktowane żartobliwie, nie ma być ok?

Taką metodą dedukcji można dojść do naprawdę nieprzyjemnych, wrogich względem ludzi i zwierząt, konkluzji. Możemy oczywiście mieć nadzieję, że przeciętny (szczególnie młody) człowiek jest debilem i nie przejawia zdolności dedukcyjnego myślenia. Ale dla dobra tego artykułu zakładam, że jest odwrotnie.

Dlatego właśnie uważam, że żarty powinny mieć swoje granice. Dlatego uważam, że poczucie humoru nie jest cenne w każdej sytuacji; ba! jest niewskazane w pewnych sytuacjach...

Na zakończenie zachęcam do posłuchania tej piosenki (zerknijcie na tekst - warto):








środa, 26 września 2012

Paktofonika, czyli wyobraź to sobie

G


To nie było tak dawno, więc dobrze to pamiętam. Płyta "Kinematografia" Paktofoniki wpadła w moje ręce jakieś kilka miesięcy po wydaniu. Pojawiła się, zachwyciła, oszołomiła i okazało się, że ten CeDek przez kolejne miesiące był właściwie grany na okrągło w moim odtwarzaczu CD. Razem z techno i Dziewięciocalowymi Gwoździami, których wtedy słuchałem (i słucham do dzisiaj).
Pamiętam też jak orzeźwiająca i świeża była ta muzyka w 2000 roku i jak wspaniale błyszczała na tle kiczowatych i banalnych nagrań puszczanych wtedy w radiu. Bo śląskim chłopakom udało się stworzyć błyskotliwe i niebanalne teksty o ważnych sprawach, uzupełnić je świetnymi podkładami i zaśpiewać w taki sposób, że frajda z tworzenia czegoś swojego (i tylko swojego) udzielała się słuchaczom w sposób maksymalny. Nic więc dziwnego, że potem chłopaki z zespołu, którzy podali na płycie swój numer komórki (jakie to niedzisiejsze, nieprawdaż?), otrzymywali smsy o treści "Tylko Paktofonika na walkmanie trzyma mnie przy życiu". A gdy śpiewali refren utworu "Jesteś Bogiem", to nie spoglądali zawstydzeni w sufit sali koncertowej tylko kierowali te słowa razem ze spojrzeniem do konkretnego słuchacza. Sam zresztą miałem okazję kilkanaście lat temu w Sopocie przekonać się, że koncert Paktofoniki jest rewelacyjnym doświadczeniem.
Paktofonika to także samobójcza śmierć Magika i świadomość, że najlepsza płyta zespołu jest też jego ostatnią. A skojarzenia z zespołem Joy Division przychodzą właściwie same.  
Ogromnie się więc ucieszyłem, gdy okazało się, że ktoś poszedł po rozum do głowy i zrobił na ten
temat film. To, że powstał obraz, który próbuje się zmierzyć z nową historią polskiej muzyki, jest 
tym bardziej ważne, że polscy reżyserzy (z niewielkimi wyjątkami) mają ogromną awersję do
rzeczywistości i unikają jej w scenariuszach swoich dzieł.
Ciekawe i zarazem smutne jest obserwowanie na podstawie odbioru tego właśnie filmu, jak polska popkultura zjada swój ogon. Bo nagle okazuje się, że film jest kolejną okazją dla prawdziwych  
hiphopowców do podkreślania swojej prawdziwości a wszyscy przechodnie czy też kinomaniacy pytani  
przy wyjściu z kina, kupili płytę zespołu jeszcze tego samego dnia, kiedy ukazała się na rynku. A  
cześć dziennikarzy i felietonistów dopiero teraz się obudziła i zauważyła, że  istniał i istnieje 
coś takiego jak hip-hop i - pomimo ich wyraźnej niechęci - miał i ma duży wpływ na rzeczywistość.
Są też pismaki, którzy nie chcą się obudzić. W przypadku tego filmiku tak naprawdę niechęć budzi  
jednak reakcja Fokusa, który wiele lat temu potrafił błyskotliwie bawić się słowami i stosował
wspaniałe gry słowne, tutaj jednak zabrakło mu dystansu i pomysłu na mądrą i przemyślaną reakcję na - po prostu - głupie zarzuty...

I jeszcze jedno. Najlepszą dotychczas próbą opisania fenomenu zespołu jest wywiad Lidii Ostałowskiej z 2000 roku pod tytułem Teraz go zarymuję

Fucking Big Love, czyli cztery grzechy Baśki-Co-Fajny-Gust-Miała

K


Po napisaniu tego tekstu "Baśka miała fajny gust" czułam się niemal zobligowana do obejrzenia filmu "Big Love". Ponieważ szczególnie nie chodzę do kina na filmy polskie, poczekałam aż utwór Białowąs pojawi się w sieci. 
Nie będę powtarzała, o co chodzi z całym zamieszaniem wokół reżyserki. Tych, co nie wiedzą a chcą wiedzieć, odsyłam do powyższego tekstu.
Przejdę od razu do sedna, czyli do czterech  grzechów Baśki-Co-Fajny-Gust-Miała.

I i najcięższy grzech - PRZEWIDYWALNOŚĆ.
Nie oglądam filmów, których zakończenie już w pierwszej połowie jest dla mnie jasne. Tu zrobiłam wyjątek. Niestety, od razu wiedziałam, dlaczego Maciek jest w więzieniu, że Emilka się nie zabiła lecz została zabita i przez kogo, że nie usunęła ciąży i takie tam... 
Wszystkie formalne - wizualne szmery i muzyczne bajery - zabiegi; kadrowanie a la Aronofsky i inne jakże oryginalne pomysły, nie były  w stanie zmyć tego grzechu z reżyserki.
Białowąs zarzucała recenzentowi jej filmu, Michałowi Walkiewiczowi, że nie zauważył konwencji, które ona zastosowała. Otóż w tym filmie widać wyłącznie konwencje. Za to nie widać, co takiego autorskiego, czyli Baśkowego, w nim jest. Do tego jeszcze wrócę.
Od połowy filmu zerkałam na timer, nie mogąc się doczekać końca tej opowieści. Bo jak można oglądać, znając zakończenie....

II grzech - PROBLEM ZE SPRECYZOWANIEM ODBIORCY FILMU
Białowąs chciałaby, aby jej film traktować poważnie, aby pochylali się nad nim krytycy i dekonstruowali 'zawiłe pokłady nawiązań i głębię wynikającą z zastosowanych cytatów'. Chciałaby, aby robili to dorośli ludzie. I tu zaczyna się problem. Mam takie silne wrażenie, że autorka tego filmu nie odpowiedziała sobie jasno na pytanie, kto jest jego odbiorcą. Projekcja odbiorcy dzieła jest równie ważna, ba! ważniejsza, niż projekcja samego dzieła, jego bohaterów, świata przedstawionego itd. Odpowiedź na pytanie, 'dla kogo chcę zrobić film' mogłaby pomóc w uniknięciu pewnych błędów.
Na przykład - gdy oglądałam film Chereau o miłości pt. "Intymność", nie miałam wątpliwości, że jest to film "na serio", tzn. skierowany do dorosłego człowieka. Sceny nagości, niekiedy wręcz naturalistyczne, były w moim odczuciu uzasadnione; dzięki nim można było jeszcze dobitniej odczuć pustkę codziennego życia bohaterów. Gdy oglądałam pierwszą cześć sagi "Zmierzch", nie miałam wątpliwości, że jest to film dla nastolatków dlatego wiele jestem w stanie jej wybaczyć, nawet pogwałcenie mitu wampira.
Białowąs chciała zrobić ambitny film dla dorosłych - tymczasem wyszła jej banalna teen story, w której rozwydrzona i bardzo rozchwiana nastolatka gzi się na lewo i prawo, pogubiona w tym, czego i kogo chce w życiu. A z tego gżenia się nie wynika nic poza ... gżeniem. Teen story, w której Antoni Pawlicki miota się, przeżywając rozdwojenie osobowości - raz gra bohaterów wykreowanych przez Lindę (klimat 'co ty kurwa wiesz...'), raz kogoś w stylu Adasia z "Nic śmiesznego". Zaś Hamkało jest w miarę przekonująca jako nastolatka dopóki nie zaczyna mówić - bardzo sztucznie...
Poza tym nie potrafię emocjonować się serialowymi zdarzeniami typu ucieczka z domu rodzinnego, niechciana - chciana ciąża itepe.

III grzech - PODEJŚCIE DO  TEMATU CYTATÓW
W wywiadzie z Białowąs Walkiewicz próbuje jej wytłumaczyć, że cytowanie cudzych dzieł w swoim nie stanowi o wartości tego dzieła. Intertekstualność, z której nic nie wynika i która nie rodzi nowych sensów, nie jest zaletą! Białowąs zdążyła wielu osobom wytłumaczyć, w których momentach w filmie stosuje cytaty, w których odwołuje się do francuskiej Nowej Fali, m.in. w tym:


Za oknem sztuczny obraz, sztuczny księżyc, nienaturalne kolory. Na pierwszym planie kopulująca młodzież. Niestety, nie potrafię zinterpretować, czemu ów kicz ma służyć i jakie sensy rodzi. Pomiędzy dwojgiem młodych ludzi nie ma prawdziwego dramatu - jest szczeniacka i wyuzdana miłość, nieco głupoty pt. rozwalmy automat z zabawkami i pobiegajmy nago na pomoście. Śmiałe sceny erotyczne nie służą w tym filmie niczemu poza epatowaniem nagością. To już nawet nie jest kontrowersyjne. To jest po prostu nudne...


IV grzech - "zastosuję cool niszową muzykę i podwyższę wartość filmu". Dobry pomysł do tej filmowej zupy ze wszystkiego? Ano nie. Muzycznie do filmu pasuje jedynie tytułowa piosenka.
Która właściwie nie wiadomo, czym jest. Taka mieszanka Lipnickiej, Wyszkoni z Bjork i Sinead O'Connor.
Zmanierowany głos Ady Szulc, który z powodzeniem w filmie zastąpiła Hamkało, wpasowuje się w ogólny klimat filmu. Którego autorskim w żadnej mierze bym nie nazwała.






niedziela, 9 września 2012

The Chumscrubber, czyli wiwisekcja obłudy

K


Obejrzałam dzisiaj film, który uruchomił w mojej głowie chyba wszystkie trybiki przemyśleniowe.
Dzieło nosi tytuł "The Chumscrubber" (w wersji polskiej idiotyczne tłumaczenie "Miłego dnia" opis na filmwebie (ale nie czytajcie recenzji - pełna spoilerów!)) i jest wybitną czarną komedią o silnym nasyceniu dramatu, ironii demaskującej obłudę i pozory, wiwisekcji życia tzw. mieszczaństwa z luksusowego przedmieścia.
 Dawno nie widziałam filmu, który w tak bezpardonowy sposób odziera bohaterów z godności, ukazując zidiociałość ich życia oraz jego bezsensowność.
Polecam bardzo - aczkolwiek z ostrzeżeniem: to nie jest film dla fanów "Mody na sukces" czy też hollywodzkiej pompy. Wymaga od widza sporo "dojrzałego" skupienia (akcja bardzo powolna, nastawiona na "rozważanie"); inaczej może wydać się nudny.
Reżyser "The Chumscrubber" jest mi kompletnie nieznany. Arie Posin, człowiek z korzeniami rosyjsko-amerykańskimi a urodzony w Izraelu. Myślę, że ten pochodzeniowy tygiel przyczynił się pozytywnie do stworzenia tego filmu. Widać w nim dystans reżysera. To był pierwszy pełnometrażowy film Posina.
Zaś co do tytułu - znalazłam bardzo ciekawe tłumaczenie tego słowa (niestety tylko na stronie angielskiego słownika): co znaczy słowo chumscrubber. Czytelnikom nieanglojęzycznym spróbuję przetłumaczyć:
1. dla rodziców: chumscrubber jest wszystkim tym, co lekceważymy; rozmowami, których nie odbywamy z dziećmi choć powinniśmy; wszystkim, co powoduje ból i dyskomfort
2. dla nastolatków: bohater / ocalały (także w grze komputerowej), który chroni swoich przyjaciół, który wprowadza sens w życie pośród panoszącej się obłudy, ignoracji i udawania.
Obydwa znaczenia są ważnymi motywami w filmie.

Główny bohater wcale nie jest skryty i wyizolowany z własnej woli. Obserwując swoją rodzinę, sąsiadów, rówieśników w szkole, po prostu doszedł do wniosku, że nie ma sensu komunikować się z kimkolwiek ponieważ nikt niczym tak naprawdę się nie przejmuje. Dean nosi maskę, własnomyślnie skonstruowaną, którą jednak zdejmie raz - w znaczącej scenie z udziałem matki przyjaciela.
Pozostali bohaterowie tego filmu są ukazani w przerysowany (mam nadzieję, że w rzeczywistości AŻ TAK ZIDIOCIAŁYCH LUDZI NIE MA!) sposób; są karykaturami ludzi. Nie można mówić o rzeczywistych relacjach międzyludzkich w tym świecie - bo ich po prostu nie ma. Cała organizacja życia, wspólnie spędzany czas, rozmowy ale bez porozumienia - wszystko to sprowadza się do pustki emocjonalnej, uczuciowej, intelektualnej.

Motyw narkotyków - w moim odczuciu - jest tematem zupełnie pobocznym. Pojawia się jako 'rozrusznik' zdarzeń pomiędzy Deanem a jego znajomymi ze szkoły (nie nazwałabym tych znajomych gangiem). 
Ciekawsze moim zdaniem było przywołanie motywu przemocy wśród nastolatków - takiego rodzaju przemocy, która wybudzona w człowieku ujawnia się, mimo że na co dzień, w innych okolicznościach ów człowiek nie byłby do niej zdolny. Przypomniał mi się w tym kontekście "Władca much".
Interwencja osób trzecich dokonana w odpowiednim czasie pozwoliła na uniknięcie tragedii.

Po obejrzeniu tego filmu, czyli kilka godzin temu, nie potrafiłam przestać myśleć. O tym, o czym przeważnie się nie myśli (bo po co psuć sobie humor). O tym, co nie jest żadną nowością ani żadnym olśniewającym, nowym wnioskiem. Ale jest bolesną prawdą. Żyjemy w świecie udawania i tworzenia pozorów.
W rodzinie - gdzie pomiędzy małżonkami nie ma już nic poza przyzwyczajeniem, rutyną; którzy to małżonkowie słuchają siebie ale nie słyszą, patrzą na siebie ale nie widzą. Gdzie dzieci pozostawione same sobie szukają pomocy tam, gdzie jej nie otrzymają lub otrzymają ułudę pomocy, ponosząc przy tym często straszliwe konsekwencje.
W szkole, gdzie liczy się lans a nie to, co młody człowiek ma w głowie. Gdzie liczy się najnowszy model komórki i inne technologiczne ustrojstwa, metka na ubraniu, wyzywający styl bycia. Wszystko to jest udawaniem,  kreowaniem, pod którym często kryje się samotność i niezrozumienie.
W pracy, gdzie pracownik małpuje przed pracodawcą, aby utrzymać stanowisko. Gdzie pracownik robi z siebie pajaca, daje się poniżać lub też po trupach dąży do kariery a wieczorem w domu unika lustra. Lub też i nie unika bo wmówił sobie, że dobrze robi i nie ma się czego wstydzić.

Reasumując, "The Chumscrubber" nie jest filmem "do poduchy" czy też na romantyczne posiedzenie z lubą / lubym. Mi osobiście uświadomił, jak wysoką cenę płacę za bycie sobą albo raczej za staranie się, żeby być sobą. Uświadomił mi okrutnie, jak bardzo brzydzę się obłudy i jak często musiałam / nie mogłam / nie miałam odwagi, aby nie udawać przed kimś kogoś, kim nie jestem.

Na koniec piosenka z filmu:




poniedziałek, 3 września 2012

być nauczycielem, mieć w łóżku barbarzyńcę

K

dzisiaj Karmel nie jest w najlepszym nastroju; może nie powinna popełniać tego wpisu. Jednakże właśnie go tworzy.

01.09 - data szczególna z racji historii ale również z tej racji, że rozpoczyna się kolejny rok szkolny.
Dla uczniów bolesna prawda o końcu wakacji, dla nauczycieli - kolejny rok wyzwań.
Niestety, nie dla wszystkich. W naszym wspaniałym kraju wielu nauczycieli nie rozpocznie kolejnego roku pracy w szkole. W wyniku cięcia godzin tylko w jednym miasteczku i tylko w jednej szkole na bezrobociu wylądowało piętnastu pedagogów. W internecie roi się od przykrych informacji:
Itd.......
Obok zwolnionych są jeszcze te osoby, którym nie dane jest podjąć pracy w zawodzie ponieważ nie ma dla nich etatów. Osoby z piątkowymi dyplomami, przygotowaniem pedagogicznym, nietuzinkową osobowością, otwarte na świat i samoksztalcenie się.
Tymczasem uczelnie produkują rokrocznie kolejnych nauczycieli, wciskając im kity o świetlanej przyszłości.
Karmel sama nasłuchała się banialuków, gdy jeszcze studiowała.
Zaś w szkołach pracuje niemała liczba emerytów, którzy mogliby zwolnić miejsce młodym.
Można stękać, płakać, wzdychać (zdychać?), załamywać ręce i nogi, tudzież wiele innych części ciała - taka jest rzeczywistość.
Inszą prawdą jest ta, że nauczyciel - ten z powołania - jest nauczycielem i czuje się nauczycielem, niezależnie od tego, czy ma pracę czy też nie. I to jest najsmutniejsze w kontekście faktu, że pracę tę wykonują często osoby, które nauczycielami być nie powinny.
Co może robić bezrobotny belfer?
Jak Karmel przed laty usłyszała od pewnego kierownika wydziału swojego kierunku, który chwalił sie w wywiadzie radiowym: [belfer] "może pracować na przykład w telemarketingu".
Stwierdzenie to nie wymaga komentarza, ergo wymaga komentarza niecenzuralnego (* niepotrzebne skreślić).
W rzeczywistości, panie kierowniku wydziału kierunku studiowanego przez Karmel, nauczyciel, który zrozumiał, że nauczanie jest sensem jego życia, nie może i nie chce robić czegoś innego ponieważ po upływie czasu, pracując gdzie indziej, stwierdza, że ta praca jest do dupy, że nie cieszy, nie daje satysfakcji, powoduje różnego rodzaju braki. I odkrywa swoje tragiczne położenie.
Oczywiście, może sobie tłumaczyć w ramach pocieszeń, że "tak się ten świat kręci", "takie jest życie", co i tak nie umniejsza jego wewnętrznej świadomości, że jest przez ów świat i przez owo życie dymany. 

Jakieś remedium na bóle? 
Karmel ostatnimi dniami w sposób pasjonujący oddała się oglądaniu serialu fantasy pt. Gra o tron / Game of thrones




Serial ów obfituje w wydarzenia, galerię zróżnicowanych postaci, z których każda ma własną, oryginalną historię;  jest wielowątkowy a wszystkie wątki są ze sobą w sposób logiczny połączone. 
Nie ma żadnych tanich czy naiwnych ujęć; sceny i aktorzy zarażają swoją autentycznością.
Spośród wszystkich bohaterów Karmel zwróciła szczególną uwagę na barbarzyńcę Khala Drogo, w którego wcielił się aktor o nieprzeciętnym wzroście i takiejż budowie ciała. (ten aktor)

W natłoku myśli, przemyśleń i rozważań, które atakują umysł od kilku dni, Karmel uznała, w sposób bardzo spontaniczny, że dobrym zapomnieniem byłoby zapomnieć się w ramionach barbarzyńcy (gdyby barbarzyńcy w ogóle brali w ramiona kobiety; wiadomo, że tak nie jest). Barbarzyńcy - wielkiego człowieka, który mało myśli i dużo robi i "bierze co jego".

Tak, to mogłoby być remedium na natłok intelektualnych udręczeń. 






sobota, 4 sierpnia 2012

Antyklerykalizm jako głos zdrowego rozsądku

K

Dawno obnosiłam się z popełnieniem tego tekstu. Poglądy na kler, jakie ukształtowały się w moim dorosłym życiu, są wypadkową rozmaitych doświadczeń. M.in. takich jak ponad trzy lata we wspólnocie salezjańskiej, trzy 15-dniowe pielgrzymki, w czasie których byłam świadkiem różnych incydentów, często z istotą takich wydarzeń nie mających nic wspólnego. Poza tym, zbieranie wiedzy na temat historii kościoła oraz współczesnej sytuacji tej instytucji, lektura Biblii a także przemyśleń ludzi, których szanuję, jak np. o. Leon Knabit, ks. Adam Boniecki czy ks. Józef Tischner - wszystko to łącznie wpłynęło na mój sposób postrzegania kościoła. 
Z pewnością, podejmując poniższe tematy, nie wyczerpię żadnego z nich; nawet nie uzurpowałabym sobie takiego prawa. Z pewnością zostanę oskarżona przez niektórych czytelników o 'lewicowość', 'michnikowość' a może i o 'żydzizm'. Nie szkodzi.

Jeśli nie interesuje Cię całość tego tekstu, możesz przeskoczyć do konkretnego punktu:
1. Antyklerykalizm jako głos w obronie religii.
2. Katolicyzm, czyli zinstytucjonalizowane i zhierarchizowane chrześcijaństwo.
3. Ksiądz - biologiczny ojciec.
4. Kościół i drażliwe tematy: aborcja, antykoncepcja, homofobia, rasizm i inne.
5. Katolicy i Katole. Po co chodzimy na msze. Tradycja katolickich obrzędów.
6. Proboszcz na plebanii a nie w moim domu. Religia w przestrzeni publicznej.  
7. Po co napisałam ten tekst i czego chcę.

1. Antyklerykalizm jako głos w obronie religii.
Może napiszę, czym antyklerykalizm nie jest. Jeśli ktoś rzuca wyzwiskami w stronę kościoła, wiary, księży itd. oraz okazuje agresję tudzież wrzuca w internet paszkwilowe i obraźliwe memy - nie jest to antyklerykał lecz fanatyk lub niedojrzały emocjonalnie osobnik lub jedno i drugie.
Czym jest antyklerykalizm i kim są antyklerykałowie - oddaję głos osobie mądrzejszej ode mnie - mianowicie o. Leonowi Knabitowi:


oraz redaktorowi pisma "Fakty i mity" i byłemu księdzu:
Właściwie nic nie mam do dodania do wypowiedzi obydwu panów. Prócz tego, że w pełni podzielam te poglądy. 
Zastanów się Szanowny Czytelniku, czy jesteś klerykałem. Odpowiedź nie jest taka trudna - jeśli nie jesteś antyklerykałem, czyli akceptujesz i popierasz wpływ kościoła na życie polityczne i powszechnie społeczne oraz Twoje rodzinne, prywatne tudzież korzystanie przez tę instytucję z pieniędzy publicznych, jesteś klerykałem.
Antyklerykalizm myśli o dobru kościoła jako wspólnony nie zaś jako instytucji. Kościół wspólnotowy jest dla wszystkich ludzi, instytucjonalny - dla kleru. 
Pierwszym najważniejszym antyklerykałem był sam Jezus Chrystus - tworząc kościół oparty na ewangelii, szczególnie zaś oparty na miłości i przebaczeniu, odżegnywał się od łączenia go z władzą świecką ("Królestwo Moje nie jest z tego świata"!) czy pieniędzmi (przepędził kupczących ze świątyni!). 
Kościół / kler  / współczesny praktykuje sprzeniewierzenie się nauce Chrystusa.

Ps. Dodatkowo antyklerykalizm: według ateisty  i według racjonalisty

2. Katolicyzm, czyli zinstytucjonalizowane i zhierarchizowane chrześcijaństwo.
Przypuszczam, że przeciętny katolik (który nota bene nie zna Biblii bo jej nie czyta, nie potrafi wymienić X przykazań, 3 cnót boskich i itp, nie zna choćby pobieżnie historii kościoła a o Janie Pawle II potrafi powiedzieć tyle, że lubił kremówki i Barkę.....) utożsamia pojęcia chrześcijaństwa i katolicyzmu. 

Tymczasem ów znak równości między nimi kładziony jest niesłusznie. Katolicyzm jest jedną z kilku religii wyrosłych na chrześcijaństwie. Można uważać się za chrześcijanina, nie uznając się za katolika. Na marginesie - przypuszczam zresztą, że gdyby chrześcijaństwo nie miało w swym 'orężu' kogoś takiego jak Pawła z Tarsu, nie udałoby się mu przebić przez mocno osadzoną kulturę antyku.
Chrześcijanie stanowili wspólnotę, nie kościół w rozumieniu instytucji. Był to kościół symboliczny. Kościół bez władzy. Katolicyzm swoim zhierarchizowaniem przypomina władzę świecką. I w istocie wiele miał i ma z nią wspólnego, nie tylko w kwestii podobieństwa funkcjonowania...
Więcej na temat owego rozróżnienia tutaj: chrześcijaństwo a katolicyzm

3. Ksiądz - biologiczny ojciec.
Kler skutecznie do dzisiaj zamiata ten temat pod dywan. Przy powszechnej zgodzie katolików. Gawiedź na wsi ma przynajmniej o czym plotkować. W mieście temat rozmywa się w potoku wielu innych.

Na początek - pojęcie celibatu. I znowu przyznam, że przypuszczam, że przeciętny katolik myli to pojęcie z zakazem uprawiania stosunków płciowych. Oczywiście termin ów dotyczy zupełnie czego innego:
"[łac.] (bezżeństwo), dobrowolne wyrzeczenie się małżeństwa; w Kościele katol. obowiązuje duchownych oraz zakonników (...) " z: Encyklopedia PWN, Kraków 2001.
Należy zauważyć, że stosunki płciowe pozamałżeńskie są uznawane przez kościół za grzech zatem w tym kontekście celibat = zakaz seksu.
Osobiście nie mam nic przeciwko temu, żeby duchowni uprawiali seks. Przestaliby przynajmniej udawać, że nie są normalnymi ludźmi, którzy mają normalne potrzeby, których brak spełnienia prowadzi do frustracji i rozmaitych dolegliwości.
Jednakże, obowiązek celibatu rodzi dwie sytuacje: a) niedogodną dla duchownych, którzy chcieliby mieć "legalnie" rodzinę; w zamian żyją w rozdarciu pomiędzy powołaniem do duchowieństwa oraz powołaniem do życia w rodzinie, które to dwa światy nie są przecież nie do połączenia! b) dogodną dla panów w koloratkach, którym na rękę fakt, że kobieta spodziewająca się ich dziecka jest napiętnowana i wyrzucona poza margines społeczny, zaś ów 'ojciec' bez żadnych konsekwencji, dzięki protekcji kościoła (kleru), jest przerzucony do innej parafii, gdzie proceder ów może w nieskończoność powielać. Nierzadko dzieci "z nieprawego łoża" trafiają do domów dziecka.....
Nie chodzi mi absolutnie o problem łamania przysiąg przez duchownych, autentyczności całego obrzędu święceń i inne. Dla mnie osobiście nie ma to żadnego znaczenia. Chodzi mi o społeczną sprawiedliwość i odpowiedzialność tych mężczyzn za los dzieci, za które winni być odpowiedzialni w tym samym stopniu co kobiety.
Czytając takie artykuły:
księża chcą związkówksiądz uwiódł niepełnosprawną dziewczynędziecko umiera bo ksiądz-ojciec nie wezwał pogotowia..., nie mieści mi się w głowie, że my, społeczeństwo, godzimy się na to.
Jeśli oczywiście nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o pieniądze. Mianowicie o kwestię dziedziczenia.
Kościół, akceptując żeństwo księży, traciłby na tym finansowo.
Dla zainteresowanych tym tematem: Stowarzyszenie Żonatych Księży i Ich Rodzin

4. Kościół i drażliwe tematy: aborcja, antykoncepcja, homofobia, rasizm i inne...
Nie będę się szczegółowo wypowiadać na każde z tych zagadnień ponieważ są to tematy bardzo aktualne w mediach i zainteresowani mogą poczytać / posłuchać jak lewa i prawa strona przerzuca się terminami nie do pogodzenia...

Jeśli chodzi o aborcję - przeraża mnie to, że rynek podziemny kwitnie jako doskonały biznes. Nikt z rządu nie pomyślał o tym, aby podjąć z nim walkę. Za to walczy z osobami, które mają odmienne poglądy. Uważam, że nikt nie ma prawa narzucać drugiemu człowiekowi swoich poglądów w takich kwestiach. I nikt nie ma prawa go osądzać. Zaś co do stanowiska kościoła, który uważa, że człowiekiem jest embrion - chciałabym zadać pytanie: dlaczego są księża w naszym kraju, którzy odmawiają pogrzebu dziecku poronionemu? Embrion zasługuje na podmiotowe traktowanie a dziecko poniżej 22-tygodnia, które nie przeżyło w wyniku poronienia, nie zasługuje? Jeszcze bardziej kuriozalne i przerażąjące jest dla mnie odmówienie pogrzebu z jakichś dziwnych powodów, np. z tego, że zmarłe dziecko było "z nieprawego łoża" Głosy na ten temat: ksiądz nie ma prawa odmówić pogrzebudziecko z "nieprawego łoża" zmarło - ksiądz odmówił pogrzebu...,
Antykoncepcja. Pozwolę się nie zgodzić z głoszonym przez kościół potępieniem wobec prezerwatywy, która w takich krajach jak Afryka jest w tej chwili jedyną, najtańszą metodą zapobiegającą szerzeniu się AIDS. I nie, nie zgadzam się z Janem Pawłem II, który będąc w Afryce, nauczał tamtejsze ludy o (moralnej) szkodliwości prezerwatyw. Oglądałam dokumenty, w których pokazywano dzieci ze spuchniętymi brzuchami, oblepione muchami, umierające jak zwierzęta w rowach - w najgorszym upodleniu i w - nie do wyobrażenia dla mnie - bólu oraz osamotnieniu.
Jeśli zaś chodzi o homofobię i rasizm - jestem przeciwko okazywaniu drugiemu człowiekowi jakiejkolwiek formy nienawiści. Nie ma dla mnie znaczenia, kto ją przejawia.  To są bardzo niebezpieczne emocje, które powinny być, z uwagi na przykłady z historii, wyciszane i piętnowane. Niestety, kościół przykłada swoją rękę do powstawania takich 'zapalników'. Co jakiś czas wygłaszane są upolitycznione kazania, pełne wrogości do "innego" od nas, których to kazań inteligentny człowiek po prostu nie będzie mógł słuchać.
Nie będę dyskutować, czy homoseksualizm jest zboczeniem i chorobą ponieważ uważam, że nie jest.
Napiszę tylko, że piętnowanie ludzi o innej orientacji seksualnej często prowadziło i prowadzi do przemocy, do morderstwa lub - jak w przypadku bohatera poniższego filmu opartego na faktach - do śmierci samobójczej....... Modlitwy za Bobby'ego
W moim odczuciu, prędzej czy później, nastąpi akceptacja pewnych "zapalnikowych" jeszcze dzisiaj tematów. Społeczeństwo ewoluuje choć potrzeba na to czasu. I jeśli kościół nie zaakceptuje tych zmian - tylko na tym straci.

5. Katolicy i Katole. Po co chodzimy na msze. Tradycja katolickich obrzędów.
Ten pierwszy zestaw terminów pamiętam z jednego demota, mianowicie:

Przy okazji dodam, że przy tego rodzaju manifestacjach katoli korzystają politycy - populiści, którzy utracili władzę albo jeszcze jej na dobre nie zdobyli i sprytnie rozdmuchują takie wydarzenia i prowokują je, aby dzięki temu zdobyć na najbliższe wobory pokaźny (niestety) elektorat....
Rozróżnienie na katolików i katoli ładnie przedstawił ów blogger - ja się po prostu podpisuję:
katolicy i katole. msza odfajkowana...
Autor tego bloga porusza również temat odprawianych mszy i wygłaszanych kazań. Drażliwy temat dla mnie, który był jednym z wielu, należącym do głównych powodów mojej rezygnacji z uczęszczania na owe msze.
Msza jest tradycją - skostniałą i nieautentyczną (nie chcę wrzucać do tego worka osób, dla których ma odwrotne znaczenie, wiem, że takie są ale należą do zdecydowanej mniejszości). Do kościoła w niedzielę się idzie bo.... bo tak. Bo taki jest obyczaj. Niedziela ma zresztą dwa oblicza - kościół i galerię handlową. Kiedyś ich nie było więc po mszy ludzie spędzali czas w inny sposób. Dziś mamy galerię, która stanowi drugą niedzielną mekkę dla rodzin - ot, narodził się nowy obyczaj. Wszystko to kwestia przyzwyczajenia. Gdy jeszcze kilkanaście lat temu uczęszczałam na msze - denerwowało mnie bezmyślne klepanie modlitw - do tego w takim tempie, że nie miałam szansy nawet zdążyć się zastanowić nad wypowiadanymi przez zgromadzenie słowami. Kazania zaś są pełną rutyny paplaniną utworzoną z frazesów albo / i propagandą polityczną. Nikt chyba już nie traktuje kazań jako rodzaju sztuki, którą trzeba dobrze opanować, której trzeba poświęcić czas, aby była atrakcyjna dla odbiorcy, pozostawała w jego pamięci i dawała do myślenia.
Prawda jest taka, że klerowi nie zależy na prawdziwych wiernych, którzy z powagą, zrozumieniem, weryfikacyjnym myśleniem będą podchodzić do tego, co dziś oferuje im kościół na mszach.
Ba, jestem przekonana, że kler takich wiernych nie chce. Po co im samodzielnie myślący, mający oczekiwania co do jakości i autentyczności obrzędu wyznawcy wiary? To kłopotliwi ludzie, bo "o coś im chodzi"...
Zaś w kwestii samych obrzędów - zastanawiam się, ilu z was, Szanowni Czytelnicy, jest świadomych, że liturgiczne obrzędy to kwestia umowności a nie czegoś uświęconego? Odmienne obrzędy obowiązują w prawosławiu, ale czy są one złe bo są inne od katolickich? Nie. Autorem ich są ludzie. Nie Bóg.
Przysłowiowe darcie koszuli na piersi i włosów z głowy za coś umownego, przyjętego przez ludzi jest co najmniej godne pożałowania.

6. Proboszcz na plebanii a nie w moim domu. Religia w przestrzeni publicznej.  
Kolęda - wszyscy wiemy, czemu współcześnie służy proceder nawiedzania swoich wiernych przez księży w danej parafii. Koperta. Który odmówi dobrowolnego datku? Nie dasz? Ale przecież wszyscy dają - tak się przyjęło, taki jest obyczaj. Teoretycznie ksiądz odwiedza wiernych, aby z nimi porozmawiać, dowiedzieć się, jak im się żyje, poznać ich troski i problemy. Ja zaś nie doświadczyłam dłuższej wizytacji duchownego niż 10 minut. Czy przez 10 albo 15 minut ksiądz jest w stanie porozmawiać z daną rodziną na jakiekolwiek istotne tematy? Czy mógłby złożyć wizytę godzinną, gdyby rodzina tego potrzebowała? Nie, ponieważ nie zdążyłby obskoczyć zaplanowanej ilości adresów na dany dzień a przecież statystyki muszą być zaktualizowane. 

Procesje - kler katolicki ma od zarania potrzebę "poszerzania przestrzeni" oddziaływań 'sakralnych' - kościoły a więc miejsca kultu to za mało. Przestrzeń publiczna, świecka również jest do jego dyspozycji od czasu do czasu, regularnie.
Dlaczego ludzie biorą udział w procesji? Bo inni biorą. Bo tak się przyjęło. Bo taki jest obyczaj. W drodze można sobie pogadać. Obgadać kogo trzeba i na trzy-czte-i-ry klęknąć raz po raz.
A gdyby zmienić obyczaj i np. Drogę Krzyżową zorganizować li i tylko w kościele, gdzie nota bene SĄ stacje tejże Drogi? A gdyby zamiast kolędy księża przyjmowali w parafii rodziny, które są chętne z nimi rozmawiać i szukać u nich pomocy? Bez koperty?
Umowność i obrzędowość to nie jest coś, co dane musi być na zawsze.
Przestrzeń publiczna powinna pozostać na co dzień przestrzenią świecką - bez możliwości wystąpień dla jakiejkolwiek religii poza miejscami jej kultywowania (świątyniami).

7. Po co napisałam ten tekst i czego chcę.
Przede wszystkim po to, aby choć częściowo dać upust temu, co zaprząta moją głowę. Tematy poruszone powyżej są tak złożone i rozległe, że zdaję sobie sprawę z braku moich możliwości ich wyczerpania. Ale nie to również było moim celem. 

Marzy mi się:
-państwo świeckie, w którym kościół będzie miał jasno wyznaczone miejsce z dala od polityki, władzy a jako instytucja będzie opodatkowany
-kler zacznie wcielać w życie przede wszystkim cnotę pokory i zwróci się autentycznie w stronę nauki Chrystusa (wiara, miłość, nadzieja)
-obywatel będzie szanowany ponieważ jest człowiekiem bez względu na wyznanie lub jego brak, orientację i poglądy
Czy to jest możliwe?
Realnie oceniając, myślę, że ja już takich czasów nie dożyję. Ale może kolejne pokolenia. Czego im życzę.
Amen.

wtorek, 31 lipca 2012

Batman według Nolana - recenzja trylogii.

K


Ci, którzy jeszcze nie widzieli filmu "Mroczny Rycerz powstaje", a chcą przeczytać poniższy tekst - mogą się nie obawiać - moje przemyślenia nie zawierają spoilerów.

Trzecią cześć o Batmanie widziałam w ubiegłą niedzielę; potrzebowałam dwóch dni żeby przetrawić ów film. Z pewnością nie napiszę, że nie warto pójść do kina na kolejne dzieło Nolana. Ale wiem już, że ci, którzy spodziewają się poziomu "Mrocznego Rycerza" sprzed czterech lat, będą zawiedzeni. Nie ukrywam, że podjadała mnie niemała ciekawość, czy uda się reżyserowi "Memento" stworzyć kolejny, trzymający w napięciu, dynamiczny a jednocześnie pogłębiony psychologicznie obraz o człowieku - nietoperzu, jego przyjaciołach i wrogach Gotham City. Tegoroczny Batman, niestety, względem poprzedniego wypada gorzej. Postaram się wyjaśnić, dlaczego. Ale najpierw mała przerwa - kawałek świetnej muzyki Hansa Zimmera i Jamesa Newtona Howarda :


Pierwszy film "Batman - początek" z 2005 roku, do którego scenariusz Nolan napisał wraz z Davidem S. Goyerem, mającym na swoim koncie scenariusze m.in. do serii "Blade (...)" oraz do animowanej wersji "Batman: Rycerz Gotham", jest niewątpliwie 'najspokojniejszą" częścią trylogii. Ale ma też inne zadanie: jako reboot wszystkich filmów o człowieku - nietoperzu, wyjaśnia, jak doszło do tego, że Gotham City wzbogaciło się o mrocznego rycerza - strażnika. Poznajemy tragiczną historię małego Bruce'a Wayne'a,  perypetie dorosłego Bruce'a na Wschodzie i jego reakcje na bezprawie szerzące się w rodzinnym mieście, do którego postanawia wrócić i którego decyduje się strzec jako Batman. Co więcej, poznajemy drogę Bruce'a, którą przemierza, przekuwając swój lęk i swoją słabość w oręż i siłę.
I właściwie więcej od tej części nie oczekiwałam; zatem byłam po jej obejrzeniu zadowolona. Uważam ów film za przyzwoicie dobry.

Gdy w 2008 roku do kin wszedł "Mroczny Rycerz", wpadliśmy w podziw przede wszystkim z powodu roli Jokera, którą niebywale autentycznie i przekonująco zagrał Heath Ledger. (Na marginesie - świat spekulował, czy praca nad tą rolą nie przyczyniła się w jakiś sposób do śmierci Ledgera). Uważam, że Ledger zbudował tę rolę  lepiej niż Nickolson. Joker Jacka jest komiksowy - bierzemy go w cudzysłów. Jokerowi Ledgera wierzymy: jest schizofrenicznym, psychopatycznym, maniakalnym, sprytnym i inteligentnym mordercą. Dla porównania:


Nie ulega wątpliwości, że Ledger bardzo intensywnie pracował nad rolą Jokera - pod każdym względem: mimiki twarzy, poruszania się, mówienia oraz śmiechu. Tego ostatniego nie sposób zapomnieć. Demoniczny
przykład śmiechu Jokera '2008..... i tego z 1989. Oczywiście, nie sposób nie zwrócić uwagi na rozdźwięk czasowy, w którym oba filmy powstały. Z pewnością współczesny Joker nie mógłby prezentować komiksowego zła bo nikt takiego by nie kupił. Ot - taki 'urok' naszych czasów... Nie zmienia to faktu, że Joker Ledgera jest przedstawicielem realnego zła, którego schematy mamy zakodowane w głowach, po przerobieniu chociażby tematyki zamachowców - terrorystów ujawniających swoją destrukcyjną działalność co jakiś czas w różnych częściach naszego kontynentu (i USA). 
Ale nie tylko ta postać zwraca uwagę widza. Obok Jokera mamy jeszcze Harveya Denta - Dwie twarze, którego zagrał Aaron Eckhart. Aktor dobrze dobrany do roli - oblicze prawnika, stróża sprawiedliwości - blondyn z pociągłą twarzą, której połowa w drugiej części filmu zniekształcona ujawni przemianę owego stróża w żądnego zemsty i zaprzeczającego dotychczasowym wartościom buntownika. 
Można uznać, że dwie powyższe postaci dynamizują ten film na równi z wydarzeniami, w które fabuła obfituje. O ile "Batman - początek" był wyczerpującą genezą człowieka - nietoperza, o tyle "Mroczny Rycerz" jest opowieścią, w której dzianie się, akcja i jej intensywność z powodzeniem wiodą prym. Dajemy się porwać bohaterom jak i złoczyńcom - indywidualnym i zbiorowym oraz wyśmienitej muzyce, którą przy obydwu częściach o Batmanie stworzyli wspomniany już Zimmer i Howard. 
Zapadają w pamięć poszczególne sceny - jak chociażby ta z hasłem Jokera "Why so serious?":


Wciąga gra, jaką Joker prowadzi z Batmanem, prowokując go do złamania swoich zasad...
"Mroczny Rycerz" kończy się interesująco, zapowiadając kontynuację. Po obejrzeniu byłam bardzo ciekawa, jak Nolan pokaże drogę głównego bohatera do odzyskania dobrego imienia i uznania mieszkańców Gotham.

Nad scenariuszem do trzeciej części pt. "Mroczny Rycerz powstaje" pracował Nolan ze swoim bratem (podobnie jak przy części drugiej). Muzykę robił już tylko Zimmer, ale poradził sobie świetnie bez Howarda. Nie będę opowiadać fabuły - w powyższym linku jest wszystko, co potrzeba wiedzieć zanim się przystąpi do oglądania. Skupię się na tym, co mi się nie spodobało.
1. O ile "Mroczny Rycerz" był 'na serio', o tyle ma się takie wrażenie jakby (chcący - niechcący) Nolanowie powrócili za bardzo do konwencji komiksowej. Nie ma już psychologicznego pogłębienia, przekonująco-wciągającego napięcia. Są efekty specjalne. Których w drugiej części również nie brak ale jej inne zalety pozwalają się skupić właśnie na nich, nie na efektach. Ale przecież Amerykanie kochają eksplozje, zamachy, strzelaninę. Nie zapominajmy o tym.
2. Za mało w tym filmie postaci. Za mało Batmana, Bane'a, Kobiety-Kota. Akcja, wydarzenia zostały postawione przez Nolanów na plan pierwszy. Oczekiwałam, że po Jokerze i Harveyu, podobnie zostaną poprowadzone role nowych złoczyńców i pół-złoczyńców. Tymczasem ledwo 'liźnięta' zostaje postać Seliny - a szkoda, bo Anne Hathaway zagrała zgrabnie i zwinnie i zasługiwała na większą ilość filmowego czasu.
Jeśli chodzi o Batmana / Bruce'a to w poprzedniej części zakończenie podyktowało w moim odczuciu rodzaj zobowiązania względem następnej części - mianowicie, że droga odkupienia nieswoich win będzie tematem numer jeden. Tymczasem tak nie jest. Albo niby jest. Bo wątek ów jest co najmniej jednym z wielu. Wplątany w sieć innych. Batman jest jedną z wielu postaci.
Zaś co do Bane'a to nie jest już ten złoczyńca rangą przypominający Jokera. Jest właśnie komiksowy. Sztampowo zły. Sztampowo okrutny i bezwzględny. Odczuwalny jest cudzysłów komiksu. I ma się to wrażenie, że Bane jest tylko jednym trybikiem w całej machinie tej opowieści.
3. Zakończenie filmu. Oj, jak ja nie lubię tego rodzaju zakończeń. Marzenie Alfreda się spełnia. Bruce idzie drogą, którą wierny i lojalny Alfred chciałby i której dla niego pragnął. Jak dobrze, jak miło, jaka ulga, jaka landrynka. Mroczny Rycerz powstał i krótko po kilku efektywnych (efekciarskich?) akcjach oddał 'zabawki' na zawsze. A na horyzoncie pojawił się zakochany w jego czynach następca.
Wszystko cacy.

Reasumując, powrócę do mojego początkowego twierdzenia: z pewnością nie napiszę' że nie warto pójść do kina na kolejne dzieło Nolana. Obniżcie tylko oczekiwania.











środa, 25 lipca 2012

Magnes na dziwaków, czyli efekty uboczne intensywności kreowania


G


Całkiem niedawno Grzech doświadczył intensywnego urlopowania w miejscu, gdzie kończą się linie kolejowe a upał leci z nieba jak szalony i przy okazji wrócił do świata nadmorskiego z dziwną przypadłością, zwaną roboczo magnesem na dziwaków.


A wszystko zaczęło się od pomarańczy. A dokładnie od teorii, gdzie ów owoc cytrusowy miał zaszczyt główną rolę zagrać.Bo kilka lat temu Grzech, rozmawiając ze swoją ówczesną niewiastą na temat różnic osobowościowych, swoje pragnienia i pomysł na życie (a właściwie głód życia) porównywał do łapczywego pożerania pomarańczy i uśmiechu demonicznego gdy sok spływa po brodzie. Teoria dosyć infantylna, ale tedy rolę swoją spełniała.


I gdy na początku lipca Grzech pojechał sobie z Siostrą Zet w odwiedziny do Pani Karmel to starał się stosować ów pomysł na życie w każdej sytuacji. Na stacji benzynowej szacownego małżonka Pani Karmel więc udawał, Panią w sklepie z prasą terroryzował wizją całodniowego przesiadywania pod klimatyzatorem. Inaczej mówiąc - próbował każda sytuację codzienną zamienić w jakieś rubaszne i absurdalne dziwactwo.

Intensywne i udane urlopwanie w Wielkopolsce ( brawo dla Czytelników, którzy domyślili się, że to właśnie owa kraina z początku niniejszego wpisu) zakończyło się turbointensywną podróżą* do mazowieckiego miasta, gdzie Grzech spotkał się Panią Leną i spędził z nią nieomal cały dzień w opustoszałym centrum handlowym. Ale kierując się do owego centrum taksówką uroczo dziwaczną rozmowę z taksówkarzem miał **.

No i tu docieramy do tego magnesu tytułowego. Bo okazało się, że kreowanie takich sytuacji po pewnym czasie je przyciąga. A Grzech przekonał się o tym kilka dni później, gdy przyszło mu o 2 w nocy pomagać Dwóm Uroczym Paniom przestawić lodówkę na stacji benzynowej i jeszcze później, gdy Pani 40 letnia, ubrana jak 17 letnia dziewoja, prosiła go o odczytanie smsa na małym ekraniu jej telefonu. Ku zaskoczeniu Grzech zareagował jednak rumieńcem i burknął "tam jest wyraz brzydki". Bo okazało się, że Pani otrzymała najbardziej treściwego i staropolskiego smsa ze słowem "spierdalaj"




* Podróż była intensywna i szalona. Bo początkowo Grzech jechał jednym pociągiem i oglądał o 4 rano wschód słońca nad Jarocinem, potem przesiadał się na drugi pociąg; jeszcze później jechał inszym pociągiem w siną dal a 322 zdrowasiek później i za pomocą taksówki dotarł do celu swej podróży. W trakie Grzech się czuł jak insza wersja "psa co koleją jeździł".




** Z historyjki taksówkarza warto zacytować końcówkę, czyli to, że nie lubi swojej żony bo jest (tzn. żona) z Gdańska, humorzasta i na dodatek "mordziata"

poniedziałek, 23 lipca 2012

Ignoranci, piczki karierowiczki i inne stworzenia precz od Festiwalu w Jarocinie

K

Dzisiaj przez cały dzień próbuję odnaleźć trzy poprzednie. Ładuję się muzyką. Jedyną w swoim rodzaju. Grzech zaczepił mnie, czy nie mogłabym napisać na naszego bloga relacji z pobytu w Jarocinie na Festiwalu. Ależ mogę. Mogę. Jakże. Cały dzień czynię sobie "after party" po Jarocinie.
Wiecie co? Nie wybierajcie się do Jarocina jeśli lubicie TAKĄ MUZYKĘ, jaka jest grana w Jarocinie.
Jarocin Wam skradnie serce a myśli wywróci do góry nogami. To nie jest impreza dla wrażliwych.
To jest impreza dla starych punków, brudasów bez domu, którzy w rowie będą się zalewać tanim winem albo denaturatem. Nawet panienki żadnej nie zbałamucą bo po całej tej toksycznej aplikacji im nie stanie. Nic. Prócz włosa na głowie, który stoi i tak. Jak to irokez.
Słuchajcie, idę zapalić i robię przerwę. A w przerwie - TEN KAWAŁEK, który mnie wzrusza, a jak komuś się nie podoba to do widzenia albo glan na czoło jako "jarocińska henna naturalna" :
Jestem. Napalona. Więc jeśli muzyka dla ciebie to coś więcej niż dźwięki to... nie jedź do Jarocina. Tam cię nakarmią przewspaniałą muzyką do syta, ale w zdradliwy sposób. Na drugi dzień po festiwalu poczujesz dojmujący głód tej muzyki i zapragniesz ponownie poczuć ją w sobie - w trzewiach, w umyśle, w duszy.
Na przykład Kazik, który młode lata dawno ma już za sobą, a jednak daje z siebie WSZYSTKO, całą swoją autentyczność, siłę, energię, głos, dźwięki, wszystko...
Słyszałeś to na żywo?? To zrozumiesz...    :
W Jarocinie trzeba pić. Piwo, wino, wódkę - cokolwiek. Dlaczego? Wyobraź sobie trzy dni stania, skakania, pogowania, potrząsania głową, kręcenia biodrami przez kilka godzin (dziennie oczywiście). Pewnie, że nie musisz. Nie musisz przeżywać tego 'na fali'. Możesz też spożyć coś innego. Trawę na przykład. Cokolwiek, ale warto się 'wspomóc'. Bo w Jarocinie skaczą straceńcy. Ale jeśli nie byłeś (a nie bądź!) to nie wiesz. Że trzeba być straceńcem w Jarocinie. Jakbyś już nic nie miał tylko tę muzykę dla siebie.. Bo jak tylko muzyka zostaje to już masz WSZYSTKO, co potrzebne w Jarocinie. 
W tym roku, tj. 2012, - Illusion, Biohazard, KSU, Voovoo, Lao Che, Coma, Luxtorpeda, Kult, Jelonek i wiele innych...
Przerwa! Ze skrzypcami:

Możesz przecierpieć niedogodności związane z życiem namiotowym (zwłaszcza jeśli masz do czynienia z 'przepełnionym' WC... i to, że obok w namiocie ktoś nieludzko chrapie...)
i to, że ktoś stojący blisko ciebie na koncercie puszcza intensywne bąki...
Po prostu nakładasz arafatkę na nos. I wczuwasz się:
Reasumując - nie wybieraj się do Jarocina na Festiwal. Za dużo tam dobrej muzyki, za dużo energii, za dużo porywającego entuzjazmu. Wracasz do domu i po krótkim odpoczynku chcesz wracać na pole... i zdajesz sobie sprawę, że następna impreza dopiero za rok.... MASAKRA.




niedziela, 1 lipca 2012

"Nie ugryzą?" - "Nie wiem, może pani śmierdzi?" oraz o Jarocin Festiwal 2012 i niedzielnym upale

K

na początek piosenka:

żeby nie było, że nie niedzielnie jest. O Noem trochę. Gorzko poniekąd: "Utopię waszą utopię w potopie..."

Ad rem:

Odkąd mam dwa duże psy ras wiadomych (niewiadomych? no tak, skąd czytelniku masz wiedzieć, że mam psy śmiertelnie groźne, zabójcze wręcz, dobrze, wrzucam zdjęcia; zdjęcia nie byle jakie, robiła je dusza człowiek, niezwykła artystka, której tożsamości nie zdradzam, bo nie wiem, czy sobie tego życzy)


Więc odkąd mam dwa duże psy, skupiam się podwójnie, gdy zabieram je na spacer. Po pierwsze z powodu bezdomnych psów, które mogą przejawiać nadmierną chęć podejścia do moich psów; po drugie z powodu innych ludzi wyprowadzających swoje psy. Od wczoraj wiem już, że muszę skupiać się potrójnie.
Wczoraj. Idę sobie polami, łąkami, psy już wymęczone. Aż tu nagle mija mnie kobieta. Nic w tym nie byłoby ciekawego ani wyjątkowego, gdyby nie fakt, że owa kobieta nie minęła mnie tak po prostu jak inni mijacze. Ta kobieta (wiek mniej więcej 50 lat choć może to mniej istotne; chociaż nie mniej istotne, gdyby była młodsza, pewnie posłużyłabym się powiedzeniem praktykowanym przez pewną osobę publiczną, mianowicie powiedzeniem "spieprzaj dziadu" w tym przypadku przerobionym na "spieprzaj babo"); ta otóż kobieta zerknęła na moje psy i ruszyła z kopyta z rękami wyciągniętymi, wypowiadając niepokojące mnie słowa "ale pięknie pieski, mogę pogłaskać??". Gdybym była psem, sama skoczyłabym do niej z zębami obnażonymi na taką poufałość - było nie było - obcego mi stworzenia! Ale ja, jako człowiek, wyglądałabym co najmniej dziwnie, pokazując swoje, niezbyt proste poniekąd, uzębienie gorliwej kobiecie. Powiedziałam do niej natychmiast:
- proszę się wstrzymać z wylewnością. Psy różnie reagują na ludzi, których nie znają.
Kobieta przystanęła zaskoczona:
- ale ja się nie boję psów! Chyba nie ugryzą? - i banana na twarz sadzi.
- ale psy mogą się pani bać. Nie wiem, czy nie ugryzą. - odpowiedziałam ze stoickim spokojem.
- jak to?
Obejrzałam się w lewo, w prawo, do tyłu. Żywej duszy oprócz nas nie było. Więc jadę:
- proszę pani, moje psy pani nie znają.
- ale ja kocham psy! - kontynuacja banana - a pani nie zna swoich psów? jak zareagują?
Psy zajęte były wywąchiwaniem tylko im wiadomych zapachów z wysokich traw.
- proszę pani, ja znam swoje psy, nie znam zaś pani.
- nie rozumiem. - banan się obniżył.
- proszę pani. może pani śmierdzi?
- słucham?!?!
- może pani wydziela drażniący psy zapach. może pani żywi niechęć do innych zwierząt, może w pani podświadomości gnieździ się ukryta agresja?
- a pani to jest nienormalna i nie powinna mieć żadnych psów!
Już nie zdążyłam odpowiedzieć bo kobieta obrażona wypaliła do przodu. Może lepiej?
Gregory House powtarzał swoją mantrę "everybody lies" ('wszyscy kłamią'); ja zaś mam swoją "generalnie ludzie są głupi". Niestety, im dłużej żyję, tym więcej dowodów dostarczają mi ludzie na potwierdzenie tego przekonania....

Reasumując, tak, proszę pani, pies może ugryść. Nawet mój (moje).

Ale co tam, są przyjemniejsze tematy. Pod koniec lipca rusza kolejny festiwal w Jarocinie (http://www.jarocinfestiwal.pl/). Nie sposób nie być w tym roku. Kult będzie świętował swoje 30-lecie działalności artystycznej. Oprócz tego zespołu równie przekonujące argumenty: Lao Che (Spięty aj low ju!!), Voo voo, Nosowska, Coma, KSU.....
Nie sądziłam, że mając ponad trzydzieści lat będę się cieszyć jak dziki królik z powziętego planu wystylizowania się na ów festiwal na Lisbeth Salander ;-) Moje białe, 24-dziurkowe glany już piszczą w szafie! Dla tych, którzy nie wiedzą, jak wygląda bohaterka tej serii filmów: jedna z trzech części Millenium, wrzucam zdjęcie:
Mam nadzieję, że Lao Che zaprezentuje choć kilka utworów poświęconych Powstaniu Warszawskiemu. Czy słyszeliście głos Spiętego na żywo? Nie sposób opisać tej siły, tej energii jeśli się nie słyszało.
Wyobraźcie sobie taką muzykę na żywo:
Eeeeehhhhhhhhhh..........

Tymczasem jest niedziela pełna ciężkiego, zastanego powietrza, bezruchu, upału... Jak można lubić lato i upał? Giną bezdomne zwierzęta, ptaki z wycieńczenia i braku wody, chorzy na serce ludzie przeżywają swoje ostatnie dni... Ludzie pocą się, męczą... 
Czekam na obiecany deszcz.....