sobota, 21 czerwca 2014

Powrót nad Broad Peak

G




Jak napisać rewelacyjny reportaż uczestniczący? Taki, który będzie opisywał wyprawę z czerwca 2013 roku na szczyt Broad Peak, mającą na celu znaleźć i pochować ciała zaginionych tam zimą Maćka Berbeki i Tomka Kowalskiego?

Wystarczy tylko:


-uczestniczyć

Autor książki - Jacek Hugo-Bader wybłagał udział w czerwcowej wyprawie i stał się jej pełnoprawnym uczestnikiem. Opisuje więc drogę na szczyt i zakładanie poszczególnych baz, nudne dni w oczekiwaniu na wyjście w góry a także te magiczne chwile, w których alpiniści wracają ze szczytu i gdy oszołomieni mamroczą nieskładnie o magii gór. Hugo-Bader opisuje także innych alpinistów, rozmawia również z tragarzami, którymi jest wyraźnie zachwycony. W kilku miejscach książki szczerze przyznaje, że uczestnicy wyprawy traktują go z góry, unikają rozmów i ważne informacje przekazują z opóźnieniem. Także to, że dla nich jest zbędnym kronikarzem i człowiekiem z zewnątrz. Takim, który nie rozumie magii gór...
-nie traktować rozmówców jak spiżowych pomników
Hugo-Bader nie popełnia typowego błędu początkujących dziennikarzy, którzy ze swoimi rozmówcami rozmawiają z pozycji pokornego fana. Reportażysta nie boi się więc kwestionować wypowiedzi uczestników wyprawy, nie daje się zbyć banałami i wszechobecnym braterstwem wspinaczy. Bader sam ma za sobą ekstremalne wyprawy i dzięki temu może rozmawiać ze wspinaczami jak równy z równym - porozumiewawczo kiwa głową, gdy pojawia się temat pokonywania własnych słabości. Drąży trudne tematy i jeśli nie potrafi wytłumaczyć kontrowersyjnej sytuacji u jednej osoby, to kontruje wydarzenie podczas rozmowy z innym uczestnikiem. W efekcie - czytelnik dostaje możliwie obiektywny obraz. I jest blisko zrozumienia najważniejszego pytania - czy uczestnicy zimowej wyprawy musieli zginąć? Przy okazji pojawia się też wyczerpującą i niejednoznaczna odpowiedź na jeszcze ważniejsze pytanie - czy warto ryzykować swoje życie podczas wspinania?
- nie bać się zadawać trudnych pytań
Bader rozmawia także z narzeczoną Tomka Kowalskiego, który zginął podczas zimowej wyprawy. W emocjonującej rozmowie nie ma banału, a bardzo ważne sprawy zostaję poruszone z wyjątkową delikatnością i wyczuciem.
- włożyć do książki kawałek siebie
Hugo-Bader nie boi się przyznać do błędów. Opisuje więc także próby rozmów, które nie doszły do skutku i sprawy, których nie udało mu się wyjaśnić. W kilku miejscach ekshibicjonistycznie przedstawia swoje historie życiowe i tłumaczy, że tak właśnie trzeba.Czemu? Bo inaczej książka będzie tylko suchą relacją.
- zadbać o obiektywizm
Autor książki rozmawia także z żonami i synami wspinaczy. Opisuje ogromny strach towarzyszący śledzeniu eskapad przez rodziny i zadaje ważne pytanie "czy mogłaby pani mu zabronić wypraw"? W kilku rozdziałach opisuje medyczną stronę wspinaczek wysokogórskich i tłumaczy, w jaki sposób ciało przystosowuje się do tak ekstremalnych warunków. Taki punkt widzenia jest konfrontowany w sposób wyjątkowo przejmujący z internetowymi komentarzami na temat wypraw. Robi to niesamowite wrażenie,bo większość komentarzy jest nieprzemyślana i niesprawiedliwa. W kilku przypadkach internetowe reakcje mogłyby też trafić na listę rekordów głupoty. Ale ich lektura tłumaczy, dlaczego fiasko zimowej wyprawy zostało tak krytykowane i przemielone w polskich mediach.

wtorek, 17 czerwca 2014

Oddając się znajomemu we wannie, nie zapomnij następnie oddać życie Jezusowi w aucie

K


No dobrze, dobrze, brzmi prowokacyjnie, obrazoburczo, świętokradczo (to ostatnie słowo spróbujcie wymówić w przyspieszonym tempie kilka razy z rzędu ;-) 
Jednakże zanim popadniecie w całkowite oburzenie i zaczniecie pluć się po brodach, przeczytajcie tekst, który zainspirował ten wpis: a kto oddał życie Jezusowi?
Wygląda na to, że po burzliwym życiu telewizyjnej celebrytki słynącej z tego, że pokazała nagą dupę w reality show i bzykała się tam z kolegą była słynna, nawrócona kobieta o wdzięcznym imieniu Maja postanowiła wrócić do życia publicznego inną drogą. I o ile na przykład Radosława Pazurę można wytłumaczyć strachem przed śmiercią, ergo przyspieszonym okresem  przekwitania, o tyle bohaterkę mojego tekstu trudno "zlokalizować" w inny sposób, jak tylko w ten, że jeśli nie udało się zaistnieć w mediach dupą osobowością, to może uda się swoistym świadectwem.
Błąd! Od czasu, gdy Cejrowski, który nawet jest fajny, gdy nie mówi o polityce i religii, zdruzgotał Maję (tym "wywiadem"), przykleiła się do niej łata godnego litości kuriozum życia medialno-publicznego w najgorszym wydaniu.
Najwyraźniej, pani Maja próbuje wskoczyć w rolę biblijnej Marii Magdaleny. Jednakże komunikat o gruntownej przemianie życia w czasie spędzonym w aucie "ze znajomym małżeństwem" w kontekście "Frytki" brzmi raczej jak numerek w trójkącie.
I ani z niej żadna Maria ani też Magdalena. Znam fajniejsze. Kto chce nr tel do nich, niech pisze na priv.

wtorek, 10 czerwca 2014

Pierdolę przedstawicieli handlowych

K

Wiem, chamski tytuł posta. Wiem, przesadziłam. Wiem, to nie przystoi. Wiem, wiem, wiem...
I mam to w dupie.
Niekiedy ostra bezkompromisowość popłaca. Stosowana chociażby po to, aby sobie ulżyć. Tak w duchu.
I na blogu ;) Kto nie używa słowa "pierdolić" w rozmaitej konfiguracji - ręka w górę.
Ale do rzeczy. Ad rem.
W mieście, w którym mieszkam, jest hotel, w którym regularnie bywam. W którym regularnie spędzam czas. Jem obiadokolacje, piję drinki dla rozluźnienia. W samotności. I w którym od jakiegoś czasu męczył mnie przedstawiciel handlowy. Być może jest on nawet jakimś tam dyrektorem handlowym albo cholera-wie-czym. Coś w tym stylu. W każdym razie reprezentuje firmę, która w tym hotelu ma pokazy. Perfum i nie wiem, czego jeszcze. Jakaś szarlataneria, która próbuje umiejscowić się na rynku / wypracować sobie na nim miejsce, mimo że ten rodzaj sprzedaży w USA świętował swoje górne szczyty efektywności w latach - chyba - siedemdziesiątych? Mogę się mylić. W każdym razie ów przedstawiciel handlowy albo cholera-wie-kto, nazwę go umownie: Bolek, ma do ludzi podejście otwarte. Baaardzo otwarte. Wszyscy są  w jego mniemaniu - takie mam wrażenie - cool smoothy talkie-talkie. Dlatego też traktuje ludzi protekcjonalnie, jak "dobry wujek", który dla każdego ma życzliwe słowo. Do zrzygania obłudne.
I nagle Bolek musiał zrewidować swój styl "publicznego" bycia. Ale od początku.
Pierwsza i druga i trzecia nasza interakcja: (czwartej nie było, bo zatrybił)
Ja sobie jem obiadokolację w spokoju i we własnym towarzystwie. Bolek przechodzi obok, pochyla się nazbyt poufale, rujnując moją przestrzeń prywatną, zaciąga się zapachem makaronu z pomidorami i innymi niezwierzęcymi specjałami (dla przypomnienia na marginesie: jestem wegetarianinem) i odzywa się do mnie fałszywie protekcjonalną nutą: "mmmmm, ale pysznie pachnie, sam bym zjadł!". Zanim skierowałam oczy w jego facjatę, odliczyłam na szybko "raz - głęboki oddech - dwa - głęboki oddech... itd". Odwróciłam się do Bolka i posłałam mu jedno z moich naturalnych, sukowatych spojrzeń. Niestety, nie skumał od razu. Dopiero po trzecim razie w przeciągu trzech - czterech tygodni (!). Za każdym razem jego fałszywie wymuszony uśmiech na przytłustawej twarzy uwalniał we mnie pokłady agresywnej irytacji. Za każdym razem miałam ochotę wycedzić przez zęby "spieprzaj kmiocie" i tego nie robiłam, wyćwiczona przez normy międzyludzkiej komunikacji. Nawet zaczęłam unikać wizyt w hotelu w czwartki - czyli w dniu, w którym firma, którą reprezentuje Bolek, miała i ma swoje pokazy. 
Aż w końcu go oświeciło. Nie jestem cool smoothy talkie-talkie i nie lubię chit-chatów z obcymi.
Dał mi spokój. Tak prawie. Teraz, gdy mnie mija, rzuca tylko "do widzenia" albo "dobranoc". Co ważne, w jego głosie słychać nadal protekcjonalność oraz domieszkę złośliwości i jakiegoś rodzaju litości. Tak jakby mu się zdawało, że należy mi współczuć. 
 I dlatego pierdolę przedstawicieli handlowych.




niedziela, 8 czerwca 2014

Adrian Noryani - muzyka warstw i poszukiwań

K


Nie mogę powiedzieć, że sięgam po muzykę elektroniczną często. Ani że stanowi ona szczególny obiekt moich zainteresowań. Ale doceniam sytuacje, w których jakakolwiek interakcja z dziełami kultury w jakiś sposób niespodziewanie do mnie trafia, zaczyna karmić i prowokować przemyślenia.
Na pewno lubię muzykę, która oferuje emocjonalny oddech oraz możliwość "szperania" w niej, poszukiwania proweniencji poszczególnych jej elementów. Która rodzi pytania. 

Do tego rodzaju twórczości artystycznej zaliczam utwory Adriana Noryaniego, które porywają w podróż przez dźwiękową eklektyczność - w dobrym tego przymiotnika znaczeniu. Jest to muzyka warstw  zapraszających do dekonstrukcji. Muzyka, w której słychać sumę doświadczeń i spostrzeżeń, odbytych wędrówek - tych geograficznych i tych w głąb siebie, przeżytych emocji. Dzieła Noryaniego potwierdzają tezę, że twórcze inspiracje mogą płynąć zewsząd i że można je znaleźć w najbardziej zaskakujących aspektach życia. Warunek jest jeden i Noryani go spełnia - trzeba posiadać otwarty i chłonny umysł.

Posłuchajcie:


Na koniec refleksja mało odkrywcza, ale pasuje. Jako rzemieślnik słowa trochę z przekąsem zauważyłam, że dzieło muzyczne, dzięki poziomowi technicznemu instrumentów i sprzętów, na których jest tworzone i poddawane procesowi dopracowywania, oferuje niemal nieograniczone możliwości w przekładaniu i przeobrażaniu bogactwa rzeczywistości na język muzyki. Może to porównanie nie na miejscu, ale dzieło pisane nigdy czegoś takiego twórcy nie zaoferuje. Piszę to, mając w pamięci twórczość m.in. Mirona Białoszewskiego. 
Jedno się nie zmienia w żadnej z dziedzin sztuki - ponad możliwościami technicznymi niezaprzeczalnie stoi to, co jest zasadniczym konstruktem każdego dzieła: wrażliwość i wyobraźnia twórcy. Noryani obydwie ma nieograniczone.



wtorek, 20 maja 2014

Etiuda na jedno uderzenie w łeb i dwa padalce

K

Dzisiaj jestem w nastroju głupawym, dlatego chciałabym wyjaśnić Szanownym Czytelnikom, że tytuł tego posta nic nie oznacza, poza tym, że - w moim mniemaniu - ciekawie i intrygująco brzmi. Możecie się oczywiście nie zgadzać - bardzo mi będzie wszystko jedno z tego powodu.
Miałam już takie jazdy, że pisałam na naszym blogu o dupie Maryni (tak pisałam), co jest dobitnym dowodem na to, że miewam chwile, w których nie jestem (śmiertelnie i nieuleczalnie) poważna.
Bo dzisiaj chciałam trochę porozważać powagę i podupać podumać nieco nad byciem niepoważnym.
I dzisiaj sytuacje trafiające pod nóż owych rozważań nazwę padalcami.
Padalec nr 1:
Miałam jakiś czas temu ważne spotkanie służbowe z ważną osobą płci żeńskiej i bardzo słusznych gabarytów. Spotkanie miało miejsce w małym, niewietrzonym pomieszczeniu. Przedmiotem spotkania było omówienie ważnego tematu. Sprawa wymagała powagi i skupienia. Problem polegał na tym, że ja nie mogłam zachować ani powagi, ani utrzymać skupienia. Przyczyną tego kłopotliwego stanu był fakt, że ważna osoba płci żeńskiej i słusznych gabarytów po prostu nieludzko śmierdziała potem a zapach ten mieszał się z intensywną wonią perfum, których ważna osoba płci żeńskiej musiała była wylać na siebie z pół litra. I zamiast zachować powagę, tudzież utrzymać skupienie, a najlepiej jedno i drugie, w czasie rozmowy na ważny temat, w mojej głowie tłukły się niesłychanie nachalne scenki rodzajowe. Załóżmy, że ja jestem A, ważna osoba płci żeńskiej z galopującymi potami jest B. 
Scenka pierwsza: 
A, wyciągając z torby słuchawkę i wąż: może prysznic?
B: słucham?!
Scenka druga:
A, uderzając B słuchawką od prysznica w głowę: Czy lubi pani francuską miłość? Bo francuski prysznic na pewno!
Scenka trzecia:
A: proszę pani, dywan się pani spocił.
B: słucham?!
Zamiast realizacji powyższych (niestety nie miałam słuchawki i węża w torbie) zachowałam się w bardzo nudny sposób. Mianowicie powiedziałam, że mam bardzo ważny telefon od bardzo ważnej osoby, przeprosiłam i wyszłam. Po wyjściu z budynku z przyłożonym telefonem do ucha czmychnęłam niepostrzeżenie, rechocząc do siebie co trzy kroki.
Padalec nr 2:
W bardzo pogodny dzień szłam sobie ulicą. Szłam w sumie dokądś, ale się nie spieszyłam, zerkając na odnowione oblicza mijanych kamienic, których dolne części zajmują sklepy. Jak to najczęściej bywa w przypadku kamienic, aby do nich wejść, trzeba pokonać dwa, czasem trzy schodki. A żeby pokonać skutecznie i bezboleśnie dwa, czasem trzy schodki, trzeba unieść nieco najpierw jedną, potem drugą nogę. Wydawać by się mogło, że takie sprawy człek ma obcykane odkąd kończy piąty albo szósty rok życia.
Otóż nie zawsze tak jest. Ja to już wiem. Gdy dochodziłam do kolejnego wejścia kolejnego sklepu, miałam (nie)szczęście być świadkiem pewnego zajścia. Był to sklep sportowy a wejść do niego chciał chłopak mniej-więcej w wieku 18.-20. lat. Nie wiem, czy nogi nie podniósł w ogóle czy też zrobił to nieudolnie, w każdym razie w dwie sekundy z pozycji wertykalnej przeszedł w pozycję horyzontalną, tj. padł centralnie facjatą na ostatni, najszerszy schodek prowadzący do ww. sklepu. Ku mojemu zawstydzeniu, na ten widok spontanicznie wybuchnęłam śmiechem a jednocześnie odczułam potrzebę udzielenia pomocy chłopakowi-co-padł. I zrobiłam chyba najgorszą rzecz, jaką mogłam zrobić. Mianowicie podbiegłam do niego, zanosząc się od śmiechu i wołając: pomohahahahahahahgę cihahahahahah. Ale chłopak-co-padł nie pozwolił sobie pomóc, tylko jeszcze bardziej zawstydzony ode mnie szybko oddalił się z miejsca padnięcia.

Specyficzny urok przytoczonych powyżej padalców polega na tym, że standardowo człowiek nie jest w stanie opanować nadciągającej tsunami głupawki, jaka w nim wzbiera w tempie strusia pędziwiatra, w sytuacjach najmniej do tego odpowiednich.
c'est la vie :-)






niedziela, 18 maja 2014

Lekka dola samotnika

K

Poniższy tekst dedykuję Basi N. :)

Najczęstsze reakcje na komunikat, że nie prowadzę "życia towarzyskiego", tj. nie spotykam się z nikim w knajpie, na imprezie, w weekend itp. i że zasadniczo nie wychodzę z domu gdy nie muszę, mogę sprowadzić do skrótowego zapytania:

Czy z tobą jest coś nie tak?

Nigdy w moim dorosłym życiu nie broniłam się przed przyjęciem na swoje barki ciężaru bycia dziwakiem. Zwłaszcza jeśli to miano przypisywano / przypisuje mi się z tego powodu, że nie postępuję tak jak większość ludzi. 
Chodzenie na imprezy czy towarzyskie rozmowy uważam za stratę czasu. Zaś mój udział w życiu kulturalnym naszego kraju / miasta, w którym mieszkam, podlega niezwykle skrupulatnej selekcji.
Nie pójdę na dany event z innego powodu jak tylko z tego, że uwzględnia on osobistość, którą szanuję i podziwiam. Tak było w przypadku mojego uczestnictwa na przykład w koncercie Leszka Możdżera. Tak było w przypadku wyjazdu na Męskie Granie. I paru innych wydarzeń.
Za każdym razem, gdy dokonałam wyboru, gdzie, z kim i dlaczego chcę spędzić swój wolny czas oraz na co wydać pieniądze, byłam zadowolona. Niekiedy nawet zachwycona.

Moje zachowanie wypływa z tego, że dobrze mi z sobą samą. Że nigdy się nie nudzę. I że uwielbiam mój dom. I jeśli mam czas wolny, lubię go spędzać sama i w domu. 
Być może przyczyną jest to, że jestem w jakimś stopniu aspołeczna (w rozumieniu psychologicznym a nie utartym i uproszczonym); albo to, że męczą mnie czcze rozmówki o dupie maryni, tzw. chit-chat; albo to, że jest niewiele miejsc, w których nie irytuje mnie bezniadziejna muzyka; albo to, że ludzie generalnie śmierdzą, bo się nie myją a w dużym skupisku czuć to dobitniej?

Najbardziej zadziwiające były / są skrajnie różnorodne reakcje rozmaitych ludzi i ich próby zdefiniowania moich upodobań - wybieram te najlepsze: albo że mam problemy z socjalizowaniem się z ludźmi, albo że stawiam siebie wyżej od innych i uważam się za lepszą, albo że mam coś do ukrycia. Wszystkie trzy mi się podobają.

Jest jeszcze jedna kwestia związana z moim wyborem, ta jest akurat prawdziwa - mam alergię na głupotę. Czy muszę dodawać więcej? Bo tylko jeszcze piosenkę chce mi się wstawić:

























































sobota, 3 maja 2014

Odpowiedź zimnej suki


K

Grzech wczoraj popełnił tekst (TEN tekst), na który po prostu nie mogę nie zareagować.
Jeśli chodzi o tytuł mojego posta, to użyłam go z premedytacją. Nie postrzegam siebie jako zimną sukę, ale kiedyś zostałam tak nazwana. Być może niektórzy z Was po zapoznaniu się z moimi poglądami też tak pomyślą. Usprawiedliwiać się nie mam zamiaru, ale, wierząc w inteligencję czytelników, nadmienię jedynie, że to, co mam do powiedzenia, wypływa z wiedzy i doświadczeń.

Mianowicie nie uważam, aby postępowanie K. zasługiwało na cokolwiek więcej prócz stwierdzenia, że było bardzo głupie. I nie zgadzam się z osądem Grzecha, że - koniec końców -  K. wyszła z owego doświadczenia na pozycji wygranej. Wprost odwrotnie, za swoje nieodpowiedzialne i zdziecinniałe zachowanie otrzymała adekwatny do niego emocjonalny, być może również uczuciowy, "łomot". 
Zabrakło jej zdrowego rozsądku, zdystansowanej oceny sytuacji oraz psychologiczno-ekonomicznej kalkulacji. Tak, kalkulacji. No chyba że K. ma dwadzieścia lat i wierzy w szczerą prawdziwą miłość. Myślę jednak, że jest starsza.
Z posta Grzecha nie wynika, że, rzucając wszystko w Polsce, K. miała już zaklepaną pracę za granicą. Przyjmijmy więc, że tak nie było. To bardzo duży błąd. 
Niezwykle romantyczny pomysł na to, aby zrezygnować w swoim kraju z pracy i mieszkania i w tzw. ciemno udać się za granicę do swojej Miłości przez duże eM (parafrazuję Grzecha), jest w zasadzie psychologiczną pułapką, na którą autorka tego kuriozalnego pomysłu sama się była naraziła. 
O co chodzi? O oczekiwania. Nawet jeśli w świadomości K. nie zaistniały, nie ma opcji, że nie urosły do gigantycznych rozmiarów w jej podświadomości. 
Rzucam i ryzykuję wszystko, bo intuicja podpowiada mi, że to ten Jedyny i Wybrany i - być może - TenNaZawsze. 
Naturalnym następstwem takiego kroku jest, że w umyśle zaczynają mocno się roić oczekiwania adekwatne do skali tego, co się poświęciło. Oczekiwania, że ów facet doceni, wpadnie w zachwyt, ba!, może i padnie na kolana? Zasypie kwiatami i pocałunkami? Jakże mógłby postąpić inaczej?
Przecież rzuciłam dla niego wszystko. Wszystko!
Nie chcę trywializować ani upraszczać niczego, ale.... ów facet mógł sprawy postrzegać "troszeczkę" inaczej. A, biorąc pod uwagę finał tego romantycznego wojażu, raczej na pewno postrzegał to wszystko inaczej. Osobiście przyznam, że wystraszyłabym się takiego obrotu zdarzeń. Być może przygniotłyby mnie.
I być może przygniotły owego faceta.
Gdybym nawet była ciekawa, czy istotnie jest on moją Miłością przez duże eM, być może zdecydowałabym się na kilka wizyt, być może dłuższych niż weekend. Prosta kalkulacja w takiej sytuacji jest nieodzowna - nie zwalę się nikomu na głowę z całym swoim jestestwem, bez perspektywy na natychmiastowe zatrudnienie, obarczając całą sobą faceta i skupiając się wyłącznie na nim. Co za idiotyzm!
Być może chłodna, racjonalna wyliczanka za i przeciw, pozwoliłaby K. uniknąć zakończenia, jakie miało miejsce. 
Nie chcę prawić morałów ani rzucać frazesami, trudno jednak nie wspomnieć o tym, że codzienność, rachunki i inne przyziemne sprawy, którymi się JEDNAK żyje, potrafią zabić nawet najsilniejsze emocje, wyzerować adrenalinę, endorfiny i sprowadzić na ziemię. Być może K. oglądała za dużo komedii romantycznych. Ale schemat takiego filmu ma się tak do rzeczywistości jak przemyślenia pijaka spod sklepu monopolowego do filozofii Schopenhauera. 
Cóż zatem. Zakończenie romantycznego zrywu K. było bardzo przewidywalne. Pan Miłość przez duże eM rzucił ją i/lub zostawił ją dla innej, być może bardziej zrównoważonej kobiety, być może zaproponował K. przyjaźń albo użył jednego z bajecznych argumentów pt. za bardzo się różnimy. I nie, mój przyjacielu Grzechu, K. nie wygrała dlatego, że spróbowała. Przegrała, ponieważ ŹLE spróbowała oraz z podkulonym ogonem i - być może - goryczą wróciła do Polski. Dobrze, że chociaż pracę dostała - z tego, co napisałeś, wynika, że szybko.
Będzie miała czym zająć myśli.


czwartek, 1 maja 2014

Krótka historia o odwadze

G

Kilka miesięcy temu spacerowałem po zimowym parku z K. i słuchałem o jej rewolucji życiowej. Okazało się, że postanowiła pójść za ciosem i zauroczenie/zakochanie w facecie mieszkającym na stałe za granicą zamienić w coś większego. Postawić wszystko na jedną kartę i pojechać za miłością do innego kraju i tam ułożyć sobie życie.
- Mieszkanie zostało już wynajęte, mam bezpłatny urlop w pracy. I rezygnuję z wygodnego życia w Polsce, żeby spróbować życia za granicą. Do kiedy? Być może już na zawsze - opowiadała pewnym siebie tonem głosu.
I nawet w ciemnym parku było widać jej świecące z przejęcia oczy.
*
Mocno mi zaimponowała. Odwagą, skłonnością do ryzyka i właśnie tą Miłością pisaną przez duże eM. Znam wielu ludzi, którzy o niej marzą, poszukują,, zaklinają, wyją z samotności do księżyca ale jednocześnie zupełnie nie rozumieją potrzeby ruszenia tyłka z domu i zmiany swojego życia. Ciągle są przekonani o swojej wyjątkowości i o tym, że jak już się owa miłość pojawi to... nic nie będzie trzeba więcej robić. Ci sami ludzie, gdy tylko pojawi się jakaś szansa i możliwość, nie potrafią jej docenić i zaryzykować. Później natomiast grzeją swoje myśli wizjami "gdybym się zdecydowała do niego pojechać na pewno moje życie było lepsze". No właśnie, gdyby...
*
Kilka dni temu okazało się, że K. jest już w kraju. Jej potencjalny i docelowy Mężczyzna Na Całe Życie rzucił ją używając jednego z najbardziej banalnych tekstów na świecie.
- Widocznie życie nie nagradza odwagi - skomentowała K.
Potem napisała też o tym, że udało jej się pozbierać i że dostała już dosyć ciekawą i pełną przygód pracę.
*
Nazwijcie to idealizmem, romantyzmem od siedmiu boleści albo jeszcze w inny sposób, ale mi się wydaje, że w całej tej sytuacji K. wygrała.
Bo spróbowała...
Tylko tyle i AŻ tyle.

niedziela, 27 kwietnia 2014

Sierpień w hrabstwie Osage, czyli symfonia na dwie france

'K

"Sierpień w hrabstwie Osage" obejrzałam dwukrotnie. Za pierwszym razem po prostu utknęłam w zachwycie nad grą Meryl StreepJulii Roberts. Żaden inny aktor nie istniał dla mnie od momentu, w którym rozpoczęła się polaryzacja charakterów matki i córki, w które wcieliły się powyższe aktorki, i w którym obie kobiety przeszły od wstępnej wiwisekcji do ostrego szarpania strun nadwątlonych relacji i niewypowiedzianych wyznań oraz pretensji. Drugi raz oglądałam ów arcydramat ze spokojną uwagą, przygladając się innym postaciom oraz pozostałym komponentom dzieła filmowego. Tęże procedurę polecam i Wam.
Nazwisko reżysera "Sierpnia..." nie mówiło mi nic poza tym, że był wcześniej producentem  kilku dobrych obrazów (m.in. "Biały oleander" czy "Zdjęcie w godzinę") i że w rolę reżysera wcielił się dopiero po raz drugi. Właściwie do obejrzenia "Sierpnia..." zachęciły mnie wyłącznie dwa nazwiska - Streep i Gustawo Santaolalla, którego muzyka precyzyjnie trafia prosto w moje upodobania. Jakże lubię te sytuacje, w których, nie spodziewając się po filmie zbyt wiele, otrzymuję prawdziwe dzieło X muzy!

Wracając do aktorstwa, bo ono jest najmocniejszą stroną tego dramatu, bez wątpienia ten film i wszystko co się w nim dzieje, należą do Streep i Roberts. I o ile gra pierwszej z nich była dla mnie jedynie potwierdzeniem tego, co już wiedziałam wcześniej, o tyle druga kompletnie zbiła mnie z pantałyku. Nie postrzegałam Julii jako wybitnej aktorki. Nigdy jakoś specjalnie nie zachwyciła mnie żadną rolą poza Erin Brockovich. Dobrze, bardzo dobrze, że zagrała w "Sierpniu..."! Obserwując jej kreację, w głowie miałam dwie myśli: dojrzałe aktorstwo i wielkie aktorstwo. Koniec kropka.
Obie mistrzynie perfekcyjnie budowały cienką linię napięcia między swoimi postaciami, która - miało się wrażenie - lada moment przerwie się i ..... i 'poleje się krew'. Pauzy zbudowane z wymownych, chmurnych spojrzeń przeplatały się z chwilami surowej czułości i wybuchami tłumionej latami agresji. Wszystkie interakcje pomiędzy matką i córką ukazują portrety dwóch charakternych franc, niesłychanie silnych kobiet, w życiu których nie pojawił się żaden mężczyzna potrafiący okiełznać ich dominujące charaktery. Trudno jednak wbić je w kostium feministki w standardowym rozumieniu tego terminu. 
"Sierpień..." jest w zasadzie prostą rodzinną historią. Ciekawie wielowątkową, ale prostą. Nie jest to jednak zarzut. Twórcy kina niejednokrotnie udowodnili, że właśnie te najprostsze historie genialnie nadają się na soczysty dramat. Na szczęście nie ma w obrazie Wellsa czystości gatunkowej. "Sierpień..." zbudowany jest również z elementów czarnej, sarkastycznej i gorzkiej komedii. W groteskowych scenach (jak ta przy stole w czasie skromnej stypy) padają siarczyste słowa, rządzą gwałtowne gesty. Jest kpina i jest ironia. 
Kolejnym istotnym atutem jest brak happy endu. Każda silnocharakterna zołza "dostaje za swoje" i musi zmierzyć się z samotnością i tkwiącymi w niej "potworami". I nie tylko zołzom się dostaje. Także dwóm siostrom granej przez Roberts Barbary. Jedna z nich skryta i wycofana dostaje porządnego emocjonalnego kopa od najbliższych, druga naiwna i po prostu głupia opuszcza rodzinny dom z lekko zburzoną, także przez najbliższych, ułudą osobistego szczęścia. Co zatem pozostaje? Własne jestestwo. Jak blizna. 





wtorek, 22 kwietnia 2014

wnuczka nazisty

K

Po książkę Jennifer Teege "Amon Mój dziadek by mnie zastrzelił" sięgnęłam z nieskrywaną ciekawością.
Muszę przyznać jednak, że obecnie z rezerwą podchodzę do wszelkich pamiętnikarsko-wyznaniowych publikacji ofiar Holocaustu, które ocałały i które czuły potrzebę podzielenia się swoim dramatem.
Po przeczytaniu trzech - czterech tego typu świadectw ma się już obraz tego, co działo się w tamtych czasach - i właściwie tyle wystarczy. Dlaczego wystarczy? Ponieważ - na szczęście - i tak nie jesteśmy w stanie zrozumieć i uświadomić sobie sensu tych zdarzeń. Możemy jedynie przyswoić wiedzę.
Gdy dziś prowadzę zajęcia z moimi słuchaczami na temat literatury wyrosłej na doświadczeniu Shoah, gdy mówię o tym, że wyznawcy ideologii nazizmu po prostu nie uważali Żydów, Rumunów i innych nacji za ludzi, że zabijali bez mrugnięcia okiem, gdy oglądam z nimi filmy np. o Sonderkommando - wiem, że oni słuchają, przyjmuję tę wiedzę i ... na tym koniec.
Ale historia Jennifer Teege nie jest historią ofiary Holocaustu. Jest opowieścią o takich wartościach jak tożsamość, prawda, więzi międzyludzkie, w tym rodzinne, i , co najważniejsze, można te wartości niejako oderwać od konkretu, czyli od faktu, że Jennifer jest wnuczką jednego z największych zbrodniarzy przeciw ludzkości XX wieku. 
Życie głównej bohaterki - oceniając obiektywnie - może fascynować. Poprzez grozę i tragedię przeszłości, poprzez złożoność psychiki Teege, poprzez jej ciekawe perypetie podróżnicze - przy czym mam na myśli nie tylko podróże geograficzne, ale również te w głąb siebie, również te w głąb owianych zmową milczenia, niesłychanie zagmatwanych relacji rodzinnych, wreszcie - w odmęty historii wycinka Europy, w którym - można wzniośle rzec - Bóg umarł, a który to wycinek nazywał się niemieckim obozem pracy przymusowej w Płaszowie
Publikacja wnuczki Amona Götha  jest również świadectwem wyzwolenia się od przekleństwa rodzinnego, lęków i dramatycznych pytań z nim związanych. Napawa optymizmem. Pokazuje, że nawet nieświadoma swojego stygmatyzującego rodowodu jednostka, dodatkowo zmagająca się z depresją, potrafi wyjść obronną ręką z impasu odkrywania prawdy o sobie samej. Potrafi uzewnętrznić się względem niej i publicznie, bez obawy powiedzieć światu: tak, moje istnienie zapoczątkował jeden z najgorszych ludzi chodzących po tej ziemi. I jednocześnie, będąc przekonaną, że zła nie dziedziczymy w genach, nie pozostawia czytelnikowi wątpliwości, że na tym jej związek z dziadkiem się kończy.

Lekturę zdecydowanie polecam!