wtorek, 20 maja 2014

Etiuda na jedno uderzenie w łeb i dwa padalce

K

Dzisiaj jestem w nastroju głupawym, dlatego chciałabym wyjaśnić Szanownym Czytelnikom, że tytuł tego posta nic nie oznacza, poza tym, że - w moim mniemaniu - ciekawie i intrygująco brzmi. Możecie się oczywiście nie zgadzać - bardzo mi będzie wszystko jedno z tego powodu.
Miałam już takie jazdy, że pisałam na naszym blogu o dupie Maryni (tak pisałam), co jest dobitnym dowodem na to, że miewam chwile, w których nie jestem (śmiertelnie i nieuleczalnie) poważna.
Bo dzisiaj chciałam trochę porozważać powagę i podupać podumać nieco nad byciem niepoważnym.
I dzisiaj sytuacje trafiające pod nóż owych rozważań nazwę padalcami.
Padalec nr 1:
Miałam jakiś czas temu ważne spotkanie służbowe z ważną osobą płci żeńskiej i bardzo słusznych gabarytów. Spotkanie miało miejsce w małym, niewietrzonym pomieszczeniu. Przedmiotem spotkania było omówienie ważnego tematu. Sprawa wymagała powagi i skupienia. Problem polegał na tym, że ja nie mogłam zachować ani powagi, ani utrzymać skupienia. Przyczyną tego kłopotliwego stanu był fakt, że ważna osoba płci żeńskiej i słusznych gabarytów po prostu nieludzko śmierdziała potem a zapach ten mieszał się z intensywną wonią perfum, których ważna osoba płci żeńskiej musiała była wylać na siebie z pół litra. I zamiast zachować powagę, tudzież utrzymać skupienie, a najlepiej jedno i drugie, w czasie rozmowy na ważny temat, w mojej głowie tłukły się niesłychanie nachalne scenki rodzajowe. Załóżmy, że ja jestem A, ważna osoba płci żeńskiej z galopującymi potami jest B. 
Scenka pierwsza: 
A, wyciągając z torby słuchawkę i wąż: może prysznic?
B: słucham?!
Scenka druga:
A, uderzając B słuchawką od prysznica w głowę: Czy lubi pani francuską miłość? Bo francuski prysznic na pewno!
Scenka trzecia:
A: proszę pani, dywan się pani spocił.
B: słucham?!
Zamiast realizacji powyższych (niestety nie miałam słuchawki i węża w torbie) zachowałam się w bardzo nudny sposób. Mianowicie powiedziałam, że mam bardzo ważny telefon od bardzo ważnej osoby, przeprosiłam i wyszłam. Po wyjściu z budynku z przyłożonym telefonem do ucha czmychnęłam niepostrzeżenie, rechocząc do siebie co trzy kroki.
Padalec nr 2:
W bardzo pogodny dzień szłam sobie ulicą. Szłam w sumie dokądś, ale się nie spieszyłam, zerkając na odnowione oblicza mijanych kamienic, których dolne części zajmują sklepy. Jak to najczęściej bywa w przypadku kamienic, aby do nich wejść, trzeba pokonać dwa, czasem trzy schodki. A żeby pokonać skutecznie i bezboleśnie dwa, czasem trzy schodki, trzeba unieść nieco najpierw jedną, potem drugą nogę. Wydawać by się mogło, że takie sprawy człek ma obcykane odkąd kończy piąty albo szósty rok życia.
Otóż nie zawsze tak jest. Ja to już wiem. Gdy dochodziłam do kolejnego wejścia kolejnego sklepu, miałam (nie)szczęście być świadkiem pewnego zajścia. Był to sklep sportowy a wejść do niego chciał chłopak mniej-więcej w wieku 18.-20. lat. Nie wiem, czy nogi nie podniósł w ogóle czy też zrobił to nieudolnie, w każdym razie w dwie sekundy z pozycji wertykalnej przeszedł w pozycję horyzontalną, tj. padł centralnie facjatą na ostatni, najszerszy schodek prowadzący do ww. sklepu. Ku mojemu zawstydzeniu, na ten widok spontanicznie wybuchnęłam śmiechem a jednocześnie odczułam potrzebę udzielenia pomocy chłopakowi-co-padł. I zrobiłam chyba najgorszą rzecz, jaką mogłam zrobić. Mianowicie podbiegłam do niego, zanosząc się od śmiechu i wołając: pomohahahahahahahgę cihahahahahah. Ale chłopak-co-padł nie pozwolił sobie pomóc, tylko jeszcze bardziej zawstydzony ode mnie szybko oddalił się z miejsca padnięcia.

Specyficzny urok przytoczonych powyżej padalców polega na tym, że standardowo człowiek nie jest w stanie opanować nadciągającej tsunami głupawki, jaka w nim wzbiera w tempie strusia pędziwiatra, w sytuacjach najmniej do tego odpowiednich.
c'est la vie :-)






niedziela, 18 maja 2014

Lekka dola samotnika

K

Poniższy tekst dedykuję Basi N. :)

Najczęstsze reakcje na komunikat, że nie prowadzę "życia towarzyskiego", tj. nie spotykam się z nikim w knajpie, na imprezie, w weekend itp. i że zasadniczo nie wychodzę z domu gdy nie muszę, mogę sprowadzić do skrótowego zapytania:

Czy z tobą jest coś nie tak?

Nigdy w moim dorosłym życiu nie broniłam się przed przyjęciem na swoje barki ciężaru bycia dziwakiem. Zwłaszcza jeśli to miano przypisywano / przypisuje mi się z tego powodu, że nie postępuję tak jak większość ludzi. 
Chodzenie na imprezy czy towarzyskie rozmowy uważam za stratę czasu. Zaś mój udział w życiu kulturalnym naszego kraju / miasta, w którym mieszkam, podlega niezwykle skrupulatnej selekcji.
Nie pójdę na dany event z innego powodu jak tylko z tego, że uwzględnia on osobistość, którą szanuję i podziwiam. Tak było w przypadku mojego uczestnictwa na przykład w koncercie Leszka Możdżera. Tak było w przypadku wyjazdu na Męskie Granie. I paru innych wydarzeń.
Za każdym razem, gdy dokonałam wyboru, gdzie, z kim i dlaczego chcę spędzić swój wolny czas oraz na co wydać pieniądze, byłam zadowolona. Niekiedy nawet zachwycona.

Moje zachowanie wypływa z tego, że dobrze mi z sobą samą. Że nigdy się nie nudzę. I że uwielbiam mój dom. I jeśli mam czas wolny, lubię go spędzać sama i w domu. 
Być może przyczyną jest to, że jestem w jakimś stopniu aspołeczna (w rozumieniu psychologicznym a nie utartym i uproszczonym); albo to, że męczą mnie czcze rozmówki o dupie maryni, tzw. chit-chat; albo to, że jest niewiele miejsc, w których nie irytuje mnie bezniadziejna muzyka; albo to, że ludzie generalnie śmierdzą, bo się nie myją a w dużym skupisku czuć to dobitniej?

Najbardziej zadziwiające były / są skrajnie różnorodne reakcje rozmaitych ludzi i ich próby zdefiniowania moich upodobań - wybieram te najlepsze: albo że mam problemy z socjalizowaniem się z ludźmi, albo że stawiam siebie wyżej od innych i uważam się za lepszą, albo że mam coś do ukrycia. Wszystkie trzy mi się podobają.

Jest jeszcze jedna kwestia związana z moim wyborem, ta jest akurat prawdziwa - mam alergię na głupotę. Czy muszę dodawać więcej? Bo tylko jeszcze piosenkę chce mi się wstawić:

























































sobota, 3 maja 2014

Odpowiedź zimnej suki


K

Grzech wczoraj popełnił tekst (TEN tekst), na który po prostu nie mogę nie zareagować.
Jeśli chodzi o tytuł mojego posta, to użyłam go z premedytacją. Nie postrzegam siebie jako zimną sukę, ale kiedyś zostałam tak nazwana. Być może niektórzy z Was po zapoznaniu się z moimi poglądami też tak pomyślą. Usprawiedliwiać się nie mam zamiaru, ale, wierząc w inteligencję czytelników, nadmienię jedynie, że to, co mam do powiedzenia, wypływa z wiedzy i doświadczeń.

Mianowicie nie uważam, aby postępowanie K. zasługiwało na cokolwiek więcej prócz stwierdzenia, że było bardzo głupie. I nie zgadzam się z osądem Grzecha, że - koniec końców -  K. wyszła z owego doświadczenia na pozycji wygranej. Wprost odwrotnie, za swoje nieodpowiedzialne i zdziecinniałe zachowanie otrzymała adekwatny do niego emocjonalny, być może również uczuciowy, "łomot". 
Zabrakło jej zdrowego rozsądku, zdystansowanej oceny sytuacji oraz psychologiczno-ekonomicznej kalkulacji. Tak, kalkulacji. No chyba że K. ma dwadzieścia lat i wierzy w szczerą prawdziwą miłość. Myślę jednak, że jest starsza.
Z posta Grzecha nie wynika, że, rzucając wszystko w Polsce, K. miała już zaklepaną pracę za granicą. Przyjmijmy więc, że tak nie było. To bardzo duży błąd. 
Niezwykle romantyczny pomysł na to, aby zrezygnować w swoim kraju z pracy i mieszkania i w tzw. ciemno udać się za granicę do swojej Miłości przez duże eM (parafrazuję Grzecha), jest w zasadzie psychologiczną pułapką, na którą autorka tego kuriozalnego pomysłu sama się była naraziła. 
O co chodzi? O oczekiwania. Nawet jeśli w świadomości K. nie zaistniały, nie ma opcji, że nie urosły do gigantycznych rozmiarów w jej podświadomości. 
Rzucam i ryzykuję wszystko, bo intuicja podpowiada mi, że to ten Jedyny i Wybrany i - być może - TenNaZawsze. 
Naturalnym następstwem takiego kroku jest, że w umyśle zaczynają mocno się roić oczekiwania adekwatne do skali tego, co się poświęciło. Oczekiwania, że ów facet doceni, wpadnie w zachwyt, ba!, może i padnie na kolana? Zasypie kwiatami i pocałunkami? Jakże mógłby postąpić inaczej?
Przecież rzuciłam dla niego wszystko. Wszystko!
Nie chcę trywializować ani upraszczać niczego, ale.... ów facet mógł sprawy postrzegać "troszeczkę" inaczej. A, biorąc pod uwagę finał tego romantycznego wojażu, raczej na pewno postrzegał to wszystko inaczej. Osobiście przyznam, że wystraszyłabym się takiego obrotu zdarzeń. Być może przygniotłyby mnie.
I być może przygniotły owego faceta.
Gdybym nawet była ciekawa, czy istotnie jest on moją Miłością przez duże eM, być może zdecydowałabym się na kilka wizyt, być może dłuższych niż weekend. Prosta kalkulacja w takiej sytuacji jest nieodzowna - nie zwalę się nikomu na głowę z całym swoim jestestwem, bez perspektywy na natychmiastowe zatrudnienie, obarczając całą sobą faceta i skupiając się wyłącznie na nim. Co za idiotyzm!
Być może chłodna, racjonalna wyliczanka za i przeciw, pozwoliłaby K. uniknąć zakończenia, jakie miało miejsce. 
Nie chcę prawić morałów ani rzucać frazesami, trudno jednak nie wspomnieć o tym, że codzienność, rachunki i inne przyziemne sprawy, którymi się JEDNAK żyje, potrafią zabić nawet najsilniejsze emocje, wyzerować adrenalinę, endorfiny i sprowadzić na ziemię. Być może K. oglądała za dużo komedii romantycznych. Ale schemat takiego filmu ma się tak do rzeczywistości jak przemyślenia pijaka spod sklepu monopolowego do filozofii Schopenhauera. 
Cóż zatem. Zakończenie romantycznego zrywu K. było bardzo przewidywalne. Pan Miłość przez duże eM rzucił ją i/lub zostawił ją dla innej, być może bardziej zrównoważonej kobiety, być może zaproponował K. przyjaźń albo użył jednego z bajecznych argumentów pt. za bardzo się różnimy. I nie, mój przyjacielu Grzechu, K. nie wygrała dlatego, że spróbowała. Przegrała, ponieważ ŹLE spróbowała oraz z podkulonym ogonem i - być może - goryczą wróciła do Polski. Dobrze, że chociaż pracę dostała - z tego, co napisałeś, wynika, że szybko.
Będzie miała czym zająć myśli.


czwartek, 1 maja 2014

Krótka historia o odwadze

G

Kilka miesięcy temu spacerowałem po zimowym parku z K. i słuchałem o jej rewolucji życiowej. Okazało się, że postanowiła pójść za ciosem i zauroczenie/zakochanie w facecie mieszkającym na stałe za granicą zamienić w coś większego. Postawić wszystko na jedną kartę i pojechać za miłością do innego kraju i tam ułożyć sobie życie.
- Mieszkanie zostało już wynajęte, mam bezpłatny urlop w pracy. I rezygnuję z wygodnego życia w Polsce, żeby spróbować życia za granicą. Do kiedy? Być może już na zawsze - opowiadała pewnym siebie tonem głosu.
I nawet w ciemnym parku było widać jej świecące z przejęcia oczy.
*
Mocno mi zaimponowała. Odwagą, skłonnością do ryzyka i właśnie tą Miłością pisaną przez duże eM. Znam wielu ludzi, którzy o niej marzą, poszukują,, zaklinają, wyją z samotności do księżyca ale jednocześnie zupełnie nie rozumieją potrzeby ruszenia tyłka z domu i zmiany swojego życia. Ciągle są przekonani o swojej wyjątkowości i o tym, że jak już się owa miłość pojawi to... nic nie będzie trzeba więcej robić. Ci sami ludzie, gdy tylko pojawi się jakaś szansa i możliwość, nie potrafią jej docenić i zaryzykować. Później natomiast grzeją swoje myśli wizjami "gdybym się zdecydowała do niego pojechać na pewno moje życie było lepsze". No właśnie, gdyby...
*
Kilka dni temu okazało się, że K. jest już w kraju. Jej potencjalny i docelowy Mężczyzna Na Całe Życie rzucił ją używając jednego z najbardziej banalnych tekstów na świecie.
- Widocznie życie nie nagradza odwagi - skomentowała K.
Potem napisała też o tym, że udało jej się pozbierać i że dostała już dosyć ciekawą i pełną przygód pracę.
*
Nazwijcie to idealizmem, romantyzmem od siedmiu boleści albo jeszcze w inny sposób, ale mi się wydaje, że w całej tej sytuacji K. wygrała.
Bo spróbowała...
Tylko tyle i AŻ tyle.

niedziela, 27 kwietnia 2014

Sierpień w hrabstwie Osage, czyli symfonia na dwie france

'K

"Sierpień w hrabstwie Osage" obejrzałam dwukrotnie. Za pierwszym razem po prostu utknęłam w zachwycie nad grą Meryl StreepJulii Roberts. Żaden inny aktor nie istniał dla mnie od momentu, w którym rozpoczęła się polaryzacja charakterów matki i córki, w które wcieliły się powyższe aktorki, i w którym obie kobiety przeszły od wstępnej wiwisekcji do ostrego szarpania strun nadwątlonych relacji i niewypowiedzianych wyznań oraz pretensji. Drugi raz oglądałam ów arcydramat ze spokojną uwagą, przygladając się innym postaciom oraz pozostałym komponentom dzieła filmowego. Tęże procedurę polecam i Wam.
Nazwisko reżysera "Sierpnia..." nie mówiło mi nic poza tym, że był wcześniej producentem  kilku dobrych obrazów (m.in. "Biały oleander" czy "Zdjęcie w godzinę") i że w rolę reżysera wcielił się dopiero po raz drugi. Właściwie do obejrzenia "Sierpnia..." zachęciły mnie wyłącznie dwa nazwiska - Streep i Gustawo Santaolalla, którego muzyka precyzyjnie trafia prosto w moje upodobania. Jakże lubię te sytuacje, w których, nie spodziewając się po filmie zbyt wiele, otrzymuję prawdziwe dzieło X muzy!

Wracając do aktorstwa, bo ono jest najmocniejszą stroną tego dramatu, bez wątpienia ten film i wszystko co się w nim dzieje, należą do Streep i Roberts. I o ile gra pierwszej z nich była dla mnie jedynie potwierdzeniem tego, co już wiedziałam wcześniej, o tyle druga kompletnie zbiła mnie z pantałyku. Nie postrzegałam Julii jako wybitnej aktorki. Nigdy jakoś specjalnie nie zachwyciła mnie żadną rolą poza Erin Brockovich. Dobrze, bardzo dobrze, że zagrała w "Sierpniu..."! Obserwując jej kreację, w głowie miałam dwie myśli: dojrzałe aktorstwo i wielkie aktorstwo. Koniec kropka.
Obie mistrzynie perfekcyjnie budowały cienką linię napięcia między swoimi postaciami, która - miało się wrażenie - lada moment przerwie się i ..... i 'poleje się krew'. Pauzy zbudowane z wymownych, chmurnych spojrzeń przeplatały się z chwilami surowej czułości i wybuchami tłumionej latami agresji. Wszystkie interakcje pomiędzy matką i córką ukazują portrety dwóch charakternych franc, niesłychanie silnych kobiet, w życiu których nie pojawił się żaden mężczyzna potrafiący okiełznać ich dominujące charaktery. Trudno jednak wbić je w kostium feministki w standardowym rozumieniu tego terminu. 
"Sierpień..." jest w zasadzie prostą rodzinną historią. Ciekawie wielowątkową, ale prostą. Nie jest to jednak zarzut. Twórcy kina niejednokrotnie udowodnili, że właśnie te najprostsze historie genialnie nadają się na soczysty dramat. Na szczęście nie ma w obrazie Wellsa czystości gatunkowej. "Sierpień..." zbudowany jest również z elementów czarnej, sarkastycznej i gorzkiej komedii. W groteskowych scenach (jak ta przy stole w czasie skromnej stypy) padają siarczyste słowa, rządzą gwałtowne gesty. Jest kpina i jest ironia. 
Kolejnym istotnym atutem jest brak happy endu. Każda silnocharakterna zołza "dostaje za swoje" i musi zmierzyć się z samotnością i tkwiącymi w niej "potworami". I nie tylko zołzom się dostaje. Także dwóm siostrom granej przez Roberts Barbary. Jedna z nich skryta i wycofana dostaje porządnego emocjonalnego kopa od najbliższych, druga naiwna i po prostu głupia opuszcza rodzinny dom z lekko zburzoną, także przez najbliższych, ułudą osobistego szczęścia. Co zatem pozostaje? Własne jestestwo. Jak blizna. 





wtorek, 22 kwietnia 2014

wnuczka nazisty

K

Po książkę Jennifer Teege "Amon Mój dziadek by mnie zastrzelił" sięgnęłam z nieskrywaną ciekawością.
Muszę przyznać jednak, że obecnie z rezerwą podchodzę do wszelkich pamiętnikarsko-wyznaniowych publikacji ofiar Holocaustu, które ocałały i które czuły potrzebę podzielenia się swoim dramatem.
Po przeczytaniu trzech - czterech tego typu świadectw ma się już obraz tego, co działo się w tamtych czasach - i właściwie tyle wystarczy. Dlaczego wystarczy? Ponieważ - na szczęście - i tak nie jesteśmy w stanie zrozumieć i uświadomić sobie sensu tych zdarzeń. Możemy jedynie przyswoić wiedzę.
Gdy dziś prowadzę zajęcia z moimi słuchaczami na temat literatury wyrosłej na doświadczeniu Shoah, gdy mówię o tym, że wyznawcy ideologii nazizmu po prostu nie uważali Żydów, Rumunów i innych nacji za ludzi, że zabijali bez mrugnięcia okiem, gdy oglądam z nimi filmy np. o Sonderkommando - wiem, że oni słuchają, przyjmuję tę wiedzę i ... na tym koniec.
Ale historia Jennifer Teege nie jest historią ofiary Holocaustu. Jest opowieścią o takich wartościach jak tożsamość, prawda, więzi międzyludzkie, w tym rodzinne, i , co najważniejsze, można te wartości niejako oderwać od konkretu, czyli od faktu, że Jennifer jest wnuczką jednego z największych zbrodniarzy przeciw ludzkości XX wieku. 
Życie głównej bohaterki - oceniając obiektywnie - może fascynować. Poprzez grozę i tragedię przeszłości, poprzez złożoność psychiki Teege, poprzez jej ciekawe perypetie podróżnicze - przy czym mam na myśli nie tylko podróże geograficzne, ale również te w głąb siebie, również te w głąb owianych zmową milczenia, niesłychanie zagmatwanych relacji rodzinnych, wreszcie - w odmęty historii wycinka Europy, w którym - można wzniośle rzec - Bóg umarł, a który to wycinek nazywał się niemieckim obozem pracy przymusowej w Płaszowie
Publikacja wnuczki Amona Götha  jest również świadectwem wyzwolenia się od przekleństwa rodzinnego, lęków i dramatycznych pytań z nim związanych. Napawa optymizmem. Pokazuje, że nawet nieświadoma swojego stygmatyzującego rodowodu jednostka, dodatkowo zmagająca się z depresją, potrafi wyjść obronną ręką z impasu odkrywania prawdy o sobie samej. Potrafi uzewnętrznić się względem niej i publicznie, bez obawy powiedzieć światu: tak, moje istnienie zapoczątkował jeden z najgorszych ludzi chodzących po tej ziemi. I jednocześnie, będąc przekonaną, że zła nie dziedziczymy w genach, nie pozostawia czytelnikowi wątpliwości, że na tym jej związek z dziadkiem się kończy.

Lekturę zdecydowanie polecam!




piątek, 18 kwietnia 2014

wesołych świąt? nie, dziękuję

K

Czy ateiście można składać życzenia z okazji świąt religijnych?
Musiałabym być nadętą, infantylną malkontentką, żeby napisać "nie".
Nie rozumiem też "wojujących" ateistów, którzy zabiegają o polityczną poprawność i obruszają się, gdy ktoś kieruje do nich utartą formułkę "wesołych świąt".
Chciałabym móc oczekiwać szczególnie właśnie od niewierzących mądrości, opanowania i dystansu - przede wszystkim względem siebie.

Drażnią mnie historie jak ta: ateista oburzony ostatnim namaszczeniem.
Ten przypadek jest bez wątpienia próbą wyłudzenia niemałych pieniędzy.
Logicznie rzecz biorąc, dla ateisty akt ostatniego namaszczenia jest niczym więcej jak tylko pomazaniem olejem kilku miejsc na ciele. Nie stanowi sakramentu Extrema unctio z bardzo prostego względu - ateista nie uznaje istnienia aktu zwanego sakramentem.
Panosząca się powszechnie głupota i ignoracja pozwala jednak na to, że płytkie typki, pieniaczo-krzykacze i inne tego typu twory ludzkie, poprzez przypadki, jak ten w ww. linku, przyczyniają się do budowania złego pijaru ateistom. 
Wiem, że mogę wzniecić tym tekstem głosy oburzenia - szczególnie ze strony tych niewierzących, którzy wielbią demokratyczną poprawność polityczną i "nie życzą sobie", żeby im pan w czarnej sukience odprawiał jakieś hokus-pokus bez ich wiedzy i zgody. Z jednej strony - no cóż,  mają do tego prawo.
Z drugiej strony rozsądek podpowiada mi jedno pytanie - czy ateiści naprawdę nie mają ważniejszych problemów od tego, że pan w czarnej sukience odprawił - mając dobre intencje! - hokus pokus? 

Wracając do świętowania - moja reakcja na formułkę "wesołych świąt" jest taka sama jak na formułkę "miłego dnia". Odpowiadam "wzajemnie". Szczególnie jeśli słyszę je od osób zupełnie mi obojętnych - od pani w piekarni, sąsiada itepe. 
Nie widzę najmniejszego sensu w tym, aby wykładać wyżej wymienionym. elaborat dotyczący mojego ateizmu, tak samo jak nie widzę sensu wyjaśniać pani w sklepie spożywczym, dlaczego nie kupię schabu albo pasty z makreli.
Jeśli ateiści chcą sobie "wypracować" miejsce w społeczeństwie, zrobią to jedynie wtedy gdy będa kierować się rozsądkiem w tym, co mówią i co robią.

Ja święta nawet lubię. Było nie było, jestem beneficjentem religijnego eventu - mam dzień wolny od pracy. Jak ateista może ten czas spożytkować - na przykład tak: ateista i wielkanoc.

Umiejętność dystansowania się wobec siebie jest rzadkim darem. Podobnie umiejętność śmiania się z siebie samego, która wypływa z tej pierwszej. 
Ostatnio szczerze rozbawił mnie ów mem:


Wymiar komercyjny okresu świąt - bożonarodzeniowych czy też wielkanocnych - wyparł i zdominował ich wymiar religijny. Z jednej strony to dobrze, ponieważ ateista bez problemu może w tym czasie znaleźć miejsce również dla siebie. Z drugiej strony - z mojego punktu widzenia - czas ten zalatuje hipokryzją, ponieważ przeciętny katolik celebrujący utartą obrzędowość chce w czasie świąt nażreć się i nachlać. No może napiszę łagodniej - podjeść sobie i podrinkować. 
Wystarczy krótka obserwacja robiących przedświąteczne zakupy w centrach handlowych, przede wszystkim szybka lustracja zawartości wyładowanych po brzegi wózków w supermarkecie.
Myślę, że powyższy stan rzeczy raziłyby mnie niezależnie od tego, czy byłabym katolikiem, muzułmaninem czy ateistą. 
Podobnie jak razi mnie to, że przeciętny katolik - sprowokowany do tego - będzie "walczył" o religijną fasadę i pozory czy też pusty sztafaż przy jednoczesnym "kultywowaniu" świąt w 90% procentach w wymiarze komercyjno-konsumpcyjnym, a więc w wymiarze świeckim. Chciałoby się sparafrazować naszego wieszcza: "plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi".
Niemniej jednak, ateistycznych agresorów, którzy chcieliby rozpętać dżihad z powodu świątecznej atmosfery i obruszać się na każdego, kto "nie uszanuje" ateistycznej orientacji adresata swoich życzeń świątecznych, miałabym ochotę wrzucić do jednego worka z katolami. Sic.










środa, 19 marca 2014

Skarżysz się? Zostaniesz zgnojony...

G


Afera medialna związana z pisarką nominowaną do nagrody literackiej NIKE, która miała czelność poskarżyć się na niskie wynagrodzenie za napisaną książkę to idealny przykład polskiej kotłowaniny medialnej. Takiej, gdzie żółć wylewa się na zewnątrz silną strugą, zakompleksione typki wyżywają się na słabszym a inni pisarze (tzw solidarność zawodowa poszła tam, gdzie raki zimują) mają wspaniałą okazję do mądrzenia się i pokazywania pogardy w różnym wydaniu.

Czy trzeba dodawać, że te wszystkie echa sprawiają, że ważny i nawet mądry głos na temat sposobu zwiększenia czytelnictwa w Polsce został skutecznie zagłuszony?
Zdecydowanie warto.

W całej sprawie punktem wyjścia powinien być słynny wpis na Facebooku i felieton w Krytyce Politycznej. W felietonie Kaja Malanowska odnosi się do komentarzy na swoje skarżenie się. No właśnie - komentarze. Większość z nich to wyjątkowe smutne przykłady tzw "polskiego piekiełka". Są też dosyć przewidywalne, okazuje się bowiem że "pisarka pisze nudne bzdury i nic dziwnego, że nikt jej nie czyta" (Sorry,ale nominacja do nagrody do czegoś tam zobowiązuje), okazuje się także, że "inni mają gorzej i mniej zarabiają" (to jest jasna sprawa, ale nie zmienia niczego w żaden sposób), pojawiają się też sugestię, że "pisarze nie mają prawa się skarżyć" (całkowita bzdura - mają prawo, i być może dlatego, że są na świeczniku nawet chyba powinni". Osobisty mój faworyt to komentarze do własnej interpretacji sytuacji komentującego w stylu "Ale że jak? Chce, żeby pisarze byli dofinansowywani przez Państwo? Z moich podatków? Po moim trupie" (w rzeczywistości Malanowska nigdzie nie postulowała pomocy finansowej od Państwa Polskiego, wspominała tylko i to całkiem słusznie, że poprawa sytuacji mogłaby w jakiś sposób zwiększyć czytelnictwo".
Nie popisali się też pisarze, którzy zasypali Malanowską zjadliwymi i pełnymi pogardy komentarzami (Panie Varga, nie popisał się Pan), sugerowali lepsze kontrakty i szybsze pisanie (Orliński) albo podkreślali, że pisanie dla pieniędzy jest passe. Ten ostatni komentarz (made in Żulczyk) jakoś mi się kojarzył z formą polerowania swojego Ego, czyli podejściem w stylu "Jestę Hipsterem. Mógłbym zarabiać na książkach, ale tego nie robię - bo to trudniejsze, ciekawsze i sprawia, że czuję się kimś wyjątkowym".

Po tygodniu publikacji prasowych temat już delikatnie ucichł. I chyba nie będzie miał żadnego konkretnego efektu w postaci pomysłów nad poprawą sytuacji związanej z czytelnictwem i rynkiem

sobota, 25 stycznia 2014

Śpiąca piękność. Obudzony widz

G

Już pierwsza scena filmu doskonale pokazuje, że oglądanie "Śpiącej Piękności" nie będzie ani specjalnie przyjemne, łatwe ani też i proste. Bo widzimy w niej australijską studentkę Sarę, która uczestniczy w eksperymencie naukowym swojego kolegi z uczelni. Zadanie polega na połknięciu długiej linki z grubą kulką waty na końcu. Sara spokojnie podchodzi do tego nieprzyjemnego zadania, połyka, krztusi się, dusi...ale (mimo zachęty ze strony kolegi) nie chce przestać. Scena podobnie jak laboratorium jest surowa, sucha i cicha. Reżyser nie dodał do niej muzyki. 
I taki minimalizm konsekwentnie będzie panować do końca filmu
Scena z eksperymentem jest zaledwie zarysowana, do końca filmu nie dowiemy się o co w nim chodziło. Czy Sara zdecydowała się wziąć w badaniu udział dla pieniędzy? Dlatego, że nie potrafiła odmówić koledze? A może - szuka z jakiegoś powodu  cierpienia i niewygody? Film raczej nie odpowie na te pytania. A już na pewno nie po pierwszym oglądaniu.
Kolejne sceny filmu pokazują inne fragmenty życia Sary. Widzimy uczelnię, na której pojawia się, słucha wykładów i gdzie nie ma żadnych znajomych. Jej mieszkanie, gdzie panuje smutna atmosfera i gdzie współlokator ostro domaga się zapłaty czynszu. Elegancki klub, gdzie elegancka Sara z entuzjazmem da się poczęstować kokainą i gdzie pełni rolę damy do towarzystwa. Widzimy także pracę w biurze, w której wykonuje ze znudzoną miną mechaniczne czynności. No i wreszcie poznajemy neurotycznego i uzależnionego od alkoholu Birdmanna, z którym Sarę łączy dziwna, intensywna zażyłość. Taka podobna do współuzależnienia, albo taka, którą można nazwać chorą miłością.



Poznajemy też ekskluzywny i perwersyjny świat bogatych, starszych mężczyzn, który są gotowi wiele zapłacić za spędzenie nocy ze Śpiąca Pięknością. Tak właśnie nazywane są nagie, piękne kobiety, które śpią w białej pościeli po zażyciu mocnego narkotyku. A w tym przypadku spędzenie nocy to dosłowne spędzenie nocy, bo jedyną regułą perwersyjnej usługi jest zdecydowany zakaz penetracji. 
Sara wchodzi w świat perwersji dla bogaczy z charakterystyczną dla siebie obojętnością, czy też bezwolnością a jej przewodniczką do świata jest Klara. Dostojna Klara to zresztą postać narysowana oszczędną kreską, która po względem tajemniczości niemal dorównuje tytułowej bohaterce.
Surowa i minimalistyczna forma to tylko początek przeszkód dla widzów, którzy chcieliby łatwo zrozumieć motywacje bohaterów. Reżyser filmu unika bowiem klisz i łatwych odpowiedzi na trudne pytania. Czemu więc Sara działa jako dama do towarzystwa? Prosta odpowiedź brzmi - dla pieniędzy na czynsz. W filmie jest jednak scena, która pokazuje, że pieniądze nie są jednak dla Sary najważniejsze. Czy relacja i związek z Birdmannem (a więc jakaś tam forma miłości) będzie lekiem na całe zło? 
No fucking way. Ale za to właśnie u Birdmanna pojawi się u Sary coś niespodziewanego, czyli reakcja emocjonalna. A co z Bogaczami? Nie da się ich wrzucić do szuflady z napisem "Cyniczni Hedoniści wierzący tylko w pieniądze" bo w filmie pokazani zostaną także z innej i mniej jednoznacznej strony.
"Śpiąca Piękność" płynie powoli i oszczędnie a klimat filmu zasługuje na mocno nadużywany przymiotnik "oniryczny". W tym klimacie można się zatracić i oglądać kolejne sceny z nieskrywaną fascynacją. A warto. Bo film może się wydawać męczący ale jest też szczery, surowy i ważny. I nagradza uważnego widza pokazując mu ukryte emocje i symbolikę.

***
"Śpiąca Piękność" zasługuje także na docenienie, bo jest kolejną już wycieczką popkultury w krainę perwersji i klimatów pokrewnych do BDSM. Taka wycieczka, ale pobieżna i pokryta lukrem miała miejsce "Oczach Szeroko Zamkniętych", niedawno w tej rejony w sposób komercyjny zabrnął niejaki Pan Grey. Ten bestsellerowy i o 50 twarzach.
Ta książka opiera się jednak na całkowicie bezsensownym zawiązaniu akcji i pokazuje podobne klimaty w sposób uproszczony i ucywilizowany.
Dopiero jednak "Śpiąca Piękność" pokazuje w sposób surowy i szczery, że są Kobiety, które mogą czerpać dziwaczną przyjemność i zatracenie w erotyczno-perwersyjnych sytuacjach, ale robią to głównie dlatego, że ich życie emocjonalne i uczuciowe to.... malowniczy krajobraz po wybuchu lotniczej bomby burzącej.

wtorek, 21 stycznia 2014

Dlaczego kocham ciemność


K

Zanim wzbiję się na wyżyny mądrości filozoficznej, na które akurat dzisiaj nie chcę się wzbijać, napiszę, że ciemność, pomijając biblijne znaczenie, jest dla  mnie rodzajem 'nieba'. 
Biorąc pod uwagę metaforyczne znaczenie słowa "nieba" - które dla każdego może mieć inne znaczenie. W moim przypadku: zupełnie przenośne, będące synonimem czegoś przyjemnego.
Ciemność dla mnie jest równoznaczna z - wariacje:
1. niską, tudzież obniżoną, temperaturą powietrza (nie lubię stanu powietrza powyżej 19. stopni Celsjusza). A ponieważ temperatura ciała warunkuje 'temperaturę' ducha, fakt powyższy staje się dla mnie niezwykle ważny w czasie lata, w którym przeżywam męki znoszenia upałów, które dla innych stanowią istotę tej pory roku. Czy nie zauważyliście, że upał nie sprzyja twórczym myślom a generuje otępienie i poddaństwo? Ano właśnie. Czy słyszeliście o teorii dotyczącej "poddaństwa" ludzi na Kubie względem tamtejszego reżymu? Że właśnie upał jest jednym z przyczynków? Upał = dzień. Czy zetknęliście się w tej części Europy z upałem w nocy? Nie? Pierwszy punkt dla CIEMNOŚCI. W ciemności nocy panuje chłód, za którym podąża skupienie i opanowanie. Dlaczego Chrystus czuwał nocą? Gdy inni spali? Dlaczego tak ważna transformacja jego ducha odbywała się w nocy? Czy w tym kontekście trzeba ciemność traktować jako czas szatana? Niezależnie od tego, czy się w ww. postaci wierzy, czy też nie. Dlaczego CIEMNOŚĆ miałaby się kojarzyć ze złem? Ponieważ biblijna nauka do tego się sprowadza? "Światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnia"? 
Wszakże ciemność pierwsza panowała, jeśli wierzyć w biblijne opowieści, i dopiero z niej BÓG stworzył wszystko to, co dobre. 
2. jest równoznaczna z czasem wyciszenia (już o tym zaczęłam pisać wyżej). Gdy nie śpię w czasie, gdy cały świat wokół mnie śpi. Wszystko to, co za dnia absorbowałam w siebie, wszystko to, co za dnia przeżywałam, wszystko to, co robiłam... W nocy nabiera innego znaczenia, w nocy podlega spokojnej ocenie, w tym właśnie czasie jest dla mnie materiałem do wyciągania wniosków...
3. akustycznie rzecz biorąc, na ulicy, na której znajduje się mój dom, w nocy panuje niesłychana cisza, w której skrzypienie drewnianej podłogi wydaje się być perkusyjnym koncertem. Za dnia ta akustyka ginie pośród innych dźwięków sygnujących codzienną krzątaninę.
4. cała symbolika związana z pojęciem  CIEMNOŚCI  - zło, szatan, przekleństwo, grzech.... A tu stoję ja. Czy reprezentuję zło,  szatana, przekleństwa i grzech? ................

Na zakończenie tej wiązanki dziwnych myśli, wrzucam taką muzykę - jakże pasującą do tematyki: